Filtra per genere
Zwierciadło Podcasty

- 438 - „Wcale mnie nie obchodzi, co robi mój były”. Jak język zdradza nasze prawdziwe intencje? | „Rozmowy z sensem” odc. 2
„Ludzie często mówią do nas jak to idiotów np. nie żebym była złośliwa, ale... " – mówi psycholingwistka, dr Małgorzata Majewska w „Rozmowy z sensem”, Agnieszki Radomskiej. W codziennych rozmowach więcej niż chcemy powiedzieć zdradzają pozornie niewinne pytania, nadmiar wyjaśnień i deklaracje, że coś jest nam zupełnie obojętne. Jak rozpoznawać ukryte komunikaty, dlaczego nie zawsze słuchamy, by zrozumieć, i co nasz sposób mówienia mówi o relacjach?
Jednym z częstszych problemów w komunikacji jest to, że pytamy, choć wcale nie zależy nam na odpowiedzi. Wypowiadamy zdanie o formie pytania, ale jego prawdziwym celem jest wyrażenie pretensji, rozczarowania albo złości. Dr Majewska nazywa to jedną z największych chorób komunikacyjnych: „My nie pytamy z ciekawości”. Agnieszka Radomska dopowiada, że często po prostu nie jesteśmy zainteresowani tym, co druga osoba ma do powiedzenia.
Wystarczy przyjrzeć się codziennym rozmowom w domu. „Agnieszko, dlaczego zostawiłaś brudne buty w przedpokoju?” – takie zdanie może brzmieć jak prośba o wyjaśnienie. W praktyce nierzadko oznacza jednak: „Jestem zła, że znowu zostawiłaś bałagan”. Osoba pytająca niekoniecznie chce dowiedzieć się, dlaczego buty znalazły się w tym miejscu. Chce, żeby druga strona poczuła ciężar jej niezadowolenia.
Czy da się z tego wyjść? Pierwszym krokiem jest rozpoznanie własnej intencji. Zanim zadamy pytanie, warto sprawdzić, czy naprawdę chcemy poznać odpowiedź. Jeśli nie, uczciwiej będzie nazwać emocję albo potrzebę. To nie gwarantuje, że rozmowa przebiegnie bez napięć, ale daje szansę na porozumienie, zamiast zmuszać drugą osobę do odgadywania ukrytego znaczenia.
„Ja osobiście uważam”
W codziennych rozmowach łatwo przeoczyć nadmiar słów. Niektóre zwroty wydają się tak naturalne, że używamy ich automatycznie. „Ja osobiście uważam”, „szczerze mówiąc”, „tak naprawdę” – każdy z nich może pełnić określoną funkcję, ale warto zwrócić uwagę, kiedy staje się niepotrzebnym dodatkiem do wypowiedzi.
Dr Majewska odwołuje się do pojęcia ekonomii języka. W rozmowie liczy się nie tylko to, co mówimy, ale również to, ile słów potrzebujemy, żeby przekazać daną myśl. Jak zauważa psycholingwistka, nadmierne rozbudowywanie wypowiedzi może czasem oznaczać, że próbujemy zasłonić słowami swoje intencje albo podkreślić własną pozycję, ponieważ czujemy się niepewnie.
Wstyd, który ukrywa się za pewnością siebieU podstaw wielu sposobów komunikowania się może leżeć emocja, o której niechętnie rozmawiamy: wstyd. Dr Majewska przywołuje definicję Brené Brown, badaczki zajmującej się między innymi wstydem i wrażliwością. W tym ujęciu chodzi o lęk przed odrzuceniem: obawę, że jeśli ktoś zobaczy, jacy naprawdę jesteśmy i czego się w sobie wstydzimy, wykluczy nas ze wspólnoty.
Taki lęk może wpływać na sposób, w jaki mówimy, bronimy własnego zdania i reagujemy na krytykę. Kiedy boimy się oceny, próbujemy kontrolować wrażenie, jakie wywieramy na innych. Możemy przesadnie się tłumaczyć, ukrywać niepewność za stanowczymi deklaracjami albo atakować, zanim ktoś zdąży zakwestionować naszą pozycję. Język staje się wtedy rodzajem zbroi.
„Najbardziej boję się ludzi, którzy się nie mają wahań”
Pewność siebie bywa atrakcyjna. W świecie pełnym sprzecznych informacji i niejednoznacznych sytuacji łatwo ulec osobom, które mówią stanowczo, nie dopuszczają wątpliwości i sprawiają wrażenie, że wszystko mają pod kontrolą. Jednak w rozmowie nie zawsze jest to oznaka siły.
„Najbardziej boję się ludzi, którzy się nie mają wahań, którzy wiedzą, jak jest” – mówi dr Majewska. Ta uwaga zwraca uwagę na znaczenie wątpliwości. Umiejętność powiedzenia „nie wiem”, „mogę się mylić” albo „muszę to przemyśleć” świadczy o gotowości do uznania, że rzeczywistość bywa bardziej skomplikowana, niż chcielibyśmy wierzyć.
Fri, 23 Oct 2026 - 1h 04min - 437 - „Nauczyłem się pamiętać, bo wiem, że nie zapamiętam”. Vienio, zorganizowany ADHD-owiec, który przerywa rodzinne schematy | „W czułym zwierciadle”
„My nosimy rodzinę w sobie” – mówi Piotr „Vienio” Więcławski w podcaście Małgorzaty Serafin „W czułym zwierciadle” . Raper, producent muzyczny i człowiek wielu pasji przygląda się temu, jak przeszłość wpływa na nasze wybory, dlaczego wciąż wchodzimy w te same relacje i co można zrobić, żeby przerwać błędne koło, także myślowe, gdy żyje się z ADHD, trudnościach z koncentracją i sposobach na odnajdywanie spokoju w świecie, który nieustannie domaga się naszej uwagi.
ADHD, czyli własna instrukcja obsługi
Jak przyznaje w rozmowie z Małgorzatą Serafin, jego znajomi uważają go za „najbardziej zorganizowanego ADHD-owca na świecie”. To określenie dobrze oddaje paradoks, z którym mierzy się wiele osób neuroatypowych: trudności w jednym obszarze nie przekreślają możliwości osiągania świetnych rezultatów w innym. Vienio zauważa, że kiedy ma pracę do wykonania, potrafi wstać rano wyspany i zająć się zadaniami. Kluczowe znaczenie ma dla niego konkretny cel i odpowiednie przygotowanie do działania.
Trudności z koncentracją często pozostają niewidoczne dla otoczenia. Można sprawiać wrażenie osoby zaradnej, pomysłowej i świetnie odnajdującej się w pracy, a jednocześnie zmagać się z czynnościami, które innym przychodzą bez większego wysiłku.
„W gotowaniu jestem jak w medytacji”
W codziennym życiu łatwo pomylić odpoczynek z bezczynnością. Kiedy głowa nie przestaje pracować, a uwaga wciąż przeskakuje między kolejnymi sprawami, nawet wolny wieczór może stać się kolejnym zadaniem do odhaczenia. Dlatego tak ważne okazują się aktywności, które pozwalają wrócić do chwili obecnej i skupić się na jednej rzeczy.
Dla Vienia taką przestrzenią jest kuchnia. „W gotowaniu jestem jak w medytacji” – mówi, wskazując na czynność, która pozwala mu odnaleźć inny rodzaj skupienia. Przygotowywanie posiłków wymaga zaangażowania zmysłów, uważności i podążania za kolejnymi etapami procesu. Trzeba obserwować, mieszać, próbować, reagować na to, co dzieje się w garnku. Nie wszystko można przyspieszyć, a niektóre rzeczy potrzebują dokładnie tyle czasu, ile potrzebują.
Rodzina, którą zabieramy ze sobą w dorosłość
W rozmowie pojawia się również temat, który dotyczy znacznie szerszej grupy osób niż te zmagające się z ADHD. To rodzinne wzorce, które potrafią kierować naszym życiem długo po tym, gdy wyprowadzimy się z domu i zaczniemy podejmować samodzielne decyzje. Możemy zmienić miasto, pracę, partnera czy sposób spędzania wolnego czasu, a mimo to wciąż odtwarzać podobne scenariusze.
„My nosimy rodzinę w sobie” – zauważa Vienio. Interesuje go, w jaki sposób przejmujemy zachowania i przekonania wyniesione z domu rodzinnego, często bez świadomości, że w ogóle to robimy. Nie zawsze powielamy je dlatego, że się z nimi zgadzamy. Niekiedy po prostu znamy je najlepiej, a to, co oswojone, potrafi wydawać się bezpieczniejsze od czegoś zupełnie nowego.
Nie oznacza to, że przeszłość musi zdeterminować przyszłość. Uświadomienie sobie powtarzających się mechanizmów może być pierwszym krokiem do zmiany. Wymaga jednak zatrzymania się i zadania sobie pytań: dlaczego wybieram właśnie takie osoby? Co sprawia, że zostaję w relacji, która mnie rani? Czy to, co nazywam miłością, rzeczywiście mi służy, czy raczej przypomina coś, co znam od dawna?
Vienio przywołuje przykład znajomej, która kolejny raz wchodzi w relacje z mężczyznami wykorzystującymi ją, okradającymi i porzucającymi. Patrząc z boku, widzi powtarzalność tego scenariusza i zastanawia się, dlaczego tak trudno go przerwać. „Kurde, jak szkoda, że ona tak ma. Wejdź, wsadź tam łapę” – mówi i dotyka trudnego pytania: co robimy, kiedy widzimy, że bliska osoba kolejny raz podejmuje decyzje, które ją ranią?
Rozmowa Vienia z Małgorzatą Serafin w podcaście „W czułym zwierciadle” prowadzi więc do pytań, które dotyczą zarówno naszej relacji z samymi sobą, jak i z innymi ludźmi. Jak rozpoznać własne potrzeby?
Fri, 23 Oct 2026 - 33min - 436 - „Można utyć z nieprzeżywania złości”. Ela Lange o tym, co próbujemy zagłuszyć jedzeniem | „Ciało obce” odc. 1
„Łatwiej otworzyć drzwi do lodówki niż do własnego życia”” – mówi psycholożka Elżbieta Lange w podcaście „Ciało obce”, który prowadzi Anna Augustyn-Protas. Za kompulsywnym podjadaniem, wieczornymi wizytami w lodówce i nieustanną walką o szczupłą sylwetkę może kryć się coś więcej niż brak silnej woli. Niewypowiedziany gniew, samotność, niezaspokojona potrzeba bliskości, a nawet lęk przed własną radością. Co się dzieje, kiedy jedzenie staje się sposobem na radzenie sobie z życiem, a ciało zaczyna opowiadać historię, której nie potrafimy wypowiedzieć na głos?
Od dziewczynek wciąż oczekuje się, że będą miłe, opanowane i bezproblemowe. Nie wypada podnosić głosu, trzaskać drzwiami ani otwarcie protestować. Lepiej ustąpić, przemilczeć, nie robić kłopotu. Złość? Najlepiej schować ją głęboko, żeby nikogo nie urazić. Problem w tym, że emocje nie znikają tylko dlatego, że nauczyłyśmy się ich nie pokazywać. W rozmowie z Anną Augustyn-Protas psycholożka Elżbieta Lange zwraca uwagę, że szczególnie kobiety mają trudność z przeżywaniem trudnych stanów, ponieważ od najmłodszych lat uczone są, by być grzeczne, a nie „histeryczne”.
„Zapieczonym gniew”
Emocje nie są czymś, czym można dowolnie sterować za pomocą racjonalnych postanowień. Stanowią fizjologiczną reakcję na sytuację, w której się znajdujemy, i pomagają nam rozpoznać, czy nasze potrzeby oraz granice są respektowane. Złość może informować, że ktoś nas krzywdzi, ignoruje albo oczekuje od nas więcej, niż jesteśmy gotowe dać. Jeżeli jednak od dzieciństwa nie dostajemy przyzwolenia na jej wyrażanie, uczymy się odcinać od własnych sygnałów.Lange nazywa taki stan „zapieczonym gniewem”. To złość, której nie rozpoznajemy albo której nie pozwalamy sobie przeżyć. Zdaniem psycholożki może ona znajdować ujście w relacji z jedzeniem. Pojawia się wtedy pytanie, czy za niektórymi nawykami żywieniowymi nie stoi wcale głód, lecz emocje, których nie umiemy nazwać.
Czy można utyć ze złości?
Kiedy Anna Augustyn-Protas pyta, czy można przytyć ze złości, Lange odpowiada przewrotnie, że problemem może być właśnie złość nieprzeżyta. Nie chodzi o prostą zależność, w której gniew automatycznie przekłada się na dodatkowe kilogramy. Psycholożka zwraca uwagę na mechanizm tłumienia emocji i szukania sposobów, by poradzić sobie z napięciem, którego nie potrafimy rozładować w inny sposób.Złość mobilizuje organizm do działania. Często odczuwamy ją w rękach, nogach czy okolicach miednicy, ponieważ wiąże się z impulsem, by tupnąć, uderzyć w stół, krzyknąć albo odejść. Kiedy nie możemy zareagować, napięcie pozostaje. Zamiast powiedzieć „nie zgadzam się”, zaciskamy zęby, uśmiechamy się i robimy swoje. Czasem kończy się to wybuchem, czasem skierowaniem agresji przeciwko sobie.
Lange opisuje dwa sposoby, w jakie może przejawiać się niewyrażona złość. Pierwszym jest autoagresja, która może wiązać się z zachowaniami szkodliwymi dla nas samych. Drugim – nadmiar gniewu, przez który łatwo tracimy panowanie nad reakcjami i zyskujemy opinię osób z krótkim lontem. Żaden z tych wariantów nie oznacza, że wystarczy wyrazić złość, by rozwiązać wszystkie problemy. Pokazuje jednak, jak ważne jest rozpoznawanie emocji, zanim przejmą kontrolę nad naszym zachowaniem.
Czekolada nie pyta, czekolada rozumie
Jedzenie ma nad nami pewną przewagę: jest dostępne niemal od ręki. Nie wymaga trudnej rozmowy, konfrontacji ani ryzyka, że ktoś nas odrzuci. Wystarczy otworzyć szafkę, sięgnąć po przekąskę i na chwilę poczuć ulgę. Jak wyjaśnia Lange, jedzenie może regulować emocje, ponieważ wiąże się z odczuwaniem przyjemności i pomaga na moment odsunąć od siebie nieprzyjemne stany.
Kiedy jedzenie zaczyna rządzićJak rozpoznać, że sięganie po jedzenie jest sposobem radzenia sobie z emocjami, który wymknął się spod kontroli? W nowym podcaście „Ciało obce” Anna Augustyn-Protas rozmawia z psycholożką Elżbietą Lange o jedzeniu, które staje się sposobem na radzenie sobie ze stresem, samotnością i niewyrażoną złością.
Fri, 23 Oct 2026 - 1h 24min - 435 - „Pierwszej żonie oświadczyłem się po pięciu dniach”. Cezary Smorszczewski o swoim ADHD i „mózgu łowcy” | „Soft power” odc. 3
„Mam swój protokół jedzenia. Moje ADHD widać, słychać i czuć” - mówi Cezary Smorszczewski w podcaście „Soft power”. Czy skuteczny biznesmen to przede wszystkim człowiek, który umie dostrzec okazję tam, gdzie inni widzą katastrofę? Czy odmowy uczą więcej niż sukcesy? Co napędza go po 60-tce, skoro biologicznie ma 42 lata?
W biznesie liczą się kompetencje, informacje i kapitał. Ale jest jeszcze coś, czego nie da się łatwo wpisać do arkusza kalkulacyjnego: relacje. Ich wartość nie zawsze ujawnia się od razu, a ludzie, których spotykamy na początku drogi, mogą odegrać ważną rolę wiele lat później.
Smorszczewski zwraca uwagę, że nigdy nie wiadomo, co okaże się przydatne ani która znajomość przetrwa próbę czasu. Dlatego radzi, by angażować się w to, co robimy tu i teraz, i budować relacje bez założenia, że natychmiast przyniosą konkretną korzyść. W przyszłości mogą okazać się ważniejsze, niż dziś przypuszczamy.
W jego opowieści pojawia się też osobisty wątek: pierwszą żonę poznał na studiach, a oświadczył się jej już po pięciu minutach. To historia, która może zaskakiwać w świecie, gdzie decyzje analizuje się w nieskończoność, a ryzyko próbuje się wyeliminować z każdego obszaru życia.
Praca przez 2,5 godziny dziennie?
W kulturze sukcesu długie godziny pracy wciąż bywają traktowane jak dowód zaangażowania. Im bardziej napięty kalendarz, tym łatwiej uwierzyć, że robimy coś ważnego. Smorszczewski opowiada jednak, że szukał pracy, w której mógłby pracować zaledwie dwie i pół godziny dziennie – i taką znalazł.Ta deklaracja brzmi przewrotnie, zwłaszcza w zestawieniu z jego wspomnieniami o okresach intensywnej aktywności zawodowej. Jak przyznaje, zdarzało mu się zaczynać pracę o siódmej rano i kończyć dopiero o dwudziestej pierwszej. Długie godziny nie są jednak same w sobie dowodem efektywności, podobnie jak skrócenie czasu pracy nie musi oznaczać mniejszych ambicji.
Seks, sen, sport i sukces
Smorszczewski określa swoje najważniejsze motywatory jako „trzy S” albo „cztery S”. W jego wersji są to seks, sen, sport i sukces. Ten zestaw mówi sporo o podejściu do życia, w którym ambicja zawodowa nie musi wykluczać przyjemności, sprawności fizycznej ani troski o organizm.
Jednocześnie biznesmen przyznaje, że ze snem jest u niego najtrudniej. Wspomina o intensywnych okresach pracy i przekonaniu, że potrafi funkcjonować po zaledwie czterech czy pięciu godzinach snu. Jak mówi, odkrył u siebie wariant genetyczny, który ma pozwalać mu na pełną regenerację mimo krótkiego odpoczynku.
Takie doświadczenie nie powinno jednak stawać się uniwersalną wskazówką. Potrzeba snu jest indywidualna, ale przekonanie o wyjątkowej odporności nie zastępuje rzetelnej oceny stanu zdrowia. To, że ktoś dobrze funkcjonuje przy krótszym śnie, nie oznacza, że podobny model będzie bezpieczny dla innych.
Najpierw warzywa, potem białko
Jednym z obszarów, w których Smorszczewski wprowadził własne zasady, jest odżywianie. Opisuje swój protokół jedzenia: zaczyna posiłek od zielonych warzyw i błonnika, następnie sięga po białko i tłuszcz, a na końcu – zamiast deseru, który kiedyś jadł – wybiera kromkę chleba z oliwą.
Taki sposób komponowania posiłku odwołuje się do zainteresowania kolejnością spożywania produktów i jej możliwym wpływem na odpowiedź glikemiczną. Obecność warzyw i błonnika w diecie jest korzystnym elementem zdrowego odżywiania, choć efekty konkretnego protokołu zależą od całego jadłospisu, stanu zdrowia i indywidualnych potrzeb. Nie istnieje jeden zestaw zasad, który będzie optymalny dla każdego.
„Nigdy” i „zawsze”
W rozmowie o sukcesie łatwo szukać jednej zasady, która wyjaśni wszystko: odpowiedniego nastawienia, konkretnej strategii albo wyjątkowej cechy charakteru. Smorszczewski proponuje jednak podejście znacznie mniej kategoryczne. „Nie ma słowa »nigdy« i »zawsze«” – podkreśla.
Thu, 22 Oct 2026 - 51min - 434 - „Ostatni posiłek o 19 i papierowa książka”. Dr Tadeusz Oleszczuk o rytuałach na dobry sen i długowieczność | „Ukryte piękno”. odc. 37
„Organizm chce być zdrowy, on się adaptuje do tego, co mu robimy” – przekonuje dr n. med. Tadeusz Oleszczuk, ginekolog i autor książki „Kod długowieczności” wydanej przez Zwierciadło. W rozmowie z Dominiką Bagińską, dziennikarką, w podcaście „Ukryte piękno” wyjaśnia, dlaczego codzienne nawyki mają znaczenie większe, niż mogłoby się wydawać, co cukier robi z naszą skórą i dlaczego sen nie staje się mniej ważny tylko dlatego, że przybywa nam lat. Dobra wiadomość? Nie trzeba wywracać życia do góry nogami, żeby zacząć o siebie dbać.
Kiedy myślimy o długowieczności, łatwo wyobrazić sobie skomplikowane badania, kosztowne terapie, specjalistyczne suplementy i rygorystyczne plany treningowe. Tymczasem fundamenty zdrowego starzenia się są znacznie bliżej: w kuchni, sypialni i codziennym rozkładzie dnia. To, jak śpimy, co jemy i ile się ruszamy, może mieć większe znaczenie dla naszego samopoczucia, niż sugerują modne recepty na wieczną młodość.
Dr n. med. Tadeusz Oleszczuk zwraca uwagę, że na zmianę nawyków nigdy nie jest za późno. „Nie ma momentu, kiedy nie warto zacząć” – mówi w rozmowie z Dominiką Bagińską. Nie musimy czekać na nowy rok, okrągłe urodziny ani diagnozę, która zmusi nas do zatrzymania się. Możemy zacząć od jednej decyzji podjętej dzisiaj.
Takie podejście pozwala też inaczej spojrzeć na dbanie o siebie. Zamiast traktować je jak kolejny projekt do zrealizowania, warto pomyśleć o nim jak o codziennej inwestycji w przyszłość. Nie chodzi o to, by kontrolować każdy parametr organizmu i walczyć z każdym śladem upływającego czasu. Chodzi o stworzenie warunków, w których ciało ma szansę jak najdłużej sprawnie funkcjonować.
Cukier i skóra. Co kryje się za procesem starzenia?
Zmarszczki, utrata jędrności skóry i zmieniający się owal twarzy to naturalne elementy starzenia. Nie oznacza to jednak, że na kondycję skóry nie mamy żadnego wpływu. Jednym z czynników, na które warto zwrócić uwagę, jest nadmiar cukru w diecie.
„Można tak powiedzieć” – odpowiada dr Oleszczuk, kiedy rozmowa schodzi na związek cukru z przyspieszonym starzeniem. Wyjaśnia, że istotnym procesem jest glikacja, czyli reakcja, w której cukry łączą się z białkami, między innymi z kolagenem. W efekcie powstają związki mogące niekorzystnie wpływać na właściwości tkanek. Kolagen odpowiada za sprężystość i strukturę skóry, dlatego procesy uszkadzające jego włókna mają znaczenie także dla jej wyglądu.
W praktyce oznacza to, że troska o cerę nie musi ograniczać się do kosmetyków i zabiegów. Znaczenie ma również to, co trafia na talerz. Ograniczenie słodyczy, słodzonych napojów i innych źródeł cukrów dodanych może być elementem dbania zarówno o zdrowie metaboliczne, jak i o skórę.
Nie chodzi przy tym o ogłoszenie wojny każdemu produktowi zawierającemu cukier ani o obiecywanie, że zmiana jadłospisu zatrzyma czas. Starzenie jest procesem złożonym, a kondycja skóry zależy od wielu czynników, w tym genów, ekspozycji na promieniowanie UV, palenia tytoniu i codziennej pielęgnacji. Warto jednak pamiętać, że na część z nich mamy wpływ. Czasem pierwszym krokiem do lepszego samopoczucia jest nie kolejny produkt na półce w łazience, ale uważniejsze przyjrzenie się własnym przyzwyczajeniom.
Dlaczego po posiłku chce nam się spać?
Sen to jeden z filarów zdrowia, choć wciąż łatwo potraktować go jak luksus, z którego można zrezygnować, gdy dzień okazuje się zbyt krótki. W rozmowie pojawia się również mit, że wraz z wiekiem potrzebujemy mniej snu. Dominika Bagińska przywołuje to przekonanie, a dr Oleszczuk stanowczo je podważa.
Jednym z wątków, na które zwraca uwagę, jest senność pojawiająca się po jedzeniu. Jak wyjaśnia, może ona towarzyszyć zaburzeniom gospodarki glukozowo-insulinowej, w tym insulinooporności. Jeśli po kolejnych posiłkach regularnie ucinamy sobie kilkunastominutowe drzemki, w ciągu dnia może uzbierać się nawet godzina lub dwie snu. Wieczorem presja snu bywa wtedy mniejsza, co może utrudniać zasypianie o zwykłej porze.
Tue, 20 Oct 2026 - 56min - 433 - „Starzenie to negocjacja z własnym ego”. Co się dzieje z parą, gdy on ma andropauzę, a ona menopauzę? | „Ukryte piękno”. odc. 36
- Często pomija się aspekt emocjonalny, a sprowadza się andropauzę do tego, że mężczyzna zmienia partnerkę na młodszą albo kupuje czerwone auto – mówi Marta Bem, menedżerka projektu w Kulczyk Foundation. Zmiany hormonalne, spadek libido, zmęczenie, lęk przed utratą atrakcyjności i pytania o sens dalszego życia nie muszą jednak oznaczać końca bliskości. W podcaście „Słowo do słowa”, Joanny Brodzik, przyglądamy się temu, co dzieje się z kobietą i mężczyzną, gdy oboje wchodzą w nowy etap życia. Sponsorem odcinka jest Kulczyk Foundation.
W przypadku kobiet menopauza wciąż bywa opisywana jako utrata: młodości, atrakcyjności, płodności, a niekiedy także społecznej widzialności. Mężczyźni z kolei mierzą się z przekonaniem, że powinni pozostawać silni, sprawni i gotowi do działania bez względu na wiek. Przyznanie się do zmęczenia, obniżonego nastroju czy spadku zainteresowania seksem może być dla nich trudne, ponieważ stoi w sprzeczności z wyobrażeniem męskości, które wynieśli z domu i kultury.
Marta Bem zwraca uwagę, że w rozmowie o andropauzie często zatrzymujemy się na stereotypowych obrazkach. Mężczyzna zmienia partnerkę na młodszą albo kupuje czerwone sportowe auto, jakby w ten sposób próbował odzyskać utraconą młodość.
Andropauza, czyli trudna rozmowa z samym sobą
Zmiany hormonalne u mężczyzn mają inny przebieg niż menopauza u kobiet. Stężenie testosteronu zwykle stopniowo obniża się wraz z wiekiem, choć tempo tych zmian jest indywidualne i nie każdy mężczyzna doświadcza ich w ten sam sposób. Sam wiek nie wystarcza, by rozpoznać niedobór testosteronu, a objawy takie jak zmęczenie, obniżony nastrój czy spadek libido mogą mieć wiele przyczyn. Właśnie dlatego warto patrzeć na ten etap szerzej niż wyłącznie przez pryzmat biologii.
Marta Bem ujmuje ten proces w mocnych słowach: „Andropauza to negocjacja z własnym ego”. Trudno przyznać, że zmieniają się nasze możliwości, że coraz mniej rzeczy sprawia nam przyjemność albo że wstanie z kanapy wymaga wysiłku, którego wcześniej nie znaliśmy. Jeszcze trudniej powiedzieć na głos, że tracimy energię, nie wiemy, dokąd zmierzamy, i nie potrafimy odnaleźć się w nowej sytuacji. Mężczyzna, który przez lata był przyzwyczajony do samodzielności i sprawczości, może odbierać te doświadczenia jako osobistą porażkę, a nie naturalny sygnał, że potrzebuje przyjrzeć się swojemu zdrowiu i emocjom.
Menopauza to nie koniec kobiecości
Kobiety również często wchodzą w okres zmian hormonalnych z poczuciem, że powinny sobie poradzić bez narzekania. Wahania nastroju, problemy ze snem, uderzenia gorąca, trudności z koncentracją czy zmiany w sferze seksualnej mogą wpływać na codzienne funkcjonowanie. Nie każda kobieta doświadcza wszystkich tych objawów, a ich nasilenie bywa różne. Kiedy jednak pojawiają się w pracy, w domu i w relacji, trudno udawać, że dotyczą wyłącznie prywatnego życia.
Dodatkowym obciążeniem jest kulturowy przekaz, według którego kobieca atrakcyjność pozostaje nierozerwalnie związana z młodością. W efekcie naturalne zmiany w ciele mogą być odczytywane jak coś, czemu należy się przeciwstawić, a nie jak etap, do którego można się przygotować i w którym można szukać wsparcia. Do tego dochodzi obawa, że mniejsza ochota na seks zostanie uznana przez partnera za odrzucenie, a potrzeba odpoczynku – za brak zainteresowania wspólnym życiem.
Co się dzieje, kiedy oboje przechodzą zmianę?
Wyobraźmy sobie parę, która przez lata wypracowała własny rytm. Jedno odpowiada za część obowiązków, drugie za pozostałe; oboje wiedzą, czego mogą od siebie oczekiwać. Aż pewnego dnia dotychczasowy układ zaczyna się chwiać. Ona potrzebuje więcej spokoju, ponieważ źle śpi i szybciej się męczy. On zamyka się w sobie, bo nie umie nazwać własnego niepokoju. Jedno odbiera zachowanie drugiego jako obojętność, drugie czuje się niezrozumiane. Z pozoru drobne nieporozumienia zaczynają urastać do rangi poważnych konfliktów.
Mon, 19 Oct 2026 - 55min - 432 - „Od lat się bujam z depresjuszką”. Filip Cembala szuka cembalansu, ale bywa w cembalaście | „Słowo do słowa”, odc. 14
- Jeszcze dwa lata temu najnudniejsze słowa to było „spacer po lesie", teraz codziennie jestem w lesie, las mnie uratował - mówi Filip Cembala, aktor, wokalista i pisarz. W rozmowie z Joanną Brodzik w podcaście „Słowo do słowa” opowiada o życiu w nieustannym napięciu, trudnościach z odpoczywaniem i potrzebie bycia wystarczająco dobrym. Bo co, jeśli największym luksusem naszych czasów nie jest kolejny sukces, egzotyczna podróż ani wolny weekend, lecz kilka minut, w których nie musimy niczego udowadniać? Może zamiast kolejnego planu naprawczego potrzebujemy po prostu trochę mniej od siebie wymagać. Sponsorem odcinka jest NIVONA, producent automatycznych ekspresów do kawy.
Współczesne zmęczenie nie zawsze wynika z liczby przepracowanych godzin. Czasem bardziej wyczerpuje nas nieustanna gotowość: do odpowiadania na wiadomości, przyswajania informacji, reagowania na kolejne bodźce i pozostawania w kontakcie ze światem, który nie zna przycisku pauzy. Nawet wolna chwila szybko wypełnia się ekranem telefonu, a cisza zaczyna przypominać przestrzeń, którą trzeba czymś zagospodarować.
Filip Cembala zna ten mechanizm z własnego doświadczenia.
Aktor mówi również o ADHD i związanych z nim trudnościach z funkcjonowaniem w chwilach, kiedy nic się nie dzieje. Zamiast poczucia ulgi pojawia się niepokój, jakby bezczynność była czymś, co trzeba przetrwać. „Osobom z ADHD, do których należę, trudno funkcjonować, gdy nic się nie dzieje, po prostu odpoczywać, traktuję takie momenty jak więzienie” – wyznaje.
Self-care, który męczy
Mamy dziś dostęp do niezliczonych porad dotyczących dobrostanu. Możemy planować poranki, optymalizować sen, ćwiczyć uważność, mierzyć aktywność i szukać coraz skuteczniejszych sposobów na regenerację. Problem w tym, że łatwo zamienić dbanie o siebie w kolejny projekt, w którym trzeba osiągać wyniki. Nawet relaks może stać się źródłem frustracji, jeśli nie przynosi oczekiwanych rezultatów.
Cembala zauważa, że odpoczynek coraz częściej traktujemy jak zadanie do odhaczenia. Sam nie uważa się za człowieka, który posiadł umiejętność spokojnego przeżywania wolnego czasu. Przeciwnie, otwarcie przyznaje, że dopiero się tego uczy. I nie mówi tego z pozycji kogoś, kto nie zna ciężaru obowiązków. Przypomina, że jego rodzice pracowali bardzo ciężko: mama była nauczycielką, tata wykonywał pracę fizyczną.
W tym wyznaniu pobrzmiewa coś więcej niż osobisty kłopot z organizacją czasu. Odpoczywanie bywa trudne również dlatego, że wynosimy z domu określone przekonania o pracy, obowiązku i wartości człowieka. Jeśli przez lata uczymy się, że należy być zajętym, pożytecznym i wytrwałym, chwila bezczynności może budzić poczucie winy. Jakbyśmy musieli zasłużyć na prawo do odpoczynku.
„Cembalans” i „cembalast”
Filip Cembala potrafi opowiadać o sprawach trudnych z autoironią, która rozbraja, ale nie unieważnia emocji. Swoje poszukiwania równowagi opisuje za pomocą charakterystycznej gry słów: „Szukam cembalansu, bywam w cembalansie, a czasem w cembalaście”. W tym językowym żarcie kryje się całkiem poważna obserwacja. Równowaga nie jest stanem, który raz osiągamy i możemy już spokojnie uznać za załatwiony. Czasem jesteśmy bliżej siebie, czasem znów gubimy grunt pod nogami.
W rozmowie z Joanną Brodzik pojawia się również wątek wysokiej wrażliwości i ADHD. To doświadczenia, które mogą wpływać na sposób przeżywania codzienności, reagowania na bodźce czy radzenia sobie z napięciem. Nie muszą jednak definiować całej tożsamości człowieka ani oznaczać, że istnieje jeden właściwy sposób na funkcjonowanie.
Być może dlatego tak ważne jest szukanie rozwiązań dopasowanych do siebie, zamiast bezrefleksyjnego powielania cudzych recept. Dla jednej osoby odpoczynkiem będzie spotkanie z przyjaciółmi, dla innej samotność. Jedna potrzebuje ruchu, druga ciszy. Nie ma powodu, by każdą z tych potrzeb oceniać według uniwersalnej miary.
Sponsorem odcinka jest NIVONA, producent automatycznych ekspresów do kawy.
Fri, 16 Oct 2026 - 54min - 431 - „Fryzjerka odmówiła usługi 90-letniej teściowej”. Po co nam starość i czemu traktujemy ją jako chorobę? | „Kultura i inne przyjemności”
„Starość jest czasami traktowana jak choroba” – zauważa psycholożka Justyna Dąbrowska. W świecie, który gloryfikuje młodość, sprawność i nieustanną produktywność, ludzie starsi zbyt łatwo stają się niewidzialni. O tym, dlaczego boimy się starzenia, skąd bierze się społeczna niechęć do starości i co możemy dostrzec, gdy przestaniemy odwracać wzrok, rozmawiają w podcaście „Kultura i inne przyjemności” Zofii Fabjanowskiej Justyna Dąbrowska i Julia Rogowska, reżyserka filmu „Czas, który nie nadszedł”. Sponsorem odcinka jest Next Film jest dystrybutor filmu „Czas, który nie nadszedł".
Młodość stała się czymś więcej niż etapem życia. To dziś również obietnica atrakcyjności, niezależności i społecznej akceptacji. Z kolei starość, choć jest jednym z najbardziej naturalnych doświadczeń człowieka, wciąż bywa przedstawiana jako problem, któremu należy zaradzić. Wystarczy przyjrzeć się językowi, jakim o niej mówimy: staramy się ją opóźniać, ukrywać, zwalczać. Jakby upływ czasu był osobistą porażką, a nie wspólnym ludzkim losem.
W rozmowie z Zofią Fabjanowską, szefową działu Kultura Zwierciadła, psycholożka Justyna Dąbrowska zwraca uwagę, że niechęć do starości nie kończy się na deklaracjach czy estetycznych preferencjach.
Nie science fiction, lecz krzywe zwierciadło
Właśnie takie mechanizmy interesują Julię Rogowską, reżyserkę filmu „Czas, który nie nadszedł”. Jak podkreśla twórczyni, nie jest to opowieść science fiction, lecz historia osadzona w rzeczywistości, tyle że pokazanej w krzywym zwierciadle. Ten zabieg pozwala przyjrzeć się znanym zjawiskom z innej perspektywy i zobaczyć wyraźniej to, co na co dzień łatwo zbagatelizować.
Nie trzeba futurystycznych technologii ani fantastycznych scenariuszy, żeby opowiedzieć o świecie, w którym wiek zaczyna wyznaczać granice społecznej akceptacji. Wystarczy przesunąć akcenty, wyostrzyć pewne tendencje i doprowadzić je do konsekwencji, o których zwykle nie chcemy myśleć. To, co w codziennym życiu uchodzi za niewinną uwagę, praktyczny wybór czy rozsądne rozwiązanie, w odpowiednim świetle może odsłonić znacznie bardziej niepokojący sens.
Rogowska zaznacza, że „Czas, który nie nadszedł” nie opowiada o odległej, abstrakcyjnej przyszłości. Jego punkt wyjścia tkwi w rzeczywistości, którą znamy. Dzięki temu film staje się nie tylko opowieścią o starzeniu, ale również zaproszeniem do przyjrzenia się własnym przekonaniom. Czy naprawdę akceptujemy starość, czy jedynie tolerujemy ją tak długo, jak nie wymaga od nas zmiany przyzwyczajeń? I co się dzieje, gdy człowiek przestaje pasować do wyobrażenia o tym, jak powinien wyglądać, funkcjonować i żyć?
Starość pod lupą
Zdaniem Justyny Dąbrowskiej film pokazuje problem starości niczym szkło powiększające. Przyłożenie lupy do zjawisk obecnych wokół nas pozwala dostrzec ich skalę i konsekwencje. To ważne, bo ageizm, czyli dyskryminacja ze względu na wiek, nie zawsze przybiera postać otwartej wrogości. Często ukrywa się w pozornie neutralnych ocenach, protekcjonalnym tonie, wykluczających decyzjach albo przekonaniu, że starszy człowiek nie potrzebuje już tego samego co inni.
Problem zaczyna się wtedy, gdy wiek staje się ważniejszy niż osoba. Kiedy przestajemy pytać, czego ktoś chce, co lubi i jak zamierza spędzać czas, a zaczynamy decydować za niego, ponieważ uznajemy, że w pewnym wieku pewne rzeczy już nie przystoją, nie są potrzebne albo nie mają sensu.
Dlaczego tak bardzo boimy się starzenia?
Lęk przed starością nie bierze się wyłącznie z obawy przed zmarszczkami, utratą sił czy pogorszeniem zdrowia. Dotyczy także miejsca, jakie będziemy zajmować w świecie, kiedy przestaniemy spełniać jego wymagania. W społeczeństwie nastawionym na efektywność i tempo łatwo uwierzyć, że człowiek jest tyle wart, ile potrafi zrobić, osiągnąć, wyprodukować i zaoferować innym.
W rozmowie pojawia się zatem pytanie o to, jaką pozycję przyznajemy starszym osobom i co właściwie oznacza dla nas dobre życie. Czy potrafimy myśleć o starości inaczej niż przez pryzmat strat?
Thu, 15 Oct 2026 - 55min - 430 - „Życie jest fabryką odrzucenia”. Weronika Rosati o Hollywood, ulubionej samotności i cenie niezależności | „Ukryte piękno”. odc. 34
„Jestem osobą bardzo introwertyczną, nie lubię zamieszania wokół siebie. Jestem typem samotnika i trochę odludka”” – mówi Weronika Rosati w podcaście „Ukryte piękno”. Aktorka, która od lat próbuje budować karierę między Polską a Stanami Zjednoczonymi, dobrze wie, że spełnianie marzeń nie zawsze przypomina filmową opowieść o sukcesie.
Beata Biały pyta aktorkę o Hollywood jako fabrykę odrzucenia. Rosati nie zgadza się jednak, by przypisywać tę właściwość wyłącznie przemysłowi filmowemu. Jej zdaniem odrzucenie jest wpisane w samo życie, a doświadczenia zawodowe w Stanach Zjednoczonych nie zawsze były trudniejsze niż te, które spotykały ją w Polsce.
Aktorka mówi wprost, że w kraju częściej mierzy się z uprzedzeniami i układami. W Stanach Zjednoczonych ma natomiast poczucie, że może zaczynać z czystą kartą. Nie oznacza to, że tamtejszy rynek jest wolny od rywalizacji czy rozczarowań. Różnica polega na tym, jak interpretuje przeszkody i czy widzi w nich rezultat własnych decyzji, czy mechanizmów, na które nie ma wpływu.
„Odrzucenie mnie nawet nie boli, mnie boli niesprawiedliwe odrzucenie” – wyznaje Rosati. To rozróżnienie mówi wiele o jej podejściu do kariery. Odmowa jest częścią zawodowego ryzyka, szczególnie w branży, w której o angażu decydują nie tylko talent i przygotowanie, lecz dziesiątki okoliczności.
O krok od wielkich ról
W karierze aktorki nie brakowało momentów, w których wydawało się, że kolejne zawodowe drzwi otwierają się jednocześnie. Rosati wspomina okres po wypadku, kiedy na ekranach pojawiały się produkcje z jej udziałem, a zainteresowanie jej osobą rosło zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Polsce. Wśród projektów wymienia serial Michaela Manna z Dustinem Hoffmanem, film z Sylvestrem Stallone’em oraz „Obławę”, w której wystąpił także Michael Douglas.
Al Pacino, Robert De Niro - koledzy z pracy
W rozmowie pojawiają się także nazwiska, które dla wielu aktorów pozostają symbolami niedoścignionego mistrzostwa. Beata Biały pyta Rosati o Ala Pacino, z którym poznała się dwadzieścia lat temu podczas kolacji. Aktorka nie chce jednak opowiadać o nim szerzej. Podkreśla, że znają się prywatnie, a on sam bardzo chroni swoją prywatność. W jej opowieści nie ma miejsca na budowanie sensacji wokół znajomości z gwiazdą.
Kiedy rozmowa schodzi na cechy łączące artystów, którzy przez dekady utrzymują się na szczycie, Rosati wskazuje przede wszystkim osobowość. Jej zdaniem największe nazwiska kina wyróżnia silna, niepowtarzalna indywidualność. Wspomina, że Pacino najchętniej grałby Szekspira, podczas gdy Robert De Niro, obok talentu artystycznego, ma również zmysł biznesowy.
Samotność to nie zawsze smutek
Choć zawodowo funkcjonuje w świecie, który nieustannie przyciąga uwagę, prywatnie Rosati określa siebie jako introwertyczkę. Nie przepada za zamieszaniem wokół własnej osoby, a najlepiej czuje się jako samotniczka i, jak sama żartobliwie przyznaje, trochę odludek. Ten obraz może zaskakiwać w przypadku aktorki, której praca polega na obecności przed kamerą i funkcjonowaniu w przestrzeni publicznej.
Nie ma jednak sprzeczności między potrzebą prywatności a wykonywaniem zawodu, który wystawia człowieka na ocenę. Można lubić scenę, a jednocześnie nie chcieć, by każdy aspekt życia stawał się przedmiotem zainteresowania innych. Można też cenić niezależność i potrzebować czasu spędzanego w samotności, bez konieczności tłumaczenia się z własnych wyborów.
„Niezależna kobieta wciąż jest szemrana”
Wizerunek Rosati to wizerunek kobiety silnej, ambitnej i samodzielnej. Aktorka wychowuje córkę, rozwija karierę i nie ukrywa, że nie zawsze jest jej łatwo. Kiedy Beata Biały pyta, czy pozwala sobie na momenty słabości, Rosati odpowiada z charakterystyczną dla siebie bezpośredniością: owszem, czasem przez pięć minut ma dość, ale potem przypomina sobie o obowiązkach. Trzeba włączyć pralkę, wykonać telefon, zająć się kolejną sprawą. Życie nie zatrzymuje się tylko dlatego, że człowiek potrzebuje chwili wytchnienia.
Tue, 13 Oct 2026 - 1h 01min - 429 - „Lęk nie jest prognozą”. Co naprawdę pomaga w wychodzeniu z kryzysu? | „Kryzys wieku każdego” odc. 2
„Kryzys jest takim ciekawym momentem, kiedy zwykłe sposoby radzenia sobie z rzeczywistością nie wystarczają” – mówi prof. Robert Kowalczyk, psycholog w podcaście „Kryzys wieku każdego” z prof. Katarzyną Waszyńską, psycholożką i Ewą Podsiadły-Natorską, dziennikarką. I choć słowo „kryzys” najczęściej kojarzy nam się z czymś, co trzeba jak najszybciej zażegnać, psychologia proponuje inne spojrzenie. Kryzys może być trudny, destabilizujący, pełen lęku i niepewności, ale może też stać się momentem, w którym przestajemy działać automatycznie i zaczynamy sprawdzać, czego właściwie potrzebujemy.
Nie istnieje jeden uniwersalny moment życia, w którym kryzys ma prawo się pojawić. Może przyjść po utracie pracy, rozstaniu, chorobie czy zmianie sytuacji rodzinnej. Ale równie dobrze może pojawić się wtedy, gdy z zewnątrz wszystko wygląda dobrze. Człowiek ma rodzinę, pracę, stabilność finansową, osiągnięcia, a mimo to zaczyna zadawać sobie pytania, których wcześniej nie chciał albo nie musiał zadawać.
Kryzys nie pyta o metrykę
Prof. Katarzyna Waszyńska zwraca uwagę, że kryzys obejmuje nie tylko spektakularne życiowe przełomy. Psychologicznie ważne są również okresy „pomiędzy” – momenty przejścia z jednego etapu w drugi, takie jak dojrzewanie czy kolejne zmiany związane z dorosłością. Właśnie wtedy mogą pojawić się niepewność i lęk, ale jednocześnie otwiera się możliwość spojrzenia na swoje życie z nowej perspektywy.
Dlatego kryzys nie zawsze oznacza, że coś w naszym życiu poszło nie tak. Czasami oznacza po prostu, że dotychczasowy sposób funkcjonowania przestał wystarczać.
„Mam wszystko, ale nie wiem, po co mi to”
Jednym z najbardziej charakterystycznych przykładów jest kryzys egzystencjalny. Można go długo przeżywać po cichu, ponieważ nie musi być związany z żadnym konkretnym wydarzeniem. W gabinecie prof. Katarzyny Waszyńskiej pojawił się 48-letni pacjent, który miał rodzinę i majątek, a więc – jak sam uważał – wszystko, o czym wcześniej marzył. Problem polegał na tym, że zaczął pytać siebie, po co mu to wszystko, kim właściwie jest i czy jest szczęśliwy.
Takie pytania potrafią być bardziej destabilizujące niż zewnętrzny kryzys, bo nie da się na nie odpowiedzieć prostą decyzją. Nie wystarczy zmienić pracy, przeprowadzić się czy zakończyć związku. Trzeba przyjrzeć się własnym wartościom, potrzebom i wyobrażeniu o tym, jak miało wyglądać dobre życie.
I właśnie dlatego – jak zauważa prof. Kowalczyk – do gabinetu można trafić zarówno wtedy, gdy kryzys już trwa, jak i wtedy, gdy dopiero czujemy, że zbliża się jakaś zmiana. Motywacja może być wewnętrzna: zauważamy, że stare sposoby radzenia sobie nie działają. Może też przyjść z zewnątrz, gdy bliscy widzą, że utknęliśmy w schemacie, którego sami nie potrafimy dostrzec.
Czy naprawdę jesteśmy w kryzysie?
W epoce, w której psychologia stała się językiem codzienności, łatwo nazwać niemal każdą trudność kryzysem. Tymczasem prof. Katarzyna Waszyńska przypomina, że „nie każda sytuacja problemowa jest sytuacją kryzysową”. To ważne rozróżnienie, szczególnie gdy mamy skłonność do analizowania każdej emocji i każdego spadku formy.
Prof. Robert Kowalczyk idzie krok dalej. Jego zdaniem z perspektywy osoby, która cierpi, samo nazwanie sytuacji nie zawsze jest najważniejsze. Diagnoza ma przede wszystkim pomóc terapeucie dobrać odpowiednie narzędzia. W kulturze, w której psychologiczne pojęcia coraz częściej opisują nasze codzienne doświadczenia, etykieta może bowiem zarówno przynieść ulgę, jak i dodatkowo obciążyć. Kiedy nazwaliśmy coś „kryzysem”, łatwo zacząć myśleć, że właśnie w kryzysie jesteśmy – i że teraz trzeba koniecznie znaleźć jego przyczynę.
Lęk nie jest prognozą przyszłości
Kryzys bardzo łatwo uruchamia wyobraźnię. Kiedy tracimy poczucie bezpieczeństwa, umysł zaczyna szukać zagrożeń i przewidywać kolejne. Prof. Katarzyna Waszyńska zauważa, że niektórym osobom lęk myli się wtedy z przewidywaniem przyszłości.
Fri, 09 Oct 2026 - 57min - 428 - „Jestem wdzięczna za trudne momenty”. Joanna Jędrzejczyk o psychologicznych grach i zasadzie „jednej doby” | „Soft power” odc. 2
„Mam różowy kij bejsbolowy przy łóżku i alarm w sypialni. Były długoletni partner chwycił mnie, bo nie chciał zrozumieć, że to koniec. Nie byłam wtedy "J.J.", rozpadłam się na milion kawałków – mówi Joanna Jędrzejczyk w podcaście „Soft power”, Sylwii Sitkowskiej i Magdaleny Kuszewskiej. Mistrzyni świata w sportach walki opowiada o cenie sukcesu, sile po porażce, psychologicznej grze w ringu, przemocy w związku i o tym, dlaczego prawdziwa siła nie zawsze musi oznaczać walkę.
Podczas walki w Madison Square Garden straciła pas mistrzowski. Po wszystkim zamieściła w mediach społecznościowych zdjęcie, na którym się uśmiechała. Jeden z komentujących nie mógł tego zrozumieć: jak można się uśmiechać po upokorzeniu i utracie tytułu? Odpowiedź Jędrzejczyk była prosta, ale mówi o życiowej perspektywie znacznie więcej niż niejeden poradnik o odporności psychicznej. „Cieszę się, bo żyję, bo mam dwie ręce, a wokół siebie rodzinę” – powiedziała.
Każdy kiedyś zderzy się z ciężarówką
Status, pieniądze, popularność czy sukces nie chronią przed kryzysem. W pewnym momencie życie potrafi odebrać człowiekowi poczucie kontroli, niezależnie od tego, jak dobrze radził sobie wcześniej. Jędrzejczyk opisuje takie doświadczenia bez wielkich słów, za to obrazowo: „Trudne momenty to są takie zderzenia z ciężarówką, które ma każdy, niezależnie od statusu”.
Siła nie zawsze wygląda jak cios
W podcaście „Soft power” widać właśnie ten paradoks: Joanna Jędrzejczyk przez lata budowała swoją pozycję w świecie kojarzonym z fizyczną siłą, a dziś mówi o sile przede wszystkim jako o zdolności do podejmowania decyzji, ponoszenia ich konsekwencji i rozpoznawania własnych granic.
Psychologia od początku była częścią jej sportowego świata. W walce nie chodzi przecież wyłącznie o technikę, kondycję czy siłę mięśni. Jest jeszcze napięcie, strach, ból i próba odczytania przeciwnika. „Czujesz ból i jest gra psychologiczna” – mówi Jędrzejczyk, odpowiadając na pytanie Magdaleny Kuszewskiej o to, ile w sportach walki jest psychologicznej rozgrywki.
„Idźcie po swoje”
Jędrzejczyk nie romantyzuje jednak ciężkiej pracy. Jej historia jest mocno związana z ambicją i przekonaniem, że na swoje miejsce trzeba zapracować. „Jeżeli ciężko pracujecie, idźcie po swoje” – mówi. Zaraz dodaje: „Szczęście sprzyja tym, którzy ciężej pracują i więcej ryzykują”.
Biznes, kontrakty i zasada jednej doby
Jedną z zasad, które szczególnie mocno podkreśla, jest samodzielność. Przez lata sama negocjowała swoje kontrakty i nie zamierzała oddawać odpowiedzialności za własne interesy komuś innemu. Jej rada jest prosta i może przydać się znacznie szerzej niż tylko osobom pracującym w sporcie: czytajcie dokumenty, zanim je podpiszecie. „Jeżeli ktoś ci mówi, że masz od razu podpisać jakiś dokument, to odpowiedz, że potrzebujesz doby na zapoznanie się” – radzi.
„Rozpadłam się na milion kawałków”
Najbardziej przejmujący fragment rozmowy dotyczy jednak sytuacji, w której sportowa siła przestała mieć znaczenie. Jędrzejczyk opowiada o doświadczeniu przemocy ze strony byłego długoletniego partnera. Wspomina moment, kiedy mężczyzna chwycił ją, ponieważ nie chciał zaakceptować końca związku.
To doświadczenie pokazuje inną twarz przemocy: taką, o której często trudno mówić, szczególnie osobie przyzwyczajonej do tego, że inni postrzegają ją jako niezwyciężoną. „Nie byłam wtedy »J.J.«, rozpadłam się na milion kawałków” – mówi.
Zareagowała krzykiem, chcąc, żeby usłyszeli ją sąsiedzi. Dziś w sypialni ma alarm, a przy łóżku różowy kij bejsbolowy. Nie opowiada o tym po to, żeby budować kolejny obraz twardej wojowniczki. Przeciwnie – pokazuje moment, w którym nawet osoba znana z siły może poczuć się bezradna i przestraszona.
Jej przesłanie do kobiet jest jednoznaczne. „Dziewczyny, nie dajcie się i pamiętajcie, że taka sytuacja trwa, dopóki nie powiecie »dość«” – mówi. To nie jest opowieść o bohaterskim pokonaniu przeciwnika. To opowieść o odzyskiwaniu prawa do własnych granic.
Thu, 08 Oct 2026 - 41min - 427 - „Bliskość w pracy jest uwodząca, ale się nie opłaca”. Dr Małgorzata Majewska o kulturze... dowożenia i zastraszania | „Rozmowy z sensem” odc. 1
„Dowożę, więc jestem” – brzmi jak współczesna wersja kartezjańskiego „myślę, więc jestem”. Tyle że za tym pozornie niewinnym słowem kryje się coś więcej niż zawodowa skuteczność: potrzeba bycia potrzebnym, lęk przed odrzuceniem i przekonanie, że na odpoczynek trzeba sobie najpierw zasłużyć. O tym, co mówi o nas język pracy, rozmawiają w premierowym podcastu „Rozmowy z sensem” Agnieszka Radomska, dziennikarka, oraz dr Małgorzata Majewska, psycholingwistka.
Współczesna kultura pracy stworzyła cały słownik gotowości. „Jestem pod telefonem”. „Jak coś, to pisz”. „Podeślij, zerknę wieczorem”. „Mogę jeszcze dzisiaj dowieźć”. Te zdania brzmią niewinnie, a jednak składają się na bardzo konkretny komunikat: można na mnie liczyć zawsze.
Praca zmieniła znaczenie
Pandemia przyspieszyła proces, który już wcześniej był widoczny. Praca przestała być wyłącznie miejscem, do którego się chodzi. Stała się czymś, co może być wszędzie: w telefonie, na kanapie, podczas kolacji, w sypialni, w samochodzie między jednym spotkaniem a drugim.„Język nam pokazuje, że mamy niezgodę na starą narrację, ale ta nowa się jeszcze nie wytworzyła” – mówi psycholingwistka. To trafnie opisuje moment, w którym jesteśmy. Nie chcemy już bezrefleksyjnie powtarzać, że sukces wymaga poświęcenia wszystkiego. Wiemy, że potrzebujemy równowagi, granic i czasu poza pracą. Jednocześnie nadal posługujemy się językiem, który nagradza nieustanną gotowość.
Czy można odmówić bez poczucia winy?
Jednym z najtrudniejszych słów w zawodowym słowniku okazuje się „nie”. Odmowa może być odbierana niemal jak komunikat o zerwaniu relacji: nie chcę, nie zależy mi, nie jestem lojalna, nie jestem wystarczająco zaangażowana.
Dr Majewska mówi o „zdolności negatywnej” – psychologicznej umiejętności wytrzymywania dyskomfortu, niewiedzy i niepewności związanej z tym, jak otoczenie zareaguje na naszą odmowę. To ważne, bo granice nie są magicznym narzędziem, dzięki któremu wszyscy nagle zaczynają je respektować. „Chcą takich złotych rad: jak stawiać granice, żeby nie bolało. Szkopuł w tym, że stawianie granic zawsze boli” – zauważa.
Lęk jako smycz
Władza w pracy nie zawsze mówi językiem rozkazów. Czasem wystarczy sugestia, że powinniśmy być wdzięczni. „Ciesz się, że masz pracę” może brzmieć jak rada, ale może też stać się narzędziem kontroli. Dr Majewska nazywa lęk „smyczą” i podkreśla, że mechanizm ten nie ogranicza się wyłącznie do kultury pracy. Lękiem można zarządzać także w relacjach, rodzicielstwie czy obszarze zdrowia.
Najważniejsze staje się więc nie pytanie, czy powinniśmy się bać, ale co robimy z własnym lękiem. „Teraz piłka jest po mojej stronie, czy ja sobie na to pozwolę, czy nie. Warto zapytać siebie, co mi to robi” – mówi ekspertka.
Pułapka bliskości
Nie chodzi przy tym o stworzenie człowieka, który już niczego się nie boi. Taka wizja byłaby kolejną fantazją o idealnym funkcjonowaniu.
To również zmienia sposób, w jaki możemy rozmawiać sami ze sobą. Zamiast natychmiast uciszać emocję, można spróbować ją usłyszeć. „Nie ma żadnej cudownej recepty na to, jak rozmawiać ze sobą” – mówi dr Majewska. I właśnie ta rezygnacja z kolejnej złotej zasady może być paradoksalnie uwalniająca.
Dr Majewska zwraca uwagę, że kiedy pracownik zaczyna traktować relację z przełożonym jak relację osobistą, może tracić część swojej pozycji negocjacyjnej. Jeśli wiemy, że szefowa właśnie przeżywa trudny moment prywatny, jej problemy mogą zacząć wpływać na to, czy w ogóle poprosimy o podwyżkę. „Po co idziemy do pracy? Żeby zarabiać pieniądze” – przypomina Majewska.
Pytanie dotyczy granicy: czy bliskość pomaga nam funkcjonować, czy zaczyna sprawiać, że rezygnujemy z własnego interesu. Czy lojalność wobec zespołu nie oznacza przypadkiem mniejszej pensji, kolejnych nadgodzin albo zgody na zadania, których nie jesteśmy w stanie wykonać bez kosztów dla życia poza pracą?
Thu, 08 Oct 2026 - 1h 10min - 426 - „Everestem może być rozwód, utrata pracy, każda trudna sytuacja”. Martyna Wojciechowska o wychodzeniu z traumy i źródłach swojej siły | „Kobiety rządzą”
„Żaden cel nie jest końcem drogi” – mówi Martyna Wojciechowska w podcaście „Kobiety rządzą" Joanny Olekszyk, redaktorki naczelnej „Zwierciadła”. Podróżniczka wraca do jednej z najtrudniejszych historii swojego życia, opowiada o wypadku, w którym straciła przyjaciela i operatora Rafała Łukaszewicza, o tym, jak po latach zmienia się perspektywa na traumę, i dlaczego największym Everestem okazało się dla niej macierzyństwo. Rozmawiają także o wychowywaniu odważnych dzieci, lęku, który łatwo przekazać kolejnemu pokoleniu, oraz o tym, dlaczego dziś zamiast dawać młodym ludziom rady, Martyna chce przede wszystkim ich słuchać.
Dwadzieścia lat później patrzy na tę historię inaczej
Niektóre wydarzenia nie kończą się w chwili, kiedy fizycznie się kończą. Zostają w pamięci, w ciele, w sposobie podejmowania decyzji. Czasem potrzebują wielu lat, żeby można było opowiedzieć je sobie na nowo. Dla Martyny Wojciechowskiej takim momentem był wypadek z nocy z 20 na 21 października 2004 roku. Wtedy straciła Rafała, swojego przyjaciela i operatora, a sama doznała poważnych obrażeń, w tym złamania kręgosłupa.
Dziś wraca do tamtego doświadczenia z perspektywy osoby o 20 lat starszej. Jak mówi, „historia zaczyna się w dramatycznym dla mnie momencie”, ale tym razem interesuje ją nie tylko to, co wydarzyło się wtedy, lecz także to, jak sama zmieniła się przez kolejne dwie dekady. Wspomina przede wszystkim poczucie bezsilności i pytanie, które długo za nią chodziło: dlaczego to właśnie ona przeżyła? To poczucie, że trzeba światu uzasadnić własne ocalenie, stało się jednym z motorów jej dalszego życia.
Dopiero po latach mogła spojrzeć na tamten czas inaczej. „Przeżywanie traumy wtedy i 20 lat później wyglądało zupełnie inaczej” – mówi. W tamtym momencie nie miała diagnozy depresji, nie potrafiła też nazwać wszystkiego, co się z nią działo. Powrót do historii w książce „20 lat później. Przesunąć horyzont” jest więc nie tyle rozdrapywaniem przeszłości, ile próbą zrozumienia siebie sprzed lat.
Wojciechowska od lat porusza się po świecie, w którym góry są czymś więcej niż tylko geografią. Są językiem, którym można opowiedzieć o życiu. W rozmowie z Joanną Olekszyk przekonuje, że każdy człowiek ma własny Everest – nawet jeśli nigdy nie założył raków i nie stanął na lodowcu.
„Symbolicznym Everestem, o którym piszę w książce, nie musi być koniecznie wypadek, w którym ginie twój przyjaciel, a ty masz załamany kręgosłup. To może być rozwód, utrata pracy i każde inne trudne doświadczenie” – mówi. Ta metafora działa właśnie dlatego, że nie romantyzuje cierpienia. Nie każde życiowe wyzwanie jest spektakularne. Czasem największą górą jest coś, czego z zewnątrz właściwie nie widać.
Podobnie jest z sukcesem. Zdobycie szczytu nie oznacza przecież, że od tej pory wszystko będzie już łatwe. Wojciechowska zauważa, że we wspinaczce można wejść bardzo wysoko, a potem odkryć, że zejście bywa równie wymagające. Na szczycie pojawia się zresztą kolejne pytanie: co dalej? „Mówi się w himalaizmie, że odnieść sukces to przeżyć” – przypomina. A chwilę później pojawia się zdumienie: skoro jestem tutaj, to ile jeszcze przede mną?
Odpowiedź jest prosta i zarazem niewygodna: „żaden cel nie jest końcem drogi”.
Tue, 06 Oct 2026 - 1h 05min - 425 - Cała prawda o wypełniaczach: jak długo zostają w skórze? Czy zawsze dają efekt pillow face? Rozmowa z dr n.med. Dianą Kupczyńską | „Pod skórą”, odc. 3
Wypełniacze na bazie kwasu hialuronowego przeżywają w ostatnim czasie wizerunkowy kryzys. Wielu kobietom zaczęły kojarzyć się z nienaturalnym, przerysowanym wyglądem. Kontrowersje wzbudzają też coraz częstsze doniesienia na temat gromadzenia się wypełniaczy i ich zalegania w tkankach przez lata. Czy jest się czego bać? Wraz z lekarką medycyny estetycznej dr Dianą Kupczyńską ustalamy fakty i mity na temat wypełniaczy.
Skąd się bierze efekt „nadmuchanej” twarzy?
Wypełniacze bazujące na kwasie hialuronowym, choć wciąż chętnie stosowane przez lekarzy medycyny estetycznej, zaczynają tracić popularność wśród pacjentek. Kobiety boją się nienaturalnych efektów po zabiegu, ale i tego, że raz wstrzyknięta substancja zostanie w twarzy już na zawsze. Gościni 3. odcinka podcastu „Pod skórą”, dr n.med. Diana Kupczyńska, nie dziwi się tym obawom.
– Widzimy zarówno wśród rodzimych, jak i zagranicznych gwiazd tak zwany overfilled syndrome. Jest to efekt „dopychania” często dużych objętości mocno sieciowanych preparatów. Takim flagowym przykładem są te wielkie policzki, takie piłeczki pingpongowe, które dają wrażenie, jakby ta skóra na wypełniaczu miała zaraz pęknąć. Dwa, optycznie oczy są wtedy bardzo małe i robi się taka półeczka pod oczami – mówi specjalistka.
Dr Kupczyńska zauważa przy tym, że często problemem nie jest sam preparat, lecz podawanie go przez niekompetentną osobę, przy ignorowaniu naturalnych ograniczeń anatomicznych pacjenta.
– Jeżeli ktoś na jednej sesji ma podane 20-30 mililitrów, objętość dla mnie nie do pojęcia rozumem, to nie ma możliwości, żeby ten efekt się długo utrzymał, bo człowiek nie jest z plasteliny – zauważa lekarka. – Nie da się w odpowiedniej warstwie anatomicznej „wepchać” po 5-6-10 mililitrów. Szczególnie jak ktoś jest drobny, ma drobną twarzoczaszkę.
To stawia w zupełnie innym świetle popularne zdjęcia metamorfoz przed i po, na które tak często natykamy się w internecie. Jeśli po zabiegu wypełniaczami widzimy pacjentkę z zupełnie nową twarzą, o innych rysach i proporcjach – prawdopodobnie podano jej bardzo dużą ilość preparatu, który w przyszłości będzie wymagał ciągłych uzupełnień. A stąd prosta droga do overfilled syndrome.
– To jest rola lekarza, takiego jak ja czy moich kolegów i koleżanek, żeby takim pacjentkom urealnić oczekiwania. A kiedy trzeba, to im odmówić. A kiedy trzeba, to skierować na konsultację psychologiczną, bo często osoby, które oczekują spektakularnej zmiany swojego wyglądu zabiegami z zakresu medycyny estetycznej, cierpią z powodu dysmorfofobii – tłumaczy dr Diana Kupczyńska.
Z 3. odcinka podcastu „Pod skórą” dowiesz się także, jak długo wypełniacze na bazie kwasu hialuronowego mogą utrzymywać się w skórze, w które rejony twarzy nie powinno się ich podawać oraz dlaczego stymulatory tkankowej wcale nie są dla nich lepszą alternatywą.
Podcast „Pod skórą” analizuje viralowe trendy w urodzie i medycynie estetycznej napędzane przez internetowe algorytmy. Prowadząca Aleksandra Urbaniak wraz z ekspertami omawia źródła najnowszych trendów, obala szkodliwe mity i ujawnia przemilczane fakty na temat zabiegów zyskujących popularność. To rozmowy dające zdrową perspektywę na obowiązujące standardy piękna wyznaczane przez social-media, które coraz częściej dyktują nam, jak wyglądać i co robić ze swoimi ciałami.
Mon, 05 Oct 2026 - 54min - 424 - „Od dziecka czułam się inna. Nie umiałam się dostosować”. Paulina Gałązka o diagnozie ADHD i uczeniu się siebie na nowo | „W czułym zwierciadle”
„Krytyk wewnętrzny podlewany w dzieciństwie zawsze będzie” – mówi Paulina Gałązka w nowym sezonie podcastu „W czułym zwierciadle”, Małgorzaty Serafin . Aktorka opowiada o dorastaniu z poczuciem niedopasowania, późnej diagnozie ADHD i spektrum autyzmu, maskowaniu, które przez lata pozwalało jej funkcjonować, ale także o cenie, jaką za to płaciła.
Neuroróżnorodność nie ma jednego wyglądu. U Pauliny splatają się różne doświadczenia związane zarówno z deficytem uwagi, jak i nadaktywnością psychoruchową. Szczególnie wyraźnie widać to przy czynnościach, które jej nie interesują.
Sprzątanie, zakupy czy zwykłe „ogarnianie życia” nie są dla niej neutralnymi, automatycznymi elementami codzienności. Kiedy zadanie jest nudne, utrzymanie uwagi wymaga świadomego wysiłku. Z kolei praca, która ją angażuje, może uruchamiać zupełnie inny poziom koncentracji i energii.
Ta różnica jest jednym z powodów, dla których o ADHD coraz częściej mówi się nie tylko w kontekście trudności, lecz także specyficznego sposobu zarządzania uwagą, energią i zainteresowaniem. Nie chodzi o prosty podział na „potrafię się skupić” i „nie potrafię się skupić”. Znacznie częściej pytanie brzmi: na czym, w jakich warunkach i jakim kosztem jestem w stanie się skupić?
„Zaproszenie równa się obrażenie”
Neuroróżnorodność wpływa również na relacje. Paulina z czasem nauczyła się, że łatwiej jest jej utrzymywać przyjaźnie z osobami, które zna od lat. Nowe relacje bywają trudniejsze, szczególnie kiedy równocześnie pojawia się nowy projekt zawodowy.
Aktorka opisuje swój schemat z dużą autoironią. Kiedy angażuje się w nowe przedsięwzięcie, potrafi niemal całkowicie zniknąć z życia towarzyskiego. Jej mąż określił to żartobliwie: „zaproszenie równa się obrażenie”. Za dowcipem kryje się jednak ważna obserwacja – neuroróżnorodność może wpływać także na to, jak gospodarujemy społeczną energią i jak utrzymujemy kontakt z bliskimi.
Od mieszkania bez bieżącej wody do Łódzkiej Filmówki
Historia Pauliny Gałązki to jednak nie tylko opowieść o diagnozie. To również historia ambicji, determinacji i decyzji podejmowanych wbrew temu, co inni uznawali za rozsądne.
W liceum usłyszała od wychowawczyni, że ze względu na pochodzenie z ubogiej rodziny nie powinna wybierać szkoły aktorskiej. Miała zająć się mamą i zdobyć „porządny zawód”. Początkowo posłuchała tej rady. Wybrała stosunki międzynarodowe i nawet zaczęła się w nich odnajdywać. Po roku przyszedł jednak kryzys, a wraz z nim pytanie o własne życie.
Czułość zamiast naprawiania siebie
W historii Pauliny szczególnie mocno wybrzmiewa zmiana perspektywy. Przez lata próbowała znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego nie działa tak jak inni. Dziś ważniejsze staje się dla niej pytanie, czego potrzebuje, żeby działać po swojemu i jednocześnie dobrze funkcjonować w świecie, który nie zawsze jest projektowany z myślą o osobach neuroróżnorodnych.
Jej opowieść nie jest więc historią o diagnozie, która nagle wszystko wyjaśnia. Jest raczej zapisem procesu – od poczucia bycia „czarną owcą”, przez rozpoznawanie własnych trudności, aż po budowanie sposobów, które pozwalają lepiej zarządzać codziennością, pracą i relacjami. Także bez rezygnowania z ambicji.
W tle pozostaje jeszcze historia mamy, którą Paulina nazywa fighterką. Kobiety, która samotnie wychowała dwie córki i mimo bardzo trudnych warunków – dziewczynki mieszkały w domu bez bieżącej wody – musiała zrezygnować z własnych marzeń. Dla Pauliny ta pamięć stała się częścią własnej motywacji: żeby nie odkładać życia na później i nie pozwolić, by cudze wyobrażenia o tym, co „rozsądne”, zdecydowały za nią.
W nowym sezonie podcastu „W czułym zwierciadle” Małgorzata Serafin, dziennikarka, rozmawia z twórcami, artystami oraz przedstawicielami świata biznesu o ADHD. Bez upraszczania tematu do internetowych etykiet i bez sprowadzania ADHD wyłącznie do problemów z koncentracją.
Fri, 02 Oct 2026 - 1h 23min - 423 - „Kim jestem, jak nie pomagam wszystkim?”. Joanna Chmura o tzw. mental load i sztuce odpuszczania | „Słowo do słowa”, odc. 13
„Nie chciałabym wrócić do etapu, kiedy moje życie jest na końcu. Dlaczego tak sobie robimy?” – pyta Joanna Brodzik w rozmowie z psycholożką Joanną Chmurą. I trudno o pytanie bardziej aktualne. Bo przecież wiemy, że jesteśmy zmęczone. Wiemy, że lista rzeczy do zrobienia nigdy się nie kończy. A jednak wciąż dokładamy sobie kolejne zadania, przejmujemy odpowiedzialność za innych i z poczuciem winy próbujemy znaleźć czas dla siebie. Dlaczego tak trudno po prostu odłożyć telefon, usiąść i przez chwilę niczego nie robić? Sponsorem odcinka jest NIVONA, producent automatycznych ekspresów do kawy.
Nie tylko robimy. Cały czas myślimy
Zmęczenie nie zawsze bierze się z liczby obowiązków. Czasem bardziej wyczerpuje nas to, że przez cały dzień jesteśmy ich centrum dowodzenia. Pamiętamy o terminach, zakupach, wizytach, rachunkach, urodzinach, potrzebach dzieci, partnera, rodziców i znajomych. Nawet kiedy fizycznie odpoczywamy, głowa nadal pracuje.
Właśnie na tym polega mental load – obciążenie psychiczne związane nie tylko z wykonywaniem zadań, lecz także z pamiętaniem o nich, przewidywaniem kolejnych kroków i pilnowaniem, żeby niczego nie przeoczyć. „Polega to na tym, że w głowie ciągle przerabiamy informacje, żeby nadążyć ze wszystkim, i układamy to jak w szachach” – tłumaczy Joanna Chmura. W efekcie można siedzieć na kanapie, a jednocześnie mentalnie biegać maraton.
Problem zaczyna się wtedy, gdy taki stan przestaje być wyjątkiem, a staje się codziennym trybem funkcjonowania. Bo skoro zawsze jest coś do zrobienia, odpoczynek zaczyna wyglądać jak luksus, na który trzeba sobie najpierw zasłużyć.
Skąd się bierze potrzeba, żeby wszystko było na naszej głowie?
Joanna Brodzik pyta w rozmowie, dlaczego tak często stajemy się menadżerkami własnego domu i życia całej rodziny. Odpowiedź nie jest jednak tak prosta, jak mogłoby się wydawać. Nie chodzi wyłącznie o perfekcjonizm czy brak umiejętności delegowania. W grę wchodzą również przyzwyczajenia, rodzinne wzorce i przekonania dotyczące tego, co znaczy być dobrą partnerką, matką, córką czy przyjaciółką.
Joanna Chmura zwraca uwagę, że nasz układ nerwowy może przyzwyczaić się do funkcjonowania w trybie działania. Szczególnie wyraźnie widać to w macierzyństwie: przez lata jesteśmy potrzebne niemal bez przerwy, więc nawet kiedy sytuacja się zmienia, ciało i głowa nadal pozostają w gotowości. Działanie staje się automatyzmem.
A kiedy automatyzm zaczyna być tożsamością, pojawia się znacznie trudniejsze pytanie: kim jestem, kiedy niczego nie organizuję, nie załatwiam i nikomu nie pomagam?
„Kim jestem, jak nie pomagam wszystkim?”
W kulturze produktywności bezczynność ma zaskakująco złą reputację. Odpoczynek powinien być efektywny, najlepiej regeneracyjny, zaplanowany i wpisany do kalendarza. Nawet relaks potrafimy zamienić w kolejne zadanie do odhaczenia.
„Jest wstyd wokół bezruchu i przegięte zostało to w stronę, że wszystko musi być w ruchu” – mówi Joanna Chmura. Przypomina przy tym o najbardziej oczywistym mechanizmie natury: serce, płuca, oczy – wszystko działa w rytmie napięcia i rozluźnienia, otwierania i zamykania. My natomiast próbujemy funkcjonować tak, jakby cały czas trzeba było być „włączonym”.
Dlatego zwyczajne poleżenie na kanapie może być czymś więcej niż lenistwem. Może być potrzebnym momentem wyhamowania. Problem w tym, że dla wielu osób właśnie wtedy pojawia się niepokój.
Na pierwszy rzut oka wydaje się, że w biegu zyskujemy: więcej robimy, więcej kontrolujemy, jesteśmy potrzebne. Koszt ujawnia się dopiero po czasie. „Tracimy siebie, ale też każdy traci coś innego” – mówi Joanna Chmura.
Dla jednej osoby będzie to spontaniczność. Dla innej sen, relacje, zdrowie, seks, twórczość albo zwyczajna przyjemność z nicnierobienia. Możemy też stracić kontakt z własnymi potrzebami, bo przez lata łatwiej było odpowiedzieć na pytanie „czego potrzebują ode mnie inni?” niż „czego ja właściwie potrzebuję?”.
Sponsorem odcinka jest NIVONA, producent automatycznych ekspresów do kawy.
Fri, 02 Oct 2026 - 53min - 422 - „Jak nas zalewa emocja w pracy lub domu, to ćwiczymy izometrię”. Prof. Rafał Ohme o samotności biologicznej i spalaniu kortyzolu | „Soft power” odc. 1
„Największym problemem nie będą nowotwory czy choroby serca, a samotność. Nie psychologiczna, a biologiczna” – mówi prof. Rafał Ohme, psycholog, który zakochał się w emocjach, potem w neuronauce, a w końcu w technologii, w premierowym odcinku podcastu „Soft power”z Sylwią Sitkowską i Magdaleną Kuszewską. To rozmowa o tym, co co jest najważniejsze w życiu i że biologia jest przed psychologią.
Droga prof. Ohme do świata nauki nie była jednak prostą historią akademickiego awansu. Przez trzy dekady mieszkał w Lublinie i, jak mówi, bardzo długo nie chciał się z tym miastem rozstawać. Lublin był dla niego czymś więcej niż miejscem zamieszkania – dawał poczucie wolności i przekonanie, że można być tym, kim się chce. Do Warszawy przeniosła go dopiero proza życia, choć początkowo próbował znaleźć rozwiązanie pośrednie.
Najpierw biologia, potem psychologia
Jednym z najbardziej przewrotnych wątków tej rozmowy jest spojrzenie na emocje od strony biologii. W potocznym myśleniu często zakładamy, że kiedy pojawia się konflikt, napięcie czy stres, najpierw trzeba „porozmawiać ze sobą”, przeanalizować sytuację i spróbować zmienić sposób myślenia. Prof. Ohme proponuje odwrócenie kolejności.
„Wiecie, co jest najważniejsze w życiu? Biologia” – mówi. Jego zdaniem psychologia zaczyna działać skuteczniej wtedy, kiedy wcześniej zajmiemy się tym, co dzieje się w organizmie. Podczas konfliktu możemy próbować przyjąć perspektywę drugiej osoby i uspokoić emocje, ale jeśli ciało nadal znajduje się w stanie silnego pobudzenia, trudno oczekiwać od mózgu chłodnej analizy. Dlatego najpierw trzeba „uciszyć bombę tykającą w tobie”, czyli obniżyć fizjologiczne pobudzenie związane m.in. z kortyzolem.
I tu pojawia się coś zaskakująco prostego: ruch. Zdaniem psychologa organizm można regulować poprzez procesy chemiczne, elektryczne i mechaniczne – właśnie tym zajmuje się neuronauka stosowana. Kiedy emocje zalewają nas w pracy albo w domu, pomocne mogą być nawet ćwiczenia izometryczne, czyli takie, w których napinamy mięśnie bez zmiany ich długości. Chodzi o to, żeby najpierw rozbroić fizjologiczne napięcie, a dopiero potem próbować prowadzić ze sobą bardziej skomplikowany dialog.
Samotność zaczyna się w ciele
W rozmowie pojawia się także temat, który w epoce cyfrowej nabiera szczególnego znaczenia: samotność. Nie chodzi wyłącznie o poczucie osamotnienia, brak partnera czy wrażenie, że nie mamy z kim porozmawiać. Prof. Ohme mówi o samotności biologicznej – sytuacji, w której człowiek jest coraz mniej otoczony realnymi ludźmi i coraz częściej zastępuje bezpośredni kontakt komunikacją za pośrednictwem ekranów.
„Największym problemem w erze cyfrowej nie będą nowotwory czy choroby serca, a samotność” – mówi, podkreślając znaczenie fizycznej obecności drugiego człowieka. Przez tysiące lat żyliśmy wśród innych ludzi. Kontakt wzrokowy, dotyk, bliskość i odczytywanie sygnałów z twarzy drugiej osoby były częścią naszego codziennego funkcjonowania. Dziś możemy mieć setki kontaktów w telefonie i jednocześnie bardzo mało prawdziwej bliskości.
Mechanizm, o którym mówi psycholog, jest przy tym bardzo konkretny. Patrzenie sobie w oczy, przytulanie i fizyczna obecność drugiej osoby mogą sprzyjać wydzielaniu oksytocyny, która uczestniczy w regulacji reakcji stresowej. Dlatego – jak podkreśla prof. Ohme – przytulenie człowieka czy nawet psa lub kota jest czymś innym niż obejmowanie drzewa. Potrzebujemy poczuć ciepło, ciężar ciała i bicie serca. Nasz organizm nie żyje przecież w internecie.
Soft power, czyli siła bez napinania
Właśnie wokół takich historii powstaje nowy cykl podcastów „Soft power”. Sylwia Sitkowska, psycholożka, i Magdalena Kuszewska, dziennikarka, rozmawiają w nim z twórcami, artystami oraz osobami ze świata sztuki i biznesu o wyjątkowych talentach, sposobach myślenia i kompetencjach, które nie zawsze widać na pierwszy rzut oka. To rozmowy o tym, co daje ludziom sprawczość, jak rozwijają swoje możliwości i skąd bierze się ich siła.
Thu, 01 Oct 2026 - 57min - 421 - „Rodzynkę możemy jeść na wiele sposobów”. Dr Iza Jąderek ma sposób dla par, które już nie patrzą sobie w oczy | „Ukryte piękno”. odc. 33
„Każdy z nas potrzebuje być zauważonym” – mówi dr Iza Jąderek, psycholożka i autorka książki „Bliżej siebie”. W rozmowie z Magdaleną Kuszewską w podcaście „Ukryte piękno” przygląda się temu, co dzieje się z bliskością, kiedy codzienność przejmuje stery. Mówi o pożądaniu, które nie pojawia się w próżni, o uważności, granicach i o tym, dlaczego czasem drogą do lepszego seksu może być… rodzynka.
Codzienność ma swoją zdradliwą właściwość: im lepiej coś znamy, tym mniej to zauważamy. Droga do pracy, kubek kawy wypijany rano, dotyk partnera, znajomy zapach jego skóry, pocałunek na powitanie – rzeczy, które kiedyś przyciągały uwagę, po pewnym czasie stają się elementem tła. Nie dlatego, że przestały być ważne. Po prostu mózg nauczył się je pomijać.
Zanim pojawi się seks
Dr Iza Jąderek zwraca uwagę, że funkcjonowanie na autopilocie jest naturalną częścią naszego życia i ma swoje praktyczne uzasadnienie. Nie możemy przecież każdego dnia przeżywać wszystkiego z intensywnością pierwszego doświadczenia. Problem zaczyna się wtedy, gdy autopilot obejmuje również obszary, które potrzebują naszej obecności. „Nasz świat jest tak skonstruowany, że działamy na autopilocie i to też jest nam potrzebne” – mówi psycholożka. Jak dodaje, warto jednak czasem zatrzymać się i zobaczyć, co naprawdę dzieje się w naszym doświadczeniu.
Bo właśnie tam może być przyjemność, radość, spokój czy ekscytacja, ale także złość, smutek, napięcie i inne nieprzyjemne emocje. Uważność nie polega więc na tym, żeby za wszelką cenę czuć się dobrze. Chodzi raczej o skierowanie uwagi na siebie, bez natychmiastowej oceny. „Warto skupić się na wszystkich [tych doświadczeniach] i puścić snop światła na siebie” – tłumaczy dr Jąderek.
To podejście dotyczy również seksualności. Zamiast traktować seks jako osobny punkt programu, który trzeba „zrobić”, można zacząć dostrzegać, że seksualność jest częścią nas. I że zaczyna się znacznie wcześniej niż w sypialni.
Co wspólnego z seksem ma rodzynka?
Na pierwszy rzut oka niewiele. A jednak właśnie rodzynka może być dobrym ćwiczeniem z odzyskiwania kontaktu z własnymi zmysłami. Magdalena Kuszewska pyta dr Jąderek, co jedzenie rodzynki ma wspólnego z seksem. Odpowiedź prowadzi w stronę pozornie banalnych czynności, które możemy przeżywać zupełnie inaczej, jeśli przestaniemy wykonywać je automatycznie.
„Chodzi o to, żeby spojrzeć na zwykłe, codzienne czynności jako źródło zmysłowej przyjemności. Rodzynkę możemy jeść na wiele sposobów” – mówi psycholożka.
Nie chodzi więc o samą rodzynkę, lecz o zmianę sposobu doświadczania. O zauważenie smaku, faktury, zapachu, temperatury, tego, co dzieje się w ciele. Taka perspektywa może przenieść się również na bliskość z drugą osobą. Dotyk przestaje być jedynie środkiem prowadzącym do określonego celu, a zaczyna być doświadczeniem samym w sobie.
W seksualności podobna uważność może oznaczać powrót do ciekawości. Zamiast zakładać, że po kilku czy kilkunastu latach wiemy już o partnerze wszystko, można spróbować spojrzeć na niego inaczej. Dr Jąderek proponuje wręcz, by „traktować seks z osobą, z którą jesteśmy w związku, jakby to miał być pierwszy raz”. Nie jako udawanie nieznajomości, ale jako odzyskanie zainteresowania drugim człowiekiem.
Kiedy przestajemy na siebie patrzeć
Początek związku często jest czasem intensywnej obserwacji. Patrzymy na siebie, szukamy kontaktu wzrokowego, chcemy być blisko, wychwytujemy drobne gesty. Z czasem wspólne życie przynosi rachunki, obowiązki, dzieci, pracę, zakupy i listy rzeczy do zrobienia. Romantyczne spojrzenie łatwo przegrywa z pytaniem: „Kto odbierze paczkę?”.
A przecież potrzeba bycia zauważonym nie znika wraz z upływem lat. Dr Jąderek zwraca uwagę, że smutnym elementem wielu długoletnich relacji jest utrata właśnie tego rodzaju kontaktu. „To smutne, że pary po latach nie patrzą już sobie w oczy i nie całują się. Na początku wpatrujemy się w siebie non stop, a potem ten wzrok zaczyna uciekać na boki: tylko »zrób to, zrób tamto«” – mówi.
Tue, 29 Sep 2026 - 1h 01min - 420 - „Czterdziestolatki dziś wyglądają młodziej niż kiedyś dwudziestolatki”. 5 zasad stylu Joli Czai | „Słowo do słowa”, odc. 12
„Dojrzałość nie oznacza, że mamy się ubierać jak nasze matki” - mówi stylistka, Jola Czaja w podcaście „Słowo do słowa", Joanny Brodzik. Czy kobieta po czterdziestce powinna jeszcze zastanawiać się, czy „wypada” jej założyć krótką spódnicę, mocny kolor albo sukienkę odsłaniającą ramiona? A może największą zmianą, jaka przychodzi z wiekiem, jest właśnie możliwość przestania przejmowania się takimi pytaniami? Sponsorem odcinka jest Promensil Forte – suplement diety dla kobiet, które również w czasie menopauzy chcą żyć w zgodzie ze swoją naturą.
Moda bardzo długo była jednym z narzędzi, za pomocą których społeczeństwo przypominało kobietom, gdzie jest ich miejsce. Wiek miał być widoczny. A wraz z nim – odpowiedni fason, długość spódnicy, fryzura, makijaż i cały zestaw rzeczy, które miały komunikować: jestem już „poważną kobietą”. W rozmowie z Joanną Brodzik Jola Czaja wraca do obrazu kobiet, który pamięta z własnego dzieciństwa. Jak mówi, „byłyśmy dojrzałe i stare z młodu”, a kobiety po pięćdziesiątce często miały charakterystyczne akcesoria podkreślające ich status i wiek. Fryzury były natapirowane, stroje bardziej zachowawcze lub przeciwnie – przesadne, bo wiele kobiet próbowało poprzez wygląd pokazać swój dorobek i pozycję.
Ten obraz zmienił się niemal nie do poznania. Czterdziestolatki i pięćdziesięciolatki noszą sneakersy, jeansy, krótkie sukienki, skórzane kurtki, mocną biżuterię. Farbują włosy albo zostawiają siwe. Eksperymentują z trendami i coraz częściej nie pytają już, czy dany fason jest „dla ich wieku”. Paradoks polega na tym, że wraz z większą wolnością pojawiła się nowa presja: skoro możemy wyglądać młodziej, powinnyśmy to robić.
„My nie chcemy wyglądać młodziej. My wyglądamy”
To jedno z ciekawszych przesunięć, jakie dokonały się w ostatnich dekadach. Kobieta po 40. nie musi już wizualnie deklarować swojego wieku, ale jednocześnie dostaje mnóstwo komunikatów, że najlepiej, jeśli będzie wyglądała tak, jakby wieku nie miała. W reklamach, mediach społecznościowych i świecie mody młodość wciąż bywa traktowana jak synonim atrakcyjności.
Jola Czaja odwraca jednak tę perspektywę. „My nie chcemy, my wyglądamy” – mówi, zwracając uwagę na fakt, że współczesne kobiety po prostu funkcjonują inaczej niż poprzednie pokolenia. Mają inne ubrania, fryzury, kosmetyki, dostęp do informacji i znacznie większą świadomość tego, jak chcą się prezentować. Jak dodaje, kiedyś wiele rzeczy po prostu „nie wypadało”. Dziś granice są znacznie dalej.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy „dbanie o siebie” przestaje być wyborem, a staje się kolejnym obowiązkiem. Wtedy krem, fryzjer, ruch, dieta, ubrania czy makijaż nie służą już temu, żeby dobrze się ze sobą czuć, ale mają przede wszystkim zatrzymać czas. I nagle nawet atrakcyjność zaczyna przypominać zadanie do odhaczenia.
Zamiast „wysmukla i odmładza” – po prostu: dobrze mi w tym
Wystarczy przejrzeć opisy ubrań kierowanych do dojrzałych kobiet, żeby zobaczyć, jak mocno wciąż funkcjonuje język ukrywania. Fason ma wysmuklać. Materiał ma maskować. Dekolt ma odwracać uwagę. Rękaw ma zasłaniać ramiona. Spodnie powinny „wydłużać nogi”, a sukienka – najlepiej „odejmować lat”.
Tyle że ciało nie jest projektem do naprawienia. Zmienia się. I szczególnie po czterdziestce wiele kobiet zaczyna doświadczać tego bardzo konkretnie. Zmieniają się proporcje sylwetki, skóra, sposób odkładania tkanki tłuszczowej, komfort termiczny, a w okresie menopauzy także samopoczucie i relacja z własnym ciałem. To nie oznacza, że trzeba zacząć ubierać się „stosownie do wieku”. Oznacza raczej, że warto nauczyć się swojego ciała na nowo.
Jola Czaja proponuje zmianę języka, ale też zmianę wewnętrznego nastawienia. „Przez lata nauczono nas być krytyczną wobec własnego ciała i wymagać od niego więcej, niż na danym etapie życia potrzebuje” – mówi.
Sponsorem odcinka jest Promensil Forte – suplement diety dla kobiet, które również w czasie menopauzy chcą żyć w zgodzie ze swoją naturą.
Tue, 22 Sep 2026 - 53min - 419 - „Najgorsze, co możesz zrobić, to uciekać przed lękiem”. Sebastian Karpiel-Bułecka o wychodzeniu z trudnych emocji | „Kultura i inne przyjemności”
„Lęk potrafi być naprawdę przytłaczający” – mówi Sebastian Karpiel-Bułecka w rozmowie z Zofią Fabjanowską, szefową działu Kultura „Zwierciadła”. Lider Zakopower opowiada o tym, czego nauczyli go ojciec i dziadek, o niezwykłym pożegnaniu z tatą, emocjonalnym koszcie koncertów, stanach lękowych i o tym, dlaczego dziś łatwiej jest mu oswoić własne słabości.
Dla muzyka scena może być źródłem ogromnej energii. Jest publiczność, światła, rytm, wspólne granie i szczególny rodzaj porozumienia, którego nie da się do końca przełożyć na język. Karpiel-Bułecka opisuje je wręcz jako „język duchowy” – coś, co powstaje pomiędzy członkami zespołu podczas koncertu.
Problem zaczynał się po zejściu ze sceny.
Przez lata emocjonalny kontrast między koncertowym pobudzeniem a zwyczajnością po występie potrafił być dla niego bardzo trudny. Ten „skok dopaminowy” po koncercie, jak sam go określa, zostawiał pustkę, szczególnie kiedy nie miał jeszcze rodziny. Po intensywnym doświadczeniu nagle nie było do czego wracać. Artysta przyznaje, że było to trudne doświadczenie bliskie momentami depresji.
Dziś ten mechanizm wygląda inaczej. Żona, dzieci, dom i codzienność sprawiły, że po zejściu ze sceny istnieje coś więcej niż tylko cisza. „Od kiedy mam żonę, dzieci, tych skoków emocjonalnych nie czuję” – mówi. Rodzina stała się więc nie tylko przestrzenią prywatności, ale też swoistą przeciwwagą dla życia opartego na ciągłej intensywności.
Kiedy wchodzi lęk
Jednym z ważniejszych tematów rozmowy jest lęk. Karpiel-Bułecka zdecydował się mówić o swoich stanach lękowych publicznie, choć mógłby przecież pozostawić je w sferze prywatnej. Powód był prosty: skoro sam doświadczył trudności, chciał, żeby jego historia mogła pomóc komuś, kto właśnie przeżywa coś podobnego.
Wciąż funkcjonujemy w rzeczywistości, w której problemy psychiczne bywają traktowane inaczej niż choroby ciała. O osobie cierpiącej z powodu lęku czy depresji łatwo powiedzieć, że „przesadza”, „wymyśla” albo powinna po prostu wziąć się w garść. Muzyk sprzeciwia się takiemu myśleniu. „Nerwica lękowa czy depresja to takie same choroby jak na przykład grypa” – podkreśla. Jego zdaniem takie podejście może być ważne zarówno dla osoby, która mierzy się z problemem, jak i dla jej najbliższych.
Bo lęk potrafi być absurdalny, a jednocześnie całkowicie realny w odczuciu osoby, która go doświadcza. Muzyk wspomina sytuacje, w których bał się wyjść na scenę, ponieważ był przekonany, że upadnie i umrze. Z zewnątrz trudno znaleźć w takim scenariuszu logikę. Dla człowieka znajdującego się w środku ataku lęku ta irracjonalność nie sprawia jednak, że strach staje się mniej dotkliwy.
Odzyskiwanie wpływu
Czy można powiedzieć, że Karpiel-Bułecka ma już ten etap za sobą? Odpowiedź jest daleka od efektownej historii o całkowitym zwycięstwie nad własnymi słabościami. „Nie” – przyznaje. Różnica polega na czymś innym: dziś potrafi wcześniej rozpoznać sygnały ostrzegawcze i odpowiednio zareagować.
Zamiast czekać, aż lęk urośnie do rozmiarów, z którymi trudno sobie poradzić, stara się wyciszyć, nie brać wszystkiego tak bardzo do siebie i działać profilaktycznie. To podejście jest mniej spektakularne niż opowieść o pokonaniu własnych demonów, ale właśnie dlatego brzmi wiarygodnie. Nie chodzi o to, żeby już nigdy się nie bać. Chodzi o to, by wiedzieć, co zrobić, kiedy strach znowu się pojawi.
Karpiel-Bułecka mówi zresztą bardzo stanowczo o tym, czego – jego zdaniem – nie należy robić. Zamknięcie się w domu, pozostanie na kanapie i unikanie sytuacji wywołujących lęk może dawać chwilową ulgę, ale w dłuższej perspektywie tylko wzmacnia problem. „Najgorsze, co możesz zrobić, to ucieczka przed lękiem” – przekonuje. W jego doświadczeniu skuteczniejsza okazuje się droga małych kroków: wychodzenie naprzeciw temu, czego się boimy, nawet jeśli wymaga to sporego wysiłku.
Nie jest to recepta na życie bez lęku. Raczej sposób na odzyskiwanie wpływu na własne życie.
Wed, 16 Sep 2026 - 45min - 418 - Piotr Polak: „Najbardziej wzrusza mnie kino o młodych ludziach, którzy próbują wyrwać się z jakiegoś konwenansu” | „Filmy mojego życia”, odc. 1
Widzowie znają go przede wszystkim jako Michała Holca z serialu „The Office PL”, jednak mało kto wie, że aktor jest prawdziwym kinomanem i wytrwanym znawcą popkultury, dla którego oglądanie filmów i chodzenie do kina jest w zasadzie chlebem powszednim. W nowym podcaście „Zwierciadła” aktor z rozbrajającą szczerością i poczuciem humoru opowiedział nam o filmach i serialach, które miały największy wpływ na jego życie: pierwszych seansach kinowych, hitach swojego dzieciństwa i dorastania oraz współczesnych wyborach, a nawet guilty pleasures.
Rozmowę zaczynamy bardzo sentymentalnie – od pierwszych seansów, jakie Piotr Polak pamięta ze swojego rodzinnego domu. Jak sam wspomina, były to głównie filmy z telewizyjnego cyklu „W starym kinie” oraz przegrywane na kasety VHS przez jego tatę. „Mieliśmy ich ze 200. Po dwa tytuły na każdej, a czasem nawet trzy” – dodaje aktor i przyznaje, że była to jego pierwsza styczność z kinem takich mistrzów jak Francis Ford Coppola czy Robert Altman. „Oglądaliśmy dużo filmów z lat 60. i 70., ale wychowałem się tak naprawdę na kiczowatym kinie lat. 80. Było w nim coś naprawdę wyjątkowego”.
„Gwiezdne wojny” w Kinie Tatry
Kino Tatry w Nowym Targu – to tu Piotr Polak obejrzał swój pierwszy film na dużym ekranie. Była produkcja z jego ukochanego filmowego cyklu, a mianowicie „Gwiezdne wojny: część VI – Powrót Jedi” z 1983 r. Z racji na swój bardzo młody wiek, z wizyty w kinie najbardziej zapamiętał jednak nie to, co działo się na ekranie, a moment tuż przed wejściem na salę kinową, o czym opowiedział nam z typowym dla siebie poczuciem humoru.
„Oszalałem na punkcie Spielberga. »E.T.« sprawił, że zapragnąłem zostać aktorem”
Piotr Polak, jak sam przyznaje, oglądał w dzieciństwie mnóstwo filmów. Jeden z nich zrobił jednak na nim tak piorunujące wrażenie. „Strasznie się go bałem, ale oszalałem na jego punkcie” – dodaje. Mowa oczywiście o kultowej przygodówce familijnej „E.T.” z 1982 r., która sprawiła, że zapragnął, tak jak wcielający się w główną rolę Henry Thomas, zostać aktorem. Gwiazda „The Office PL” dodaje jednak, że tak naprawdę najbardziej zainspirował go materiał zza kulis powstania filmu pokazywany przez amerykańskie HBO.
„Jak to zobaczyłem, zwariowałem totalnie. Pomyślałem sobie, że to najlepsza praca, a właściwie nie praca, a największa przyjemność na świecie”.
„Brat pokazywał mi filmy w nocy”
Wiele filmów, jakie Piotr Polak oglądał w młodości, pokazał mu jego starszy brat. „Budził mnie w środku nocy i mówił: »Chodź na dół, bo musisz to obejrzeć«. Wśród nich były m.in. takie tytuły jak ikoniczny „Blade Runner” w reżyserii Ridleya Scotta czy muzyczny „Pink Floyd: The Wall” (oba z 1982 r.). Wrażenie na aktorze zrobiły również inne produkcje pokazywane wówczas w telewizyjnej ramówce, takie jak „Noce Cabirii” Federico Felliniego z 1957 r. czy „Ghandi” z 1982 r. z Benem Kingsleyem w roli głównej.
„Wtedy też odkryłem, że nie mam problemu z filmami na przykład klasy G i zrozumiałem, że takie produkcje też nie są złe. Na jednym z nich świetnie się bawiłem”.
Piotr Polak o filmach które go bawią i wzruszająChociaż kreacja Piotra Polaka w komediowym „The Office PL” bawi widzów do łez, sam aktor przyznaje, że nie jest wielkim fanem tego gatunku. Owszem, uwielbia odcinki „Przyjaciół” i „Latający cyrk Monthy Pythona”, jednak z trudem przychodzi mu wymienienie konkretnych tytułów, które doprowadzają go do wybuchów śmiechu.
„Lubię wyłapywać śmieszne rzeczy w filmach, które nie są komediami”.
Jakie filmy powodują u niego natomiast wzruszenie? Tu już aktor odpowiada już bez wahania, wskazując pewien brytyjsko-francuski dramat z 2000 r.
„Filmy mojego życia” to nowy podcast „Zwierciadła”, w którym postacie ze świata kultury opowiadają o filmach, które miały największy wpływ na ich życie – od pierwszych seansów kinowych, przez kino dzieciństwa i dorastania, aż po współczesne wybory i guilty pleasures. Rozmowy mają charakter osobisty, oparty na opowieściach i wspomnieniach.
Tue, 15 Sep 2026 - 1h 02min - 417 - „Brylant wcale nie jest obowiązkowy”. Agata Wojtczak i Jagoda Maruda obalają mity o pierścionkach zaręczynowych | „Guzik prawda”, odc. 1" Artykuł nieopublikowany - link do podglądu
Wokół pierścionka zaręczynowego narosło tyle mitów, że trudno oddzielić fakty od sloganów. Ile powinien kosztować, czy koniecznie musi błyszczeć brylantem i jaki metal jest najlepszy? Na te i inne pytania odpowiadają Agata Wojtczak, projektantka i współzałożycielka marki biżuterii MAAR, oraz Jagoda Maruda, międzynarodowa ekspertka diamentów HRD i założycielka marki JAGG. Obie były gościniami pierwszego odcinka „Guzik prawda” – nowego podcastu „Zwierciadła” prowadzonego przez Karolinę Liczbińską, w którym sprawdzamy, ile prawdy kryje się w modowych przekonaniach powtarzanych bez zastanowienia. Jubilerki opowiedziały w nim, skąd wzięły się najpopularniejsze mity o pierścionkach zaręczynowych i które z nich to czysty marketing.
W pierwszym odcinku podcastu „Guzik prawda” Karolina Liczbińska bierze pod lupę pierścionek zaręczynowy – biżuterię, wokół której narosło chyba najwięcej mitów w całej historii jubilerstwa. Mity te na co dzień obalają Agata Wojtczak, współzałożycielka i projektantka biżuterii MAAR, oraz Jagoda Maruda – międzynarodowa ekspertka diamentów HRD, która poza autorskimi kolekcjami JAGG kuruje też unikatową biżuterię vintage sprzed przeszło stu lat.
Ile powinien kosztować pierścionek zaręczynowy?
Pierwszy mit dotyczy budżetu. Zasada trzech pensji, czyli powszechne zwłaszcza w krajach anglosaskich przekonanie, że na pierścionek trzeba odłożyć równowartość trzymiesięcznej wypłaty, wydaje się Karolinie Liczbińskiej tyleż utrwalona, co kuriozalna. Jak tłumaczy Jagoda Maruda, kiedyś pierścionek pełnił funkcję zabezpieczenia finansowego kobiety – w razie zerwania zaręczyn to ona mogła go zatrzymać. Skąd więc wzięła się konkretna kwota?
Zdaniem Agaty Wojtczak odpowiedzi trzeba szukać w kampaniach marki jubilerskiej, która przez dekady budowała na tym haśle pozycję monopolisty na rynku diamentów. Czy ta reguła ma dziś jakiekolwiek przełożenie na polskich klientów? Tego dowiecie się z pełnego odcinka.
Czy diament to faktycznie najlepszy kamień do pierścionka zaręczynowego?
Najgłębiej zakorzeniony mit dotyczy samego kamienia. Jagoda Maruda cofa się aż do XV wieku, kiedy Maksymilian Habsburg podarował Marii Burgundzkiej pierwszy udokumentowany pierścionek z diamentami. Przez kolejne stulecia to wcale nie brylant królował jednak w zaręczynowej modzie – Napoleon obdarował Józefinę pierścionkiem Toi et Moi z szafirem i diamentem, a królowa Wiktoria nosiła wężowy pierścionek ze szmaragdem.
Dopiero XX-wieczna kampania reklamowa monopolisty diamentowego De Beers – z hasłem o brylantach, które są wieczne – ugruntowała to skojarzenie. Czy współczesne pary wciąż się nim kierują, czy jubilerki obserwują odwrót w stronę szafirów i kolorowych turmalinów? I co obie ekspertki sądzą o pierścionku, który towarzyszył zaręczynom Taylor Swift? Odpowiedzi szukajcie w odcinku. W pełnej rozmowie Agata Wojtczak i Jagoda Maruda poruszają też temat diamentów laboratoryjnych, wyboru metalu oraz codziennej pielęgnacji biżuterii, która ma towarzyszyć nam do końca życia.
Podcast „Guzik prawda” w każdym odcinku bierze na warsztat modowe mity i sprawdza, skąd się właściwie wzięły – oraz czy jest w nich ziarno prawdy. Karolina Liczbińska rozmawia w nim z ekspertkami i ekspertami z branży, żeby oddzielić fakty od popkulturowych legend.
Mon, 14 Sep 2026 - 31min - 416 - „Cały nasz styl życia idzie w wątrobę”. Prof. Bożena Muszyńska o terapeutycznej leśnej triadzie, która odmładza i działa przeciwzapalnie | „Jak zdrowie”, odc. 22
„Grzyb kamforowy został nazwany złotem Tajwanu” – mówi prof. Bożena Muszyńska, mykolożka, która w 22. odcinku podcastu „Jak zdrowie” opowiada, dlaczego ten niezwykły gatunek od lat fascynuje badaczy. Antrodia camphorata rośnie naturalnie tylko na Tajwanie, na endemicznym cynamonowcu, a dziś jego wyhodowana grzybnia trafia także do preparatów dostępnych w Polsce. Co sprawia, że zainteresowano się nim właśnie w kontekście wątroby? I czy grzyby, które znamy z lasu i kuchni, rzeczywiście mogą mieć więcej prozdrowotnych właściwości, niż dotąd sądziliśmy? Sponsorem odcinka jest Qpharma producent suplementu diety LivIntro.
Jeden z najbardziej zakorzenionych stereotypów mówi, że grzyby są ciężkostrawne i kaloryczne. Prof. Muszyńska proponuje spojrzeć na ten temat inaczej. Jej zdaniem uczucie sytości po zjedzeniu nawet niewielkiej porcji może mieć związek z obecnością składników odżywczych, które oddziałują na jelita i układ regulujący apetyt.
Właśnie dlatego grzyby są dziś przedmiotem zainteresowania naukowców zajmujących się m.in. otyłością i metabolizmem. Ekspertka zwraca uwagę na ich wpływ na środowisko jelitowe oraz na procesy związane z produkcją neuroprzekaźników, w tym GLP-1, który uczestniczy w regulacji apetytu i sytości. Nie należy jednak wyciągać z tego wniosku, że zjedzenie porcji pieczarek działa jak lek z grupy analogów GLP-1. Mechanizmy biologiczne są znacznie bardziej złożone.
Pieczarka? Zwykła tylko z pozoru
Jeśli ktoś uważa, że po wartościowe grzyby trzeba koniecznie jechać do lasu, czeka go niespodzianka. Jednym z bohaterów rozmowy jest bowiem pieczarka – grzyb tak powszechny, że łatwo przestać go zauważać.
Polska przez lata była jednym z liderów uprawy pieczarek, choć – jak mówi prof. Muszyńska – w ostatnim czasie spadliśmy pod tym względem na czwarte miejsce. Problem w tym, że produkt łatwo dostępny i niedrogi rzadko budzi skojarzenia z czymś szczególnie cennym. A szkoda.
Wśród grzybów jadalnych jest zresztą znacznie więcej interesujących gatunków. Boczniaki należą do tych najlepiej przebadanych pod kątem układu krążenia i zdrowia kości. Lakownica jest kojarzona m.in. z działaniem wspierającym układ sercowo-naczyniowy, a także z wyciszeniem. Soplówka jeżowata z kolei od lat przyciąga uwagę badaczy ze względu na potencjalne oddziaływanie na układ nerwowy.
„Złoto Tajwanu” dla wątroby
Najbardziej fascynującym bohaterem rozmowy jest Antrodia camphorata – grzyb kamforowy występujący naturalnie na Tajwanie, związany z tamtejszym endemicznym drzewem cynamonowym. Prof. Muszyńska opowiada o historii zainteresowania tym gatunkiem określanym mianem „złota Tajwanu”.
Dlaczego właśnie on wzbudza zainteresowanie w kontekście wątroby? Jak tłumaczy ekspertka, zainteresowanie jego właściwościami zaczęło się od obserwacji osób, które spożywały grzyb i jednocześnie nadużywały alkoholu. To jednak punkt wyjścia do badań, a nie dowód na to, że Antrodia camphorata może neutralizować skutki picia alkoholu czy zapobiegać chorobom wątroby.
Właśnie z tego gatunku korzysta suplement diety LivAntro, sponsor ósmego odcinka podcastu „Jak zdrowie”. Produkt łączy liofilizowaną grzybnię Antrodia camphorata w formie ProAntro® z Vitacholine®, czyli formą choliny. Jedna kapsułka zawiera 300 mg ProAntro® oraz 200 mg Vitacholine®, w tym 85,5 mg choliny. Według informacji produktowej cholina przyczynia się do prawidłowego funkcjonowania wątroby i utrzymania prawidłowego metabolizmu tłuszczów. LivAntro jest suplementem diety przeznaczonym dla dorosłych i nie powinien być traktowany jako zamiennik leczenia ani zróżnicowanej diety.
W rozmowie prof. Muszyńska zwraca uwagę na jeszcze jedną rzecz: jeśli chcemy mówić o działaniu profilaktycznym żywności czy składników grzybów, znaczenie ma regularność. Nie chodzi więc o jednorazowy „detoks” po ciężkim weekendzie. Wątroba nie potrzebuje cudownej kuracji raz na jakiś czas, lecz przede wszystkim rozsądnego stylu życia. A jak zauważa ekspertka, „cały nasz styl życia idzie w wątrobę”.
Thu, 10 Sep 2026 - 55min - 415 - „Kryzys często odbywa się w ciszy”. Co naprawdę pomaga w wychodzeniu z życiowego dołka? | „Kryzys wieku każdego” odc. 1
„Kryzys nie zawsze przychodzi wtedy, kiedy wszystko się wali” - mówią w premierowym odcinku nowego podcastu Zwierciadła „Kryzys wieku każdego” prof. Robert Kowalczyk, seksuolog i prof. Katarzyna Waszyńska, psycholożka. Czy rzeczywiście każdy impas musi oznaczać, że coś w naszym życiu poszło nie tak? A może właśnie wtedy, gdy dotychczasowe sposoby radzenia sobie przestają działać, pojawia się szansa na zbudowanie siebie na nowo? O tym, czym naprawdę jest kryzys, jak odróżnić go od zwykłych trudności i dlaczego lęk tak często udaje intuicję rozmawia Ewa Podsiadły-Natorska.
W potocznym języku kryzys brzmi jak alarm. Kojarzy się z czymś, co trzeba jak najszybciej naprawić, przetrwać albo z czegoś się wydostać. Tymczasem psychologiczne rozumienie kryzysu jest znacznie szersze. Może pojawić się w odpowiedzi na wydarzenie zewnętrzne – chorobę, utratę pracy, rozpad związku – ale równie dobrze może być efektem przemiany, która dokonuje się w nas.
Jak zauważa terapeuta i seksuolog kliniczny, prof. Robert Kowalczyk, kryzys pojawia się w momencie, gdy dotychczasowe sposoby radzenia sobie z rzeczywistością przestają wystarczać. Nie musi więc oznaczać katastrofy. Czasem jest sygnałem, że znaleźliśmy się w nowym miejscu, ale jeszcze nie mamy odpowiednich narzędzi, żeby się w nim odnaleźć.
Z podobnej perspektywy patrzy na kryzys prof. Katarzyna Waszyńska. Przypomina, że przełomowe wydarzenia są tylko jedną z jego odsłon. Kryzys może pojawić się także w okresach przejścia – między jednym etapem życia a drugim. Przykładem jest dojrzewanie, ale takich momentów mamy znacznie więcej: wejście w dorosłość, rodzicielstwo, zmiana pracy, rozstanie, menopauza czy późniejsza refleksja nad tym, co właściwie chcemy zrobić z kolejnymi dekadami życia.
„Mam wszystko, ale nie wiem, po co mi to”
Kryzys nie zawsze łatwo rozpoznać, bo człowiek może długo funkcjonować pozornie bez zarzutu. Pracować, wychowywać dzieci, rozwijać karierę, mieć udany związek i stabilność finansową. A jednak pewnego dnia pojawia się pytanie, którego wcześniej nie było: czy ja właściwie jestem szczęśliwy?
W gabinetach specjalistów pojawiają się też osoby przeżywające kryzys tożsamości, wątpliwości dotyczące własnej seksualności czy poczucie utknięcia w pracy, która nie daje satysfakcji. Kryzys może dotyczyć również związku. Co ciekawe, coraz częściej pary nie czekają, aż sytuacja stanie się naprawdę trudna. Zgłaszają się po pomoc wcześniej, z intencją poprawienia jakości relacji.
To ważna zmiana w myśleniu o terapii. Nie trzeba doprowadzić związku do ściany, żeby zacząć nad nim pracować.
Nie każda trudność jest kryzysem
W epoce, w której psychologia stała się częścią codziennego języka, łatwo nadać trudnym doświadczeniom konkretną etykietę. Mówimy o wypaleniu, traumie, kryzysie, lęku. Nazwanie problemu może przynieść ulgę, ale nie zawsze pomaga.
Prof. Katarzyna Waszyńska zwraca uwagę, że nie każda sytuacja problemowa jest sytuacją kryzysową. Prof. Robert Kowalczyk dodaje, że dla osoby szukającej pomocy sama diagnoza nie zawsze jest najważniejsza. W jego ocenie ma ona służyć przede wszystkim terapeucie, który dzięki niej może dobrać odpowiednie narzędzia.
Kiedy lęk udaje intuicję
Jednym z najbardziej podstępnych elementów kryzysu jest lęk. Potrafi być tak przekonujący, że zaczynamy traktować go jak wiedzę o przyszłości. „Czuję, że coś złego się wydarzy” – ile razy taka myśl została uznana za przeczucie, choć w rzeczywistości była efektem napięcia?
Prof. Katarzyna Waszyńska zauważa, że wiele osób myli lęk z przewidywaniem przyszłości. Na jego podstawie tworzymy czarne scenariusze, które najczęściej się nie sprawdzają. Prof. Robert Kowalczyk spotyka osoby przekonane, że mają szczególną „intuicję do niedobrych wydarzeń”. Za takim przekonaniem często stoi jednak emocja – właśnie lęk.
Wed, 09 Sep 2026 - 57min - 414 - Jak być zadbaną na wielu poziomach, a nie „zrobioną”? Katarzyna Nozderko o tym, co naprawdę przyspiesza starzenie | „Ukryte piękno” odc. 34
„Stres i przestymulowanie na wielu poziomach, także duchowym, powoduje, że się starzejemy” – mówi Katarzyna Nozderko, kosmetolożka i założycielka marki estGen. Dziś coraz częściej okazuje się, że o tym, jak wyglądamy, decyduje nie tylko metryka i geny. Sen, stres, dieta, ruch, kondycja jelit, a nawet sposób, w jaki funkcjonujemy na co dzień, mogą przyspieszać albo spowalniać procesy starzenia. Czy zatem najlepsze strategie anti-aging zaczynają się nie w gabinecie medycyny estetycznej, lecz… w naszym stylu życia? Sponsorem podcastu jest polska marka kosmetyczna estGen.
Jednym z największych przeciwników zdrowej skóry okazuje się coś, czego nie da się zamknąć w słoiczku: przewlekłe napięcie.
Stres nie jest wyłącznie stanem psychicznym. Długotrwałe funkcjonowanie w trybie mobilizacji wpływa na cały organizm, a skóra – jako jego największy organ – również reaguje na przeciążenie. Gorsza regeneracja, zaburzona bariera hydrolipidowa, większa reaktywność czy ziemisty, zmęczony wygląd mogą być częścią tej historii.
Zdaniem Nozderko największym problemem współczesności jest stres i przestymulowanie na wielu poziomach. Nie chodzi przy tym wyłącznie o tempo życia. Przebodźcowanie może dotyczyć również samej pielęgnacji i medycyny estetycznej.
W świecie, w którym łatwo wpaść w spiralę poprawiania kolejnych elementów twarzy, granica między dbaniem o siebie a nieustannym poszukiwaniem defektów staje się coraz mniej wyraźna.
Kiedy pielęgnacja zaczyna szkodzić?
Jeszcze kilka lat temu im bardziej rozbudowana była rutyna pielęgnacyjna, tym większe wrażenie robiła. Kilkanaście kosmetyków, kwasy, retinoidy, peelingi, urządzenia do domowych zabiegów – pielęgnacja mogła przypominać małe laboratorium.
Dziś coraz częściej wracamy do pytania, czy skóra rzeczywiście potrzebuje aż tak wiele.
Nadmiar nie zawsze oznacza lepszy efekt. Bariera skórna może zostać przeciążona, a agresywne łączenie składników i częste procedury zamiast poprawiać wygląd, prowadzić do podrażnień i zaburzenia równowagi skóry. W efekcie pojawia się paradoks: im intensywniej próbujemy ją „naprawiać”, tym gorzej wygląda.
„Medycyna estetyczna staje się kompulsją, która przykrywa problemy natury psychicznej” – zauważa kosmetolożka. To mocne zdanie, ale trafia w coraz ważniejszą dyskusję: gdzie kończy się świadoma troska o wygląd, a zaczyna presja, by nieustannie eliminować oznaki upływającego czasu?
Zadbana, nie „zrobiona”
W estetyce pojawia się dziś wyraźny zwrot. Coraz więcej osób nie chce już wyglądać młodziej za wszelką cenę. Chce wyglądać zdrowo, świeżo i adekwatnie do siebie.
Zmiana jest subtelna, ale znacząca. Zamiast pytania „co zrobić, żeby nie było widać mojego wieku?”, pojawia się inne: „co zrobić, żeby moja skóra była w dobrej kondycji?”. To przesunięcie akcentu z walki z metryką na dbanie o organizm.
Naturalność nie musi oznaczać rezygnacji z kosmetologii czy medycyny estetycznej. Chodzi raczej o proporcje i intencję. Zabieg może być elementem świadomej pielęgnacji, ale nie powinien stawać się odpowiedzią na każdy gorszy dzień, każdą zmarszczkę czy każdą chwilę zwątpienia we własny wygląd.
W tym podejściu kosmetolog przestaje być osobą, która po prostu dobiera procedurę. Staje się kimś, kto pomaga zrozumieć, dlaczego skóra zachowuje się właśnie tak, a nie inaczej.
Odmładzanie zaczyna się wcześniej niż w gabinecie
Jeśli potraktować skórę jako część większego systemu, pytanie o krem przeciwzmarszczkowy przestaje być najważniejsze. Równie istotne stają się sen, ruch, sposób odżywiania, regeneracja i stres.
Właśnie dlatego idea #OdmładzaniePoprzezStylŻycia nie powinna być rozumiana jako kolejny sposób na walkę z czasem. Bardziej chodzi o zmianę perspektywy. Nie o to, żeby zatrzymać zegar, ale żeby stworzyć organizmowi warunki, w których może jak najdłużej działać dobrze.
Tue, 08 Sep 2026 - 1h 00min - 413 - „Ostatnia kawa o godzinie 14, bo to energia na kredyt”. Dr Tadeusz Oleszczuk o 12 filarach dobrego życia | „Jak zdrowie”, odc. 25
„Najważniejsze dla zdrowia rzeczy mamy właściwie na wyciągnięcie ręki. Tylko często odkładamy je na później” – przekonuje dr n. med. Tadeusz Oleszczuk. W rozmowie z Magdaleną Kuszewską w podcaście „Jak zdrowie” mówi o tym, dlaczego geny nie powinny być dla nas wymówką, czego naprawdę potrzebuje organizm, dlaczego nie da się „odespać” zarwanych nocy i od czego zacząć, jeśli chcemy wreszcie zadbać o siebie bez obsesji perfekcji. O tym, jak przełożyć wiedzę na codzienność, opowiada także w swojej nowej książce „Zdrowie bez wymówek. Workbook”, wydanej przez Zwierciadło. To praktyczny przewodnik z planem na 12 miesięcy i 12 filarami zdrowia – bo dobre samopoczucie nie powinno być projektem „od poniedziałku”.
W zdrowiu lubimy myśleć kategoriami wielkich decyzji. Od jutra dieta, od poniedziałku siłownia, od nowego miesiąca żadnego alkoholu, a wieczorem – oczywiście – sen przed 23.00. Problem w tym, że im bardziej ambitny plan, tym większa szansa, że szybko zacznie nas przytłaczać. Dr Tadeusz Oleszczuk proponuje inne spojrzenie: zamiast czekać na idealny moment, warto zacząć od małych czynności, które powtarzane wystarczająco długo stają się inwestycją w przyszłość.
Właśnie dlatego Magdalena Kuszewska przywołuje w rozmowie zdanie z książki „Zdrowie bez wymówek. Workbook”: „Zdrowie nie jest darem losu i nie dzieje się przez przypadek”. Dr Oleszczuk rozwija tę myśl, zwracając uwagę na rolę codziennych wyborów. Genetyka ma znaczenie, ale – jak podkreśla – nie determinuje wszystkiego.
„Geny to nie wszystko, to ok. 15–20 proc. wpływu na zdrowie, a resztę możemy sobie załatwić sami. Bo nikt nie załatwi za nas snu, diety, dobrych związków i aktywności fizycznej” - mówi ekspert.
To perspektywa, która z jednej strony daje sprawczość, z drugiej odbiera nam wygodną wymówkę. Nie wszystko zależy od nas, ale bardzo wiele rzeczy jednak możemy zmienić. I nie trzeba zaczynać od rewolucji.
Zdrowie jak konto bankowe
Najbardziej przekonująca okazuje się metafora finansowa. Organizm nie działa jak konto, na które raz w roku wpłacamy dużą kwotę i potem przez miesiące korzystamy z oszczędności. Zdrowie buduje się znacznie bardziej przyziemnie: poprzez regularne, niewielkie „wpłaty”.
„Zdrowie to jest księgowa, rachunek w banku, to są codzienne drobne wpłaty, które się sumują i to decyduje o naszym longevity i jakości życia” - wyjaśnia dr Oleszczuk. Co mieści się w tej codziennej ekonomii zdrowia? Czasem naprawdę niewiele. Kilkanaście czy kilkadziesiąt minut ruchu. Szklanka wody zamiast kolejnej kawy. Wcześniejsze pójście spać. Odłożenie telefonu. Lepszy posiłek. Spotkanie z kimś, przy kim czujemy się dobrze. To rzeczy pozornie banalne, ale właśnie ich powtarzalność może mieć największe znaczenie.
Dr Oleszczuk podaje prosty przykład: dwudziestominutowy spacer. Dla wielu osób nie jest to nawet trening, tylko zwykłe wyjście z domu. A jednak często łatwiej znaleźć pół godziny na bezmyślne przewijanie telefonu niż na ruch.
Nie chodzi przy tym o życie pod linijkę. Przeciwnie – zdrowie może być projektem, w którym jest miejsce na przyjemność, spontaniczność i weekendowe odstępstwa.
„Jeśli przez pięć dni w tygodniu robisz dobrze, to jak w weekend zrobisz źle, to i tak zrobiłeś pięć kroków do przodu, a dwa do tyłu i płyniesz w dobrym kierunku” - brzmi zasada eksperta.
12 miesięcy, 12 filarów zdrowia
Właśnie z takiego podejścia wyrasta „Zdrowie bez wymówek. Workbook” – nowa książka dr. Tadeusza Oleszczuka wydana przez Zwierciadło. Jej konstrukcja opiera się na 12 miesiącach i 12 filarach zdrowia. Zamiast kolejnej publikacji, którą czytamy, odkładamy na półkę i szybko zapominamy, workbook ma być narzędziem do pracy z własnymi nawykami.
Pomysł jest prosty: zdrowia nie buduje się jedną decyzją. Potrzebujemy czasu, powtarzalności i sprawdzania, co rzeczywiście działa w naszym życiu. Każdy miesiąc może więc stać się okazją do skupienia się na innym obszarze – od podstawowych potrzeb organizmu po te elementy codzienności, o których łatwo zapominamy, kiedy jesteśmy zajęci.
Fri, 04 Sep 2026 - 56min - 412 - „Przestałem wierzyć w naturę ludzką, że jest tylko dobra”. Krzysztof Czeczot o relacjach, które zawodzą i dojrzałej miłości | „Mężczyzna jest człowiekiem”, odc. 20
„Do 30. roku życia byłem bardzo naiwnym człowiekiem. Wierzyłem w ludzkie dobro” – mówi Krzysztof Czeczot w rozmowie z Beatą Biały. Aktor opowiada o tym, czego nauczyły go relacje, które nie przetrwały próby czasu, dlaczego po czterdziestce nie chce już tracić energii na ludzi, którzy niczego nie wnoszą, i jak doświadczenie zmieniło jego myślenie o miłości, ojcostwie i odpowiedzialności.
Niektóre lekcje przychodzą dopiero wtedy, gdy człowiek ma już za sobą wystarczająco dużo rozczarowań, żeby przestać idealizować innych. Krzysztof Czeczot mówi o tym bez goryczy. Przyznaje, że do trzydziestki patrzył na ludzi znacznie bardziej naiwnie i wierzył w ich dobro. Z czasem doświadczenia sprawiły, że „przestał wierzyć w naturę ludzką, że jest tylko dobra”. Nie oznacza to jednak utraty wiary w relacje. Raczej zmianę oczekiwań wobec nich.
Dziś aktor stara się najpierw zrozumieć, co mogło kierować drugą osobą. Kiedy ktoś go zawiedzie, idzie do żony, Karoliny (Gorczycy - od red.), żeby się wyżalić, a potem próbuje spojrzeć na sytuację również z drugiej strony. Jeśli relacja jest ważna, wraca do niej. Jeśli nie – potrafi ją zamknąć. Po czterdziestce coraz wyraźniej widzi bowiem, że czas nie jest zasobem, który można wydawać bez końca.
„Jest piękne zdanie, że oczekiwanie jest źródłem rozczarowania” – mówi. I właśnie dlatego wybiera dziś pozycję przyjmowania zamiast nieustannego projektowania na innych własnych wyobrażeń. Nie znaczy to zgody na wszystko. Raczej świadomość, że druga osoba może być inna, niż chcielibyśmy, a wtedy pozostaje decyzja: próbować budować relację dalej czy się wycofać.
Rodzina patchworkowa: dzieci są najmniejszym wyzwaniem
Dziś Czeczot tworzy z Karoliną rodzinę patchworkową. To układ, który wymaga szczególnej uważności, bo spotykają się w nim różne historie, doświadczenia i przyzwyczajenia. Kiedy Beata Biały pyta go o największe trudności, odpowiedź jest zaskakująca: dzieci wcale nie są największym wyzwaniem.
„W patchworku najmniejszym wyzwaniem są dzieci, a największym rodzice i dorośli wokół” – mówi. Dziecko obserwuje bowiem dorosłych i uczy się od nich, nawet jeśli nikt oficjalnie nie nadał mu roli nauczyciela czy autorytetu. Mężczyzna, który wchodzi do życia kobiety mającej dzieci, może nie być ich biologicznym ojcem, ale z czasem staje się dla nich kimś ważnym. Jego zachowanie, sposób reagowania i stosunek do innych osób zaczynają mieć znaczenie.
Dlatego aktor zdecydował się na coś, co wciąż dla wielu rodziców może wydawać się nietypowe: jeszcze zanim pojawiły się problemy, poprosił o pomoc psycholożkę dziecięcą. „Nie poszedłem z problemem, tylko wyprzedzając ewentualne problemy” – tłumaczy. Rodzina od czterech lat korzysta z jej opieki. To przygotowanie okazało się niezwykle pomocne.
„Za starzy na miłość”
Dojrzałość zmienia również definicję miłości. Kiedy Beata Biały pyta, co trudniej zdobyć – miłość kobiety czy zaufanie jej dzieci – Czeczot nie chce nawet ustawiać tych relacji w hierarchii. Jego zdaniem po czterdziestce człowiek jest już w innym miejscu niż wtedy, kiedy uczucie potrafi całkowicie przesłonić rozsądek.
„My już jesteśmy za starzy na miłość, na takie zaślepienie uczuciem” – mówi. Brzmi to przewrotnie, ale nie jest deklaracją rezygnacji z romantyzmu. Przeciwnie. Aktor uważa, że miłość jest wspaniałym uczuciem, pod warunkiem że towarzyszą jej odpowiedzialność i przyjaźń.
To właśnie one pozwalają związkowi przetrwać momenty, w których emocje nie wystarczają. Dojrzała relacja wymaga również dialogu – nie tylko z partnerką, lecz także z samym sobą, dziećmi i bliskimi. „Trzeba być w dialogu ze sobą, z bliskimi, z dziećmi i z szacunkiem do różnych perspektyw, które wnoszą” – podkreśla.
Takie podejście zakłada rezygnację z przekonania, że bliskość oznacza zawsze zgodę. Można kochać i jednocześnie się różnić. Można mieć własne zdanie, ale dopuścić do głosu drugą osobę. Można też popełnić błąd i wrócić do rozmowy. Czeczot przywołuje taką sytuację.
Tue, 25 Aug 2026 - 59min - 411 - „Facet nie dzwoni? Przeżyj to i się uspokój”. Ile razy można mieć złamane serce? | „Przerwa na kawę z Kasią Miller 6”, odc. 8
„Odkrycie zwyczajności uratowało mi życie i serce przed złamaniem” – mówi Kasia Miller w 8. odcinku „Przerwy na kawę”. W rozmowie z Joanną Olekszyk, redaktorką naczelną „Zwierciadła”, psycholożka bierze pod lupę nasze romantyczne fantazje, rozczarowania, potrzebę bycia wybraną i tęsknotę za miłością, która ma wreszcie udowodnić, że jesteśmy czegoś warte. Bo może zamiast czekać na kogoś, kto nas pokocha, wypełnimy ten czas ważniejszymi dla nas myślami?
Joanna Olekszyk pyta wprost: ile razy można komuś złamać serce? Odpowiedź Kasi Miller prowadzi jednak dalej niż do katalogu kolejnych rozczarowań. Psycholożka zwraca uwagę, że za naszym głodem wielkiej miłości często stoi przekonanie, że bez romantycznych uniesień życie jest niepełne. - Ten temat wiąże się mocno z pragnieniem romantycznej miłości. Takie myślenie, żeby mieć, jeśli nie przeżywamy takich uniesień, to życie jest niepełne - mówi.
To przekonanie potrafi być wyjątkowo podstępne. Szczególnie wtedy, gdy rzeczywistość jest trudna, samotność doskwiera, a wyobraźnia zaczyna podsuwać obrazy tego, jak powinno być. Wtedy łatwo pomylić tęsknotę za zmianą z tęsknotą za konkretną osobą. Albo uznać, że intensywność emocji jest dowodem na jakość relacji.
Miller przypomina, że fantazjowanie samo w sobie nie jest niczym złym. Kłopot pojawia się wtedy, gdy zaczynamy traktować wyobrażenie jak rzeczywistość. „Jeśli jesteśmy w złych warunkach życiowych, to marzymy o czymś, o czym nie mamy pojęcia. To jest szkodliwe. Warto umieć to odróżniać i mieć świadomość, że się nakarmiłam swoją wyobraźnią.”
Być może właśnie dlatego tak trudno czasem pogodzić się z końcem relacji. Nie tracimy przecież wyłącznie człowieka. Tracimy również wersję przyszłości, którą sobie z nim zbudowaliśmy.
„Bo jak on mnie kocha, to co mi po nim”
W tej rozmowie „zwyczajność” nie oznacza nudy ani rezygnacji z marzeń. Jest raczej zgodą na to, że dobre życie nie musi bez przerwy dostarczać fajerwerków. Że bliskość może być spokojna, codzienna, czasem nawet banalna – i właśnie dlatego prawdziwa.
Miller mówi o tym bardzo osobiście: „A propos zwyczajności i złamanych serc, odkrycie zwyczajności uratowało moje życie.” Joanna Olekszyk trafnie zauważa, że łatwiej pamiętamy odrzucenia niż momenty, w których ktoś chciał się do nas zbliżyć.
Dlaczego? Bo czasem bardziej pociąga nas zdobywanie czyjejś miłości niż sama miłość. Jeśli ktoś jest niedostępny, jego zainteresowanie staje się nagrodą. Jeśli natomiast ktoś przychodzi z otwartymi ramionami, możemy uznać, że nie ma w tym nic szczególnego.
Kasia Miller ujmuje ten mechanizm dosadnie: „Bo jak on mnie kocha, to co mi po nim.” A Joanna dopowiada, że nie umiemy nakarmić się czymś, czego same nie wymarzyłyśmy, ale co przyszło do nas bez walki. Miller odpowiada obrazowym porównaniem: „Tak, bo to jest bar mleczny, a nie restauracja. A niektóre bary mleczne są pyszne.”
I może właśnie o to chodzi: żeby nauczyć się rozpoznawać wartość czegoś, co nie zostało opakowane w wielką romantyczną historię.
Gdy chłopak nie dzwoni
To jedno z tych pytań, które brzmią banalnie, dopóki naprawdę nie czekamy na telefon. Wtedy kilka godzin potrafi urosnąć do rozmiarów całej epopei. Czy napisać? Czy czekać? Czy coś zrobiłam nie tak? Czy on stracił zainteresowanie? Czy może powinnam udawać, że wcale mnie to nie obchodzi?
Miller proponuje rozwiązanie zaskakująco proste: „Przeżyj rozczarowanie i się uspokój.” Nie chodzi o udawanie obojętności. Przeciwnie – rozczarowanie trzeba poczuć, ale niekoniecznie trzeba budować wokół niego całą opowieść o sobie. Jeden nieodebrany telefon nie jest przecież diagnozą własnej wartości.
Ten odcinek podcastu „Przerwa na kawę z Kasią Miller” nie daje więc kolejnego poradnika pod tytułem „jak znaleźć miłość”. Zamiast tego proponuje coś znacznie bardziej użytecznego: przyjrzenie się temu, czego właściwie od miłości oczekujemy. Czy chcemy drugiego człowieka, czy raczej potwierdzenia, że jesteśmy warte kochania?
Thu, 20 Aug 2026 - 40min - 410 - „Po prostu sobie bądź. Nie musisz być naj ani błyszczeć”. Kasia Miller o najważniejszej miłości, bez której żadna inna nie przetrwa | „Przerwa na kawę z Kasią Miller o miłości” odc. 5
„Jak jestem zadowolona z siebie, to nie męczę ludzi” – mówi Kasia Miller. I jednym zdaniem podważa mit, że miłość do siebie jest egoizmem. W piątym odcinku podcastu „Przerwa na kawę z Kasią Miller o miłości” psycholożka i Joanna Olekszyk, redaktorka naczelna „Zwierciadła”, rozmawiają o tym, dlaczego samotność nie musi boleć, czemu warto zostać swoją najlepszą przyjaciółką i jak przestać żyć wyłącznie dla innych. Sponsorem odcinka jest Pandora.
W najnowszym odcinku podcastu rozmowa schodzi znacznie głębiej niż do popularnych porad o „self care”. Dotyka samotności, poczucia własnej wartości, odwagi bycia sobą i tego, dlaczego największą życiową relacją pozostaje ta, której nigdy nie możemy zakończyć.
Miłość do siebie nie jest egoizmem
Jednym z najważniejszych wątków rozmowy jest rozróżnienie pojęć, które w codziennym języku często wrzucamy do jednego worka. Kasia Miller przypomina, że warto oddzielić egoizm od egotyzmu i egocentryzmu. Troska o siebie nie oznacza przecież lekceważenia innych. Wręcz przeciwnie – dopiero człowiek, który zna swoje potrzeby i potrafi o siebie zadbać, jest w stanie budować zdrowe relacje.
Psycholożka wraca do własnego życiowego odkrycia. Jak przyznaje, prawdziwym przełomem było dla niej uświadomienie sobie, że „zawsze i do końca będę tylko ze sobą”. To właśnie wtedy zaczęła zadawać sobie pytanie, kogo właściwie powinna brać pod uwagę w pierwszej kolejności. W tej perspektywie samotność przestaje być karą. „Jak jestem sama, to nie jestem samotna, tylko ze sobą” – tłumaczy, pokazując, że największy komfort daje umiejętność dobrego towarzyszenia samej sobie.
Samotność czy bycie ze sobą?
Presja społeczna przez dekady przekonywała nas, że samotność oznacza porażkę. Joanna Olekszyk zauważa, że wielu z nas od dziecka słyszało ostrzeżenia: jeśli czegoś nie zrobimy, jeśli nie będziemy wystarczająco dobrzy, zostaniemy sami.
Kasia Miller pokazuje jednak zupełnie inną perspektywę. Wspomina okres, kiedy niepokoiło ją, że telefon milczy, a gdzieś indziej – tam, gdzie jej akurat nie ma – dzieje się coś ważnego. Dziś patrzy na to z uśmiechem. Jak mówi, najbardziej lubi być sama właśnie dlatego, że „ciekawie jest tam, gdzie ja jestem”. To zdanie brzmi jak antidotum na współczesny lęk przed pominięciem i ciągłą potrzebę bycia online.
Nie liczba znajomych decyduje o szczęściu
Media społecznościowe przekonały nas, że warto mieć jak najwięcej kontaktów. Tymczasem psychologia coraz częściej pokazuje coś przeciwnego. Kasia Miller zwraca uwagę, że dopiero dziś naprawdę zaczynamy rozumieć, iż posiadanie ogromnego grona znajomych wcale nie musi być wartością. Prawdziwa przyjaźń i miłość należą do tych relacji, które zdarzają się rzadko i właśnie dlatego są tak cenne.
To ważna zmiana myślenia. Zamiast kolekcjonować znajomości, warto pielęgnować te, które pozwalają czuć się naprawdę zauważonym.
Dlaczego tak trudno pobyć samemu?
W rozmowie pojawia się również temat ciszy. Joanna Olekszyk zauważa, że kiedy zostajemy sami, wracają do nas myśli, których wcześniej nie słyszeliśmy przez codzienny hałas. Często są niewygodne, dlatego uciekamy od nich.
Kasia Miller przyznaje, że sama jest niemal po równo ekstrawertyczką i introwertyczką. Potrzebuje ludzi, ale równie mocno potrzebuje samotności, by odpocząć i odzyskać kontakt ze sobą.
Miłość, która zostaje na całe życie
Sponsorem odcinka jest marka Pandora, która w kampanii BE LOVE przypomina, że miłość ma wiele twarzy. Nie ogranicza się wyłącznie do romantycznych gestów – zaczyna się od życzliwości, troski i autentyczności wobec siebie oraz innych. To spojrzenie doskonale współbrzmi z przesłaniem rozmowy Joanny Olekszyk i Kasi Miller. Bo zanim nauczymy się kochać partnera, rodzinę czy przyjaciół, warto nauczyć się być dla siebie kimś, z kim naprawdę dobrze spędza się życie. A przecież – jak przypomina psycholożka – z tą jedną osobą zostaniemy już na zawsze.
Wed, 12 Aug 2026 - 1h 07min - 409 - „Żyjemy dłużej i chcemy, żeby to życie było dobrej jakości”. Na czym polega „ukryty głód” i jakie suplementy mogą dziś zmieniać jakość życia? | „Jak zdrowie”, odc. 23
„Dzisiaj jesteśmy chronicznie zmęczeni i to jest największy paradoks” – mówi dietetyczka kliniczna Marta Lutostańska w najnowszym odcinku podcastu „Jak zdrowie”. Razem z Magdaleną Kuszewską i Waldemarem Pilchem, prezesem formeds, szukają odpowiedzi na pytanie, dlaczego mimo coraz większej świadomości zdrowotnej tak wielu z nas wciąż zmaga się z przewlekłym zmęczeniem. Rozmowa prowadzi od tzw. paliwa dla komórek, od witamin z grupy B przez koenzym Q10 aż po zasady świadomej suplementacji. Pokazuje również, że przyszłość zdrowia nie zaczyna się od kolejnego modnego preparatu, lecz od wiedzy i jakości. Sponsorem odcinka jest producent suplementów diety formeds.
Organizm każdego człowieka funkcjonuje inaczej, różnimy się genetyką, stylem życia i potrzebami. Nawet osoby odżywiające się podobnie mogą mieć zupełnie odmienne zapotrzebowanie na składniki odżywcze.
Marta Lutostańska zwraca uwagę na jeszcze jeden wymiar problemu. Współczesność przyniosła zjawisko ukrytego głodu – sytuacji, w której kalorii jest pod dostatkiem, ale organizmowi brakuje białka, witamin czy mikroelementów.
Witaminy z grupy B – energia zaczyna się w komórkach
Zmęczenie, problemy z koncentracją, rozdrażnienie czy pogorszenie nastroju często bywają tłumaczone tempem życia. Niekiedy organizm wysyła jednak sygnał o niedoborach witamin z grupy B.
Marta Lutostańska wyjaśnia, że uczestniczą one w najważniejszych procesach biochemicznych odpowiedzialnych za zamianę energii z pożywienia w energię potrzebną do życia. Witaminy B1, B6 i B12 wspierają prawidłowe funkcjonowanie układu nerwowego, dlatego ich niedobory mogą objawiać się nie tylko zmęczeniem, lecz także dolegliwościami neurologicznymi. Biotyna wpływa na kondycję skóry i włosów i paznokci, natomiast kwas foliowy i witamina B12 odgrywają istotną rolę w tworzeniu krwinek oraz metaboliźmie homocysteiny. Podwyższone stężenie homocysteiny jest wiązane ze zwiększonym ryzykiem chorób sercowo-naczyniowych.
Rozmówcy zwracają również uwagę na jakość stosowanych preparatów. Waldemar Pilch podkreśla, że kwas foliowy oraz witaminy z grupy B warto wybierać w postaciach metylowanych, ponieważ część osób posiada warianty genetyczne utrudniające wykorzystanie syntetycznych form tych składników. Dokładnie takie formy można odnaleźć w produkcie formeds BICAPS B complex. Właśnie z tego powodu Polskie Towarzystwo Ginekologów i Położników zmieniło rekomendacje dotyczące suplementacji kwasu foliowego u kobiet planujących ciążę i w ciąży, wskazując na przewagę postaci metylowanej.
Koenzym Q10 – wsparcie dla mitochondriów i zdrowego starzenia
Jeszcze kilka lat temu koenzym Q10 kojarzył się głównie z kosmetykami przeciwstarzeniowymi. Dziś coraz więcej mówi się o jego roli znacznie głębiej – wewnątrz komórek.
Jak tłumaczy Marta Lutostańska, koenzym Q10 wspiera pracę mitochondriów, czyli komórkowych „elektrowni”, odpowiedzialnych za produkcję energii. Naturalny poziom tej substancji obniża się wraz z wiekiem, ale również u osób cierpiących na choroby przewlekłe. Dotyczy to między innymi pacjentów przyjmujących statyny, które obniżając poziom cholesterolu, jednocześnie zmniejszają stężenie koenzymu Q10 w organizmie.
Silne właściwości antyoksydacyjne koenzymu Q10 sprawiają, że jest on cenionym składnikiem zarówno w profilaktyce zdrowotnej, jak i kosmetologii. BICAPS Coenzyme Q10 od formeds dostarcza ten wartościowy związek w wygodnej formie suplementacji. Coraz częściej postrzegany jest jako element wspierający zdrowe starzenie, a nie jedynie składnik kremów.
Dobry skład ma znaczenie
Waldemar Pilch opowiada o filozofii tworzenia suplementów, którą formeds określa mianem „parszywej dwunastki”. Pojęcie odnosi się do zbędnych dodatków, takich jak sztuczne barwniki, konserwanty czy wypełniacze, obecnych w części preparatów. Punktem wyjścia powinny być natomiast trzy filary: aktywna forma składnika, dawka oparta na badaniach naukowych oraz czystość produktu.
Sponsorem odcinka jest producent suplementów diety formeds.
Thu, 30 Jul 2026 - 1h 00min - 408 - „Smutne jest to, że ojcowie oddali dzieci kobietom”. Co zrobić z tatą, który wraca po latach? | „Przerwa na kawę z Kasią Miller 6”, odc.7
„Są wielcy nieobecni, siedzi taki z gazetą i nie zauważa dziecka. Są tacy, którzy kochają bardziej matkę i tacy, którzy piją, ale tu też jest wiele odcieni” – mówi Kasia Miller w rozmowie z Joanną Olekszyk i zaprosza do rozmowy o jednej z najbardziej niedocenianych relacji w naszym życiu. Bo choć zwykle więcej mówi się o wpływie matki, psycholożka przekonuje, że to właśnie ojciec często buduje fundament naszego poczucia bezpieczeństwa, kobiecości, męskości i późniejszych związków. W 7. odcinku podcastu „Przerwa na kawę z Kasią Miller” nie ma łatwych ocen ani prostych recept. Jest za to szczera rozmowa o wielkich nieobecnych, nowych ojcach i dzieciach, które – nawet jako dorośli – wciąż czekają, aż tata naprawdę je zobaczy.
Zdaniem Kasi Miller szczególnie bolesne jest to, że przez pokolenia wielu ojców po prostu oddało wychowanie dzieci kobietom. Część z nich uważała, że to nie ich zadanie, inni czekali wyłącznie na syna, nie dostrzegając córek. Tymczasem nieobecność ojca nie znika wraz z dzieciństwem. Zostawia ślad, który potrafi wybrzmiewać przez całe dorosłe życie.
Co dzieje się z dzieckiem, kiedy ojciec wycofuje się z relacji? Psycholożka zwraca uwagę, że w takiej sytuacji to matka zaczyna całkowicie definiować obraz ojca i kształtować więź dziecka z nim.
Wielcy nieobecni
Nieobecność nie zawsze oznacza pusty fotel przy stole. Czasem ma twarz mężczyzny siedzącego obok z gazetą, zatopionego we własnym świecie, który fizycznie jest w domu, ale emocjonalnie pozostaje poza zasięgiem dziecka. Kasia Miller nazywa ich „wielkimi nieobecnymi” i pokazuje, jak wiele odcieni może mieć ojcowskie wycofanie.Psycholożka zauważa, że są ojcowie, którzy bardziej kochają swoje partnerki niż dzieci, tacy, którzy uciekają w pracę, i tacy, którzy znikają przez uzależnienie. Ale są też mężczyźni odsunięci od rodzicielstwa nie z własnej woli. Jak mówi, zdarza się, że pod wpływem alkoholu wcale nie stają się agresywni, lecz spokojni, jednak i tak zostają usunięci na margines życia rodzinnego. Każda z tych historii wygląda inaczej, lecz efekt bywa podobny – dziecko dorasta z poczuciem braku.
Psycholożka podkreśla jednak, że coraz częściej obserwuje zupełnie inny model. Pojawia się nowe pokolenie ojców, którzy nie wstydzą się pchać wózka, gotować czy brać urlopu rodzicielskiego. Dla nich dziecko nie jest dodatkiem do życia, ale jego integralną częścią. To zmiana kulturowa, która może wpłynąć na kolejne pokolenia.
Ojciec jest pierwszym mężczyzną
Dla dziewczyn relacja z ojcem ma wyjątkowe znaczenie. To właśnie on staje się pierwszym mężczyzną, od którego uczą się, czym jest szacunek, czułość i zainteresowanie.
Kasia Miller wraca pamięcią do własnego dzieciństwa. Opowiada o ojcu, z którym jeździła pod namiot na Mazury, grała w koszykówkę, uczyła się odwagi i prowadziła wielogodzinne rozmowy o religii. Był agnostykiem, zachęcał ją do myślenia i zadawania pytań. Jednocześnie z czasem coraz bardziej oddalał się od jej matki i wycofywał z życia rodzinnego.
„Byłam córeczką tatusia, ale nie księżniczką”
W rozmowie pojawia się piękne wspomnienie, które wiele mówi o sposobie budowania relacji. Kasia Miller opowiada, że ojciec nigdy nie traktował jej jak kruchej księżniczki. Nazywał ją raczej „fajnym załogantem”. Uczył ją walczyć, grać w koszykówkę, radzić sobie w trudnych sytuacjach i dostrzegać wartość dobrych mężczyzn.
To właśnie dzięki niemu – jak przyznaje – nauczyła się rozumieć mężczyzn, zamiast się ich bać. Widzi też, jak często współcześnie mężczyźni tracą własny potencjał, bo nie pozwala im się przeżywać emocji i budować bliskich relacji.
Według Kasi Miller ojciec powinien umieć zobaczyć kobiecość swojej córki i powiedzieć jej, że jest piękna, wartościowa i że już niedługo zacznie wzbudzać zainteresowanie mężczyzn. Takie słowa nie mają nic wspólnego z przekraczaniem granic. Wręcz przeciwnie – budują poczucie bezpieczeństwa i zdrową samoocenę.
Wed, 29 Jul 2026 - 52min - 407 - „Testosteron spada o 2 proc. rocznie już u trzydziestolatków”. Jakie objawy oprócz tzw. triady seksualnej zwiastują andropauzę? | „Jak zdrowie”, odc.20
- Andropauza to proces rozłożony w czasie, nie ma wyraźnego momentu, gdy jądra przestają wytwarzać testosteron, dlatego objawy są inne niż w przypadku menopauzy - mówi dietetyczka, Sylwia Leszczyńska, autorka książki „Dieta w andropauzie. Przewodnik dla każdego mężczyzny” (Wydawnictwo Zwierciadło) w podcaście „Jak zdrowie”. Choć o męskiej przemianie hormonalnej mówi się znacznie rzadziej niż o tej kobiecej, dotyczy milionów mężczyzn i wpływa nie tylko na ich zdrowie, ale także na relacje, energię, sen i codzienne funkcjonowanie. Czy spadek testosteronu można spowolnić? Jaką rolę odgrywa dieta? I dlaczego partnerka często zauważa pierwsze objawy wcześniej niż sam mężczyzna?
Jak wyjaśnia Sylwia Leszczyńska, andropauza, określana także jako hipogonadyzm późny, wiąże się z postępującym niedoborem testosteronu. Proces nie następuje nagle, lecz rozwija się przez lata. Już po trzydziestce poziom tego hormonu zaczyna stopniowo spadać, a po czterdziestym roku życia mogą pojawić się pierwsze sygnały, które łatwo pomylić z przemęczeniem lub skutkami intensywnego życia zawodowego. W rzeczywistości za obniżoną motywacją, gorszą regeneracją, przewlekłym zmęczeniem, problemami ze snem, mgłą mózgową czy trudnościami z koncentracją może stać właśnie zmieniająca się gospodarka hormonalna. U części mężczyzn pojawiają się również uderzenia gorąca oraz niekorzystne zmiany metaboliczne, w tym zaburzenia gospodarki lipidowej.
Mężczyźni milczą
Jednym z największych problemów nie jest sam spadek testosteronu, lecz brak rozmowy o jego konsekwencjach. Jak zauważa Sylwia Leszczyńska, badania pokazują, że mężczyźni rzadko mówią lekarzowi, a nawet partnerce o swoich dolegliwościach. Paradoksalnie właśnie otwarta komunikacja może okazać się jednym z czynników poprawiających jakość życia. Analizy wskazują bowiem, że ci mężczyźni, którzy mogą swobodnie rozmawiać o objawach z partnerką, łagodniej przechodzą ten etap życia.
Jak rozpoznać andropauzę?
Rozpoznanie andropauzy wymaga czegoś więcej niż jednego badania krwi. Sylwia Leszczyńska przypomina, że poziom testosteronu należy oznaczyć kilkukrotnie, najlepiej rano, między godziną 7 a 11, kiedy jego stężenie jest najwyższe. Równie istotne są objawy tzw. triady seksualnej: obniżone libido, trudności z uzyskaniem lub utrzymaniem erekcji oraz zanik porannych, spontanicznych erekcji.Największe nasilenie objawów obserwuje się zwykle między 53. a 68. rokiem życia, jednak tempo zmian jest bardzo indywidualne. Wiadomo natomiast, że istnieją czynniki, które przyspieszają utratę testosteronu. Należą do nich przede wszystkim cukrzyca, zaburzenia lipidowe i otyłość.
Co spowalnia spadek testosteronu
Najbardziej zaskakująca wiadomość? Proces ten nie jest całkowicie nieunikniony. Jak podkreśla Sylwia Leszczyńska, istnieją czynniki, które mogą opóźnić, a nawet zatrzymać spadek testosteronu, a najważniejsze z nich to odpowiednia dieta i zmiana stylu życia.
Szczególne znaczenie ma masa ciała. Otyłość u mężczyzn może obniżać poziom testosteronu nawet o połowę, jednak dobra wiadomość jest taka, że zmiany są odwracalne. Redukcja masy ciała o 10–15 proc. może przełożyć się na wzrost poziomu testosteronu nawet o 80 proc., co pokazuje, jak ogromny wpływ na gospodarkę hormonalną mają codzienne wybory.
Ekspertka zachęca, aby rozpocząć od poznania własnego zapotrzebowania energetycznego oraz oceny stanu odżywienia organizmu, obejmującej między innymi ilość białka, masę mięśniową i gęstość mineralną kości.
Dieta przeciwzapalna także na hormony
Najlepiej przebadanym modelem żywienia pozostaje dieta przeciwzapalna, znana jako śródziemnomorska lub nordycka. Nie chodzi o modne restrykcje, lecz o sposób odżywiania oparty na produktach, które wspierają organizm każdego dnia.Na talerzu powinny regularnie pojawiać się intensywnie kolorowe warzywa i owoce, fermentowane produkty mleczne, pełnoziarniste zboża oraz rośliny strączkowe
Mon, 27 Jul 2026 - 50min - 406 - „Jak ktoś ma senność w ciągu dnia, to mnie to trochę niepokoi”. Dr Tomasz Anyszek o przyczynach przewlekłego zmęczenia | „Jak zdrowie”, odc. 21
„Przychodzi pacjentka i mówi:» Jestem zmęczona«. Co pan ordynuje?” – od tego pozornie prostego pytania zaczyna się rozmowa Anny Augustyn-Protas z internistą, dr. n. med. Tomaszem Anyszkiem w podcaście „Jak zdrowie”. Odpowiedź okazuje się znacznie bardziej złożona niż mogłoby się wydawać. Bo zmęczenie bywa skutkiem intensywnego życia, ale równie dobrze może być pierwszym sygnałem niedoborów, zaburzeń hormonalnych albo rozwijającej się choroby. Kluczem nie jest zgadywanie ani internetowa samodiagnoza, tylko konsultacja z lekarzem. Sponsorem odcinka jest Diagnostyka.
Żyjemy szybko. Śpimy za krótko, pracujemy za długo, funkcjonujemy w nieustannym natłoku bodźców.
Dr n. med. Tomasz Anyszek zwraca uwagę, że lekarz nie zaczyna od suplementów ani gotowych recept. Najpierw szuka odpowiedzi na najważniejsze pytanie: czy za zmęczeniem nie kryje się poważniejsza choroba. Dlatego pierwszym krokiem są podstawowe badania laboratoryjne – morfologia, lipidogram czy próby wątrobowe. Często okazuje się, że pacjent rzeczywiście nie jest chory, ale równie często wyniki wskazują kierunek dalszej diagnostyki.
Tarczyca – mały gruczoł, wielki wpływ na energię
Jedną z najczęstszych przyczyn przewlekłego zmęczenia pozostają zaburzenia hormonalne, zwłaszcza związane z tarczycą. Polska należy do krajów, w których niedoczynność tarczycy występuje stosunkowo często, a – jak podkreśla ekspert – na południu kraju problem obserwuje się częściej niż nad morzem, gdzie naturalnym sprzymierzeńcem pozostaje jod obecny w morskiej bryzie.
Coraz więcej pacjentów słyszy również diagnozę autoimmunologicznego zapalenia tarczycy, czyli choroby Hashimoto. Zmęczenie, przyrost masy ciała czy pogorszenie samopoczucia często są jej pierwszymi objawami. Diagnostyka obejmuje oznaczenie TSH, FT4, przeciwciał tarczycowych oraz wykonanie USG tarczycy. Warto wiedzieć, że we wczesnym etapie choroby nie zawsze konieczne jest natychmiastowe wdrożenie hormonów. W wielu przypadkach poprawę przynosi zmiana stylu życia, odpowiednia dieta oraz regularna kontrola wyników.
Nie żelazo, lecz ferrytyna
Coraz więcej osób rezygnuje z mięsa, a wraz z tym rośnie liczba pacjentów z niedoborami żelaza. Paradoksalnie jednak sam poziom żelaza niewiele mówi o rzeczywistych zapasach organizmu. Jak wyjaśnia dr Anyszek, znacznie ważniejszym wskaźnikiem jest ferrytyna – białko magazynujące żelazo.
Interpretacja tego wyniku wymaga jednak rozwagi. Ferrytyna należy do białek ostrej fazy, dlatego jej stężenie rośnie podczas infekcji i stanów zapalnych. Wykonanie badania w trakcie lub tuż po przebytej chorobie może więc prowadzić do błędnych wniosków. Czasami najlepszym rozwiązaniem okazuje się po prostu odczekanie kilku tygodni i powtórzenie oznaczenia.
Witamina D i B12. Więcej niż suplementy
Moda na suplementację sprawiła, że witamina D stała się jedną z najczęściej przyjmowanych substancji. Słusznie, bo odpowiada nie tylko za zdrowie kości, ale wpływa również na inne funkcje organizmu, na odporność, , a nawet procesy związane z rozwojem nowotworów. Ekspert przypomina jednak, że suplementacja powinna być rozsądna.
Dla większości dorosłych optymalna dawka podtrzymująca wynosi około 2000 jednostek dziennie, natomiast osoby z potwierdzonym niedoborem często wymagają zwiększenia jej do 4000 jednostek. Równie ważna pozostaje regularna kontrola stężenia witaminy D – najlepiej dwa razy w roku, przed zimą i po jej zakończeniu. Prawidłowe stężenia zaczynają się od 30 ng/ml, wartości w okolicach 50 uznawane są za bardzo dobre, natomiast wyższe mogą być sygnałem, że suplementację warto ograniczyć.
Podobnie wygląda historia z witaminą B12. Jej niedobór potrafi objawiać się np.drętwieniem kończyn, zaburzeniami czucia czy przewlekłym zmęczeniem. Co więcej, niskie stężenie może pośrednio zwiększać ryzyko rozwoju miażdżycy. Lekarz zwraca uwagę, że u części osób występują genetyczne predyspozycje do gorszego metabolizowania tej witaminy.
Sponsorem odcinka jest Diagnostyka.
Mon, 27 Jul 2026 - 48min - 405 - „Słyszę: jak ty wyglądasz, stara to już byłaś”. Odeta Moro o tym, że od lat ma 26 lat | „Ukryte piękno” odc. 32
„Dziś coraz więcej kobiet ma nie wiadomo jaki wiek, ja nie jestem w stanie określić, czy tam jest 26 czy 46 lat”– mówi Odeta Moro w podcaście „Ukryte piękno". Choć metryka nie podlega negocjacjom, sposób, w jaki przeżywamy kolejne etapy życia, już tak. Dlaczego kobiety zaczynają bać się starzenia, zanim jeszcze naprawdę się zestarzeją? Kto mówi nam, kiedy przestać być widocznymi, odważnymi i ciekawymi świata? W rozmowie z Beatą Biały dziennikarka i prezenterka telewizyjna rozprawia się z mitami o wieku i pokazuje, że największym zagrożeniem nie są zmarszczki, lecz moment, w którym same zaczynamy się wycofywać. Sponsorem odcinka jest IANA, producent suplementów diety wspierających zdrowie stawów.
Jak pokazuje „Raport Obserwatorium 2026. Starzenie się pod presją – mit czy rzeczywistość?”, przygotowany w ramach inicjatywy Obserwatorium Wiek i Społeczeństwo przez Laboratoires Expanscience na podstawie badania Ipsos BVA, 63 proc. Polaków obawia się starości. Co szczególnie ważne – ten lęk pojawia się bardzo wcześnie, najczęściej między 35. a 45. rokiem życia. Wiele osób zaczyna więc bać się utraty atrakcyjności, pozycji czy społecznej widzialności długo przed tym, zanim rzeczywiście odczuje ograniczenia związane z wiekiem.
O tym, skąd bierze się presja związana ze starzeniem i jak odzyskać wolność od cudzych oczekiwań, Beata Biały rozmawia z Odetą Moro w podcaście „Ukryte piękno”.
Starość zaczyna się wtedy, kiedy przestajemy sobie pozwalać
„Słyszę: jak ty wyglądasz, stara to już byłaś” – mówi Odeta Moro, opowiadając o komentarzach, które wiele kobiet słyszy, gdy przekraczają kolejne granice wieku. Za takim zdaniem kryje się nie tylko ocena wyglądu, ale cały zestaw społecznych oczekiwań: jak kobieta powinna się ubierać, zachowywać, pracować i czy wciąż ma prawo być odważna.
Według raportu „Starzenie się pod presją – mit czy rzeczywistość?” za początek starości Polacy uznają 54. rok życia. Dla Odety Moro ta granica jest zdecydowanie zbyt wczesna. „Wg mnie to za wcześnie, ja mam jeszcze sześć lat. Poza tym starzenie się zmienia, pamiętasz »Czterdziestolatka«?” – mówi, zwracając uwagę, że współczesne kobiety żyją zupełnie inaczej niż poprzednie pokolenia.
Kobiety nie znikają z życia po czterdziestce
Dlaczego zaczynamy bać się starzenia tak wcześnie? Odeta Moro przyznaje, że wiele kobiet przez lata patrzy na siebie zbyt surowo. „My się zamartwiamy tym naszym wyglądem, mamy kompleksy, a po 20 latach patrzymy na swoje zdjęcie z młodości i mówimy: o co mi chodziło?” – zauważa.
Z czasem uczymy się jednak patrzeć na siebie inaczej. Dziennikarka wspomina moment, gdy mając 40 lat, urodziła syna. W szpitalu usłyszała, że jest „taką starą” mamą. Dziś wspomina ten czas jako jeden z najbardziej odmładzających momentów swojego życia. „Rodząc po raz drugi dziecko w tym wieku oszukałam starość i ta ciąża, a potem macierzyństwo mnie fantastycznie odmłodziły” – mówi.
Scenariusz życia piszemy same
Raport „Starzenie się pod presją – mit czy rzeczywistość?” pokazuje również, że wiele osób czuje presję dotyczącą tego, jak powinny się starzeć. 61 proc. Polaków uważa, że narzuca im się sposób przeżywania wieku, a 68 proc. usłyszało od innych uwagi dotyczące tego, jak powinni zachowywać się w swoim wieku.
Odeta Moro uważa, że czas odzyskać własny głos. „W pewnym wieku kobieta może powiedzieć wszystko” – mówi.
Sama wielokrotnie musiała mierzyć się z cudzymi przekonaniami. Kiedy podjęła decyzję o rozwodzie, mając około 35 lat, usłyszała od ojca: „W tym wieku? Znikasz z rynku matrymonialnego, co z tobą będzie?”. Dziś wie, że życie nie kończy się wtedy, gdy ktoś próbuje wyznaczyć nam jego granice.
„Pierwsze co, to polecam inwestowanie w siebie, reszta jakoś się ułoży” – radzi.
Bo najważniejsza zmiana zaczyna się wtedy, gdy przestajemy pytać, czy w naszym wieku jeszcze wypada. „Ja codziennie piszę scenariusz swojego życia, nie pozwalam pisać go innym” – mówi Odeta Moro.
Sponsorem odcinka jest IANA, producent suplementów diety wspierających zdrowie stawów.
Fri, 24 Jul 2026 - 56min - 404 - „Jeśli masz tendencję do zgadzania się, mała pauza zrobi dużą różnicę”. Halina Piasecka o tym, że pik emocji trwa tylko 90 sekund, reszta nam „się wydaje” | „Ukryte piękno” odc. 33
„Emocje są informacjami” – przekonuje psycholożka Halina Piasecka. Złość może chronić nasze granice, lęk nie zawsze zapowiada katastrofę, a smutek nie jest oznaką słabości. W podcaście „Ukryte piękno” Magdalena Kuszewska rozmawia z autorką książki „Czuję, więc jestem” o tym, dlaczego tak często zamiatamy uczucia pod dywan, jak nauczyć się odczytywać sygnały płynące z ciała i dlaczego odpoczynek bywa dziś większym wyzwaniem niż praca.
Wielu z nas żyje w przekonaniu, że nieprzyjemne emocje najlepiej schować głęboko i przeczekać. Psycholożka rozprawia się z tym mitem bez wahania. Zakopane uczucia nie znikają. Wracają zwykle wtedy, gdy najmniej się ich spodziewamy, często z dużo większą intensywnością.
Magdalena Kuszewska przywołuje własne doświadczenie. Przez lata ukrywała trudne emocje w pracy, starając się zachować profesjonalizm. Wieczorem wracały jednak do niej w domu, odbierając spokój i sen. Odpowiedź Haliny Piaseckiej jest jednoznaczna: skoro wypierane emocje wracały ze zdwojoną siłą, organizm wyraźnie pokazywał, że taka strategia nie działa.
Emocje trwają krócej, niż nam się wydaje
Jedna z najbardziej zaskakujących informacji dotyczy czasu trwania emocji. Według Haliny Piaseckiej fizjologiczny szczyt emocji trwa około 90 sekund. Później najczęściej nie cierpimy już z powodu samego uczucia, ale z powodu historii, które wokół niego budujemy.Rozmyślamy, analizujemy, wracamy do sytuacji po raz setny, przewidujemy katastrofalne scenariusze albo prowadzimy w głowie niekończące się dialogi. Właśnie dlatego nieprzyjemne emocje wydają się ciągnąć godzinami lub dniami. W rzeczywistości ogromne znaczenie ma sposób, w jaki o nich myślimy.
Zamiast oceniać siebie za złość, zazdrość czy lęk, warto zatrzymać się i sprawdzić, o czym próbują nas poinformować. Halina Piasecka zwraca uwagę, że nawet zazdrość może być cennym drogowskazem. Być może pokazuje kierunek rozwoju, za którym tęsknimy, albo ujawnia potrzebę, której dotąd nie dostrzegaliśmy.
Ciało mówi prawdę
W gabinetach psychologicznych często pojawia się ten sam schemat. Pytanie o emocje spotyka się z odpowiedzią dotyczącą myśli. Klient opisuje natrętne scenariusze, analizuje wydarzenia i tłumaczy swoje zachowanie, ale nie mówi nic o tym, co działo się w jego ciele.
Psycholożka zachęca do prostego ćwiczenia. W chwili silnej emocji warto zatrzymać się choć na minutę i zapytać siebie: co czuję oraz gdzie odczuwam tę emocję w swoim ciele? Dopiero później przychodzi czas na refleksję, co chcemy z tą informacją zrobić. Tak buduje się prawdziwa samoświadomość.
Gdzie zaczynają się granice
Coraz częściej mówi się o stawianiu granic, ale niewiele osób zastanawia się, skąd właściwie te granice się biorą. Zdaniem Haliny Piaseckiej najpierw trzeba wiedzieć, gdzie one przebiegają i jakie wartości stoją za naszymi decyzjami.
Asertywność nie ogranicza się do mówienia „nie”. Oznacza również umiejętność świadomego mówienia „tak”. Szczególnie pomocna bywa rada skierowana do osób, które automatycznie zgadzają się na kolejne prośby. Zamiast odpowiadać odruchowo, warto powiedzieć: „muszę się zastanowić”. Kilka sekund pauzy potrafi całkowicie zmienić jakość podejmowanych decyzji.
Rozmowa w podcaście „Ukryte piękno” rozwija wiele tematów poruszanych przez Halinę Piasecką w książce „Czuję, więc jestem”, wydanej przez Zwierciadło. Publikacja stanowi przewodnik po świecie emocji, ale daleko jej do poradnikowych recept i gotowych rozwiązań. Autorka zachęca przede wszystkim do zatrzymania się, obserwowania siebie i budowania relacji z własnym wnętrzem.
W książce znajdziemy przypomnienie, że zmiany prowadzące do lepszego życia warto wprowadzać małymi krokami. Samoświadomość nie pojawia się z dnia na dzień. Powstaje dzięki regularnemu zadawaniu sobie pytań o własne potrzeby, przekonania i emocje.
Wed, 22 Jul 2026 - 52min - 403 - „Żeby umieć się cieszyć, musisz też umieć się smucić”. Kasia Miller o urzekającym pojęciu „jedność przeciwieństw” | „Przerwa na kawę z Kasią Miller o miłości” odc. 4
– „Mam w sobie zachwyt nad cudem świata, tą zmiennością życia” – mówi Kasia Miller i trudno o lepsze zaproszenie do rozmowy o miłości, która nie dotyczy drugiego człowieka, lecz samego istnienia. Skąd bierze się zachwyt nad życiem mimo bólu, rozczarowań i niepewności? Dlaczego umiejętność przeżywania smutku okazuje się równie ważna jak zdolność do odczuwania radości? O tym Joanna Olekszyk, redaktorka naczelna „Zwierciadła”, rozmawia z psycholożką i psychoterapeutką Kasią Miller w szóstym odcinku podcastu „Przerwa na kawę o miłości”. Sponsorem odcinka jest marka Pandora.
Właśnie z takich doświadczeń rodzi się postawa, która później pozwala przetrwać znacznie trudniejsze momenty. Psycholożka przyznaje, że do dziś nosi w sobie zachwyt nad cudem świata i nieustanną zmiennością życia. Zachwyt nie oznacza jednak naiwności ani ucieczki od rzeczywistości. Przeciwnie – pozwala widzieć ją pełniej.
Świat jest piękny. I bywa różny
Rozmowa szybko schodzi z poziomu idealistycznych wyobrażeń na grunt codzienności. Joanna Olekszyk pyta wprost, czy obok kolorów istnieje również szarość. Odpowiedź nie pozostawia złudzeń. Świat jest miejscem nieustannego ścierania się dobra i zła, ale sposób patrzenia na tę walkę zależy od nas.
Kasia Miller przywołuje zdanie, które od lat jej towarzyszy. Można wierzyć, że „dobro zawsze mija, a zło zawsze wraca”, można jednak wybrać odwrotną perspektywę – że „zło zawsze mija, a dobro zawsze wraca”. Już jako dziewczynka zdecydowała, że druga wersja bardziej jej się opłaca. Nie dlatego, że jest łatwiejsza, lecz dlatego, że daje siłę do życia.
Bliska jest jej również idea „jedności przeciwieństw”. Świat może być jednocześnie cudowny i straszny, życie potrafi być dobre i trudne zarazem. Największą sztuką okazuje się czerpanie radości z tego, co dobre, przy jednoczesnym uczeniu się wytrzymywania tego, co bolesne. Paradoksalnie właśnie taka postawa, jak mówi psycholożka, sprawia, że dobrych doświadczeń pojawia się więcej.
Piękno jako codzienna praktyka
Miłość do życia często zaczyna się od wrażliwości na piękno. Kasia Miller opowiada, że już jako dziecko pisała krótkie wiersze. Jeden z pierwszych pamięta do dziś: „wierzby rysunek na niebie cieniutkim pędzlem nakreślasz i zapach wody dalekiej chłodniejszą farbą kładziesz”. Nie jest to przypadkowe wspomnienie. Pokazuje, jak wcześnie nauczyła się patrzeć na świat z uważnością.
Smutek nie jest wrogiem
W kulturze sukcesu chętnie opowiadamy o szczęściu, znacznie rzadziej o smutku. Tymczasem psycholożka przekonuje, że uciekanie od trudnych emocji odbiera nam możliwość prawdziwego przeżywania życia.
Kiedy dopada ją smutek, nie próbuje go zagłuszać. Mówi do siebie: „smutek jest dla każdego, posiedź sobie w nim, przepuść go przez siebie”. W podobnym duchu tłumaczy, że umiejętność cieszenia się wymaga równoczesnej zgody na smucenie się. Dopiero przepuszczanie przez siebie całego wachlarza emocji sprawia, że życie staje się autentyczne, a nie jedynie poprawne.
Miłość zaczyna się od sposobu, w jaki żyjemy
Rozmowa Joanny Olekszyk i Kasi Miller pokazuje, że miłość nie jest wyłącznie uczuciem skierowanym do drugiego człowieka. Przejawia się również w zachwycie nad światem, trosce o własne emocje, uważności wobec innych i codziennych gestach, które budują relacje. Właśnie z takiego myślenia wyrasta kampania BE LOVE marki Pandora. Przypomina, że miłość jest przede wszystkim postawą – czymś, co wyrażamy każdego dnia wobec bliskich, ale także wobec samych siebie. Nie musi być spektakularna ani idealna. Czasem oznacza zgodę na własną wrażliwość, innym razem odwagę, by dostrzec dobro mimo trudniejszych doświadczeń. Bo miłość, o której mówi Kasia Miller, nie kończy się na romantycznych relacjach. Staje się sposobem patrzenia na życie – z większą czułością, uważnością i wdzięcznością za wszystko, co nas spotyka. Taki właśnie wymiar celebruje kampania BE LOVE, zachęcając, by nie tylko mówić o miłości, ale przede wszystkim nią żyć.
Tue, 21 Jul 2026 - 43min - 402 - „Rodzice boją się, że ich dziecko będzie ofiarą, nie myślą, że będzie oprawcą”. Natasza Socha o tym, co „karmi” hejtera i jak powstrzymać przemoc | „Dylematy mamy i taty”, odc. 7
„Wszystkie hejterskie historie zaczynają się tak samo: od drobnego uderzenia, żeby sprawdzić, jak ta osoba zareaguje” – mówi Natasza Socha w podcaście „Dylematy mamy i taty”. Rozmawiając z Aliną Gutek, zastępczynią redaktorki naczelnej „Zwierciadła”, autorka wydanej przez Zwierciadło powieści „Hejterka” pokazuje, że przemoc rówieśnicza nie rodzi się nagle ani wyłącznie w internecie. Wyrasta z potrzeby dominacji, braku empatii i wzorców wynoszonych z domu. Najbardziej niepokojące okazuje się jednak coś innego – wielu dorosłych wciąż wierzy, że hejt dotyczy wyłącznie cudzych dzieci.
Każdy hejt ma swojego lidera
Dlaczego inni tak łatwo przyłączają się do przemocy? Alina Gutek pyta podczas rozmowy, co sprawcy mają w sobie, że potrafią przeciągać ludzi na swoją stronę.
Socha zwraca uwagę, że niemal zawsze pojawia się lider – osoba głośna, pewna siebie, sprawiająca wrażenie nieustraszonej. Właśnie tacy ludzie bywają najbardziej niebezpieczni, ponieważ potrafią stworzyć wokół siebie grupę, która przestaje samodzielnie oceniać sytuację. Obok lidera niemal automatycznie pojawia się również wyznaczona ofiara.
Pozorna siła często okazuje się jednak maską. Autorka „Hejterki” zauważa, że wielu szkolnych liderów buduje swoją pozycję wyłącznie na pokaz, próbując przykryć własne frustracje i porażki. Wybór słabszej osoby pozwala im przez chwilę zapomnieć o własnych kompleksach.
Inność nadal bywa najłatwiejszym celem
Rodzice często zastanawiają się, dlaczego właśnie ich dziecko zostało zaatakowane. Odpowiedź okazuje się bolesna, bo bardzo często wystarczy jedna cecha – odmienność.
Podczas rozmowy Natasza Socha przypomina, że nie lubimy tego, co nieznane, a u nastolatków nakłada się na to niezwykle silna potrzeba przynależności do grupy. Dziecko, które wyróżnia się wyglądem, zainteresowaniami, wrażliwością czy sposobem bycia, bardzo łatwo zostaje uznane za „inne”. Jak podkreśla pisarka, osoba, która nie ukrywa swojej odmienności, staje się wręcz idealnym celem hejtu.
Paradoks polega na tym, że właśnie cechy, które później budują dojrzałą osobowość i odwagę bycia sobą, w szkolnej rzeczywistości bywają traktowane jak zaproszenie do wykluczenia.
Dlaczego dzieci milczą?Rodzice często zakładają, że gdy wydarzy się coś złego, dziecko natychmiast poprosi o pomoc. Praktyka pokazuje coś zupełnie odwrotnego.
Jak tłumaczy Socha, młodzi ludzie bardzo rzadko od razu mówią o hejcie. Nie chcą dokładać rodzicom zmartwień, wstydzą się odrzucenia przez grupę i często nawet nie rozumieją, dlaczego zostali wykluczeni. Dochodzi jeszcze lęk przed łatką donosiciela. Przyznanie się do krzywdy oznacza dla wielu nastolatków wypowiedzenie na głos zdania: „jestem beznadziejny”, a właśnie przed takim doświadczeniem próbują się chronić.
Milczenie staje się więc nie dowodem, że wszystko jest w porządku, lecz jednym z najważniejszych sygnałów alarmowych.
Dom pełen pogardy
Rozmowa uświadamia, że przemoc rówieśnicza nie bierze się znikąd. Natasza Socha przekonuje, że bardzo często stanowi odbicie atmosfery panującej w domu. Dziecko, które wraca ze szkoły po konflikcie z nauczycielem i słyszy od rodzica: „nie przejmuj się, idiota został nauczycielem, bo niczego nie osiągnął”, otrzymuje jasny komunikat – pogarda wobec innych jest akceptowalnym sposobem rozwiązywania problemów.
Szkoła również nie zawsze zdaje egzamin. Zamiast zdecydowanych działań często pojawia się chęć przeczekania kryzysu, bo placówki obawiają się rozgłosu. Efektem bywają kolejne pogadanki, które niewiele zmieniają, ponieważ nie dotykają emocji ani odpowiedzialności.
Fri, 17 Jul 2026 - 56min - 401 - „Pogubiło mi się wiele rzeczy “. Dlaczego Grzegorz Damięcki nie wierzy w doświadczenie życiowe i z czym poszedł na terapię? | „Mężczyzna jest człowiekiem”, odc. 19
„Mam 59 lat i wiem, że nic nie wiem” – mówi Grzegorz Damięcki w podcaście Beaty Biały „Mężczyzna jest człowiekiem”. Aktor opowiada o dorastaniu w rodzinie, której nazwisko od pokoleń budzi skojarzenia z polskim teatrem, o rozwodzie rodziców, samotności, terapii, sukcesie i porażce. Powstaje opowieść daleka od celebryckich wyznań. Bardziej przypomina intymny esej o męskości, odpowiedzialności i nieustannym poszukiwaniu siebie.
Nazwisko Damięcki od dekad funkcjonuje w polskiej kulturze niemal jak instytucja. Wiele osób mogłoby uznać, że otwiera drzwi, daje przewagę i poczucie bezpieczeństwa. Grzegorz Damięcki nie ma jednak wątpliwości, że przede wszystkim stawia wymagania. Pytany przez Beatę Biały, czy rodzinne nazwisko bywa przekleństwem, odpowiada, że jest przede wszystkim wyzwaniem.
„Po rozwodzie rodziców zostałem z ojcem”
Historia Damięckich mogłaby stać się scenariuszem wielopokoleniowej sagi. Aktor wraca pamięcią do domu, który nieustannie się zmieniał – także dosłownie, bo dzieciństwo upłynęło pod znakiem kolejnych przeprowadzek. Z czułością wspomina swoje babcie, które były sobie tak bliskie, że – jak opowiada – zmarły tego samego dnia i tego samego roku. Zaraz potem pojawia się jednak doświadczenie rozpadu rodziny. Po rozwodzie rodziców zamieszkał z ojcem, co w tamtych czasach należało do rzadkości. Miał zaledwie piętnaście lat, gdy na jego barki spadło znacznie więcej codziennych obowiązków, niż zwykle dźwigają nastolatkowie.
Paradoksalnie właśnie z domu rodzinnego nie wyniósł gotowych recept na życie. Przyznaje otwarcie, że nie otrzymał wzorów postępowania, do których mógłby dziś się odwoływać. Dlatego z pokorą mówi: „Mam 59 lat i wiem, że nic nie wiem”. Zaraz dodaje jeszcze jedno zdanie, które wybrzmiewa niemal prowokacyjnie – nie wierzy w coś takiego jak doświadczenie. Każdy etap życia wymaga bowiem nowych odpowiedzi, a dawne pewniki szybko tracą swoją wartość.
„Od sukcesu ludzie głupieją”
Kariera aktorska często kojarzy się z popularnością, uznaniem i spełnieniem. Damięcki pokazuje jednak zupełnie inną perspektywę. Pytany o sukces i porażkę przyznaje, że oba doświadczenia bywają równie trudne. Porażki zmuszają do refleksji, natomiast sukces – jak mówi – potrafi onieśmielać, a nawet odbierać trzeźwy ogląd rzeczywistości. Nie bez powodu zauważa, że właśnie od sukcesu ludzie najczęściej głupieją.Takie spojrzenie dobrze współgra z jego wyznaniem, że bezczynność natychmiast uruchamia lęk. Praca okazuje się nie tylko zawodem, ale również sposobem porządkowania własnego świata. Kiedy zatrzymuje się na dłużej, pojawia się niepokój i poczucie zagubienia. Sam przyznaje zresztą, że w pewnym momencie życia „pogubiło mu się wiele rzeczy”.
Często boimy się najbliższych
Jednym z najbardziej poruszających fragmentów rozmowy jest opowieść o terapii. Aktor nie przedstawia jej jako spektakularnej przemiany ani cudownego lekarstwa na wszystkie problemy. Mówi o znacznie bardziej przyziemnym celu – poszedł na terapię po to, by nauczyć się stawiać światu granice.
Brzmi prosto, ale właśnie w tej prostocie kryje się sedno. Wielu mężczyzn wychowywano w przekonaniu, że powinni wszystko wytrzymać, wszystko znieść i nikogo nie obciążać własnymi emocjami. Damięcki odwraca tę logikę. Zauważa również, że bardzo często najbardziej boimy się nie obcych ludzi, lecz właśnie tych najbliższych. Relacje rodzinne i partnerskie bywają przecież przestrzenią największej bezbronności.
Fri, 17 Jul 2026 - 1h 15min - 400 - „Kobiety mówią: tyję z powietrza i jest w tym ziarno prawdy”. Prof. Karolina Kędzierska-Kapuza i Adrianna Sobol o tym, że otyłość to choroba, która może przytrafić się każdemu | „Jak zdrowie”, odc. 21
„Otyłość to podstępna choroba, która zaczyna się powoli, choć u każdego inaczej się rozwija. Chorzy stopniowo wycofują się z życia z powodu stygmatyzacji i wstydu” – mówi Adrianna Sobol w podcaście „Jak zdrowie”. Choć medycyna od dawna uznaje otyłość za chorobę przewlekłą, społeczne przekonania nie nadążają za wiedzą. Choć medycyna od dawna uznaje otyłość za chorobę przewlekłą, społeczne przekonania nie nadążają za wiedzą. – To jedna z niewielu chorób przewlekłych, które niesiemy ze sobą na czole – mówi obesitolożka, prof. Kędzierska-Kapuza.
„Na otyłość choruje już 9 milionów Polaków, a mimo wszystko pacjenci nadal słyszą: »zrób coś ze sobą«” – mówi Magdalena Kuszewska, otwierając rozmowę z prof. Karoliną Kędzierską-Kapuzą oraz Adrianną Sobol w podcaście „Jak zdrowie”.
Otyłość nie jest wyborem
Przez lata wokół otyłości narosło wiele uproszczeń. Najbardziej szkodliwe sprowadza się do przekonania, że wystarczy mniej jeść i więcej się ruszać. Brzmi rozsądnie, jednak współczesna medycyna pokazuje znacznie bardziej złożony obraz.
Jak wyjaśnia prof. Karolina Kędzierska-Kapuza, pacjenci najczęściej słyszą właśnie komunikat: „jedz mniej i ruszaj się więcej”, podczas gdy otyłość pozostaje chorobą biologiczną, często uwarunkowaną genetycznie i występującą w różnych fenotypach. Jedni zmagają się z kompulsywnym jedzeniem, inni z zaburzeniami regulacji głodu, dlatego skuteczne leczenie musi być dopasowane do konkretnego pacjenta. Tymczasem zaledwie 1–-2 proc. chorych otrzymuje leczenie farmakologiczne.
Codzienność, której nie widać
Liczby pokazują skalę problemu, ale nie oddają życia z chorobą. Adrianna Sobol przypomina, że otyłość rozwija się podstępnie i u każdego przebiega inaczej. Chorzy bardzo często stopniowo wycofują się z życia społecznego, ponieważ wstyd i stygmatyzacja odbierają im poczucie bezpieczeństwa.
Kobieta „gruba”, mężczyzna „postawny”
Społeczne oczekiwania wobec wyglądu nie dotyczą wszystkich w równym stopniu. Kobiety znacznie częściej słyszą krzywdzące komentarze i są oceniane przez pryzmat sylwetki. Jak zauważa Adrianna Sobol, mężczyzna bywa określany jako „postawny”, podczas gdy kobieta z podobną masą ciała otrzymuje łatkę „grubej”. Choroba otyłościowa nie wybiera jednak ani płci, ani wieku i może pojawić się na każdym etapie życia.Równie niebezpieczne pozostaje bagatelizowanie pierwszych sygnałów. W wielu rodzinach funkcjonują powiedzenia: „my tak mamy”, „grube kości”, „wyrośnie z tego”. Takie przekonania skutecznie opóźniają diagnozę i rozpoczęcie leczenia.
Dlaczego organizm ciągle domaga się jedzenia?
Coraz więcej badań pokazuje, że apetyt nie jest wyłącznie kwestią silnej woli. W niektórych fenotypach choroby organizm produkuje zbyt mało hormonów odpowiedzialnych za hamowanie łaknienia, między innymi GLP-1. Pacjent praktycznie nie otrzymuje sygnału sytości.Prof. Karolina Kędzierska-Kapuza opowiada, że osoby rozpoczynające odpowiednie leczenie często ze wzruszeniem mówią o czymś, co dla większości ludzi wydaje się oczywiste – pierwszy raz w życiu mogą odstawić talerz, ponieważ naprawdę czują się najedzone.
Jednocześnie jedzenie pełni funkcję regulatora emocji. Adrianna Sobol zwraca uwagę, że bardzo często sięgamy po nie zarówno wtedy, gdy przeżywamy smutek, jak i wtedy, gdy chcemy świętować sukces. Łatwo dostępna przyjemność pomaga na chwilę poradzić sobie z napięciem, ale nie rozwiąże problemu.
Menopauza, hormony i „tycie z powietrza”
W gabinetach lekarskich często pada zdanie: „tyję z powietrza”. Choć brzmi jak przesada, medycyna znajduje dla niego częściowe wyjaśnienie.
Prof. Kędzierska-Kapuza podkreśla, że w okresie menopauzy zmiany hormonalne wysyłają tkance tłuszczowej sygnał do gromadzenia zapasów przede wszystkim w okolicy brzucha i bioder. Oznacza to, że organizm funkcjonuje inaczej niż wcześniej, dlatego strategie leczenia również wymagają indywidualnego podejścia.
Sponsorem odcinka jest Novo Nordisk – organizator kampanii „Odzyskaj lekkość życia”, więcej infomacji na: www.ootylosci.pl/specjalisci
Wed, 15 Jul 2026 - 55min - 399 - „Moja najmłodsza pacjentka miała 26 lat”. Sekrety hollywoodzkiego liftingu zdradza chirurg plastyczny dr Piotr Osuch | „Pod skórą”, odc. 2
Lifting twarzy nie jest w chirurgii plastycznej nową procedurą – ale zyskał nową technikę i… nową klientelę. Kiedyś uchodził za zabieg dla kobiet dojrzałych, dziś pod nóż coraz częściej idą 20- i 30-latki. Tylko po co – skoro ich skóra nadal jest jędrna, a owal twarzy napięty i wyraźny? Bo lifting nie służy już tylko odmładzaniu – przekonuje dr Piotr Osuch, chirurg plastyczny twarzy specjalizujący się w nowatorskiej metodzie deep plane.
Za co ten rodzaj liftingu pokochały największe gwiazdy Hollywood, a w ślad za nimi – zwyczajne kobiety i mężczyźni, którzy ustawiają się w kolejce po piękniejszą twarz?
„Niewidoczny” i „naturalny”. Jak działa lifting deep plane?
Technika deep plane, w której specjalizuje się dr Osuch, nieprzypadkowo ma wiele fanek (i fanów) wśród znanych osób. Pozwala bowiem precyzyjnie odświeżyć rysy – a nie całkowicie je zmodyfikować. W efekcie, choć twarz pacjenta zostaje „przerobiona”, w ogóle nie wygląda na „zrobioną”.
– Ta metoda ma tę dobrą cechę, że zachowuje naturalne rysy twarzy – tłumaczy specjalista. – W odróżnieniu od tych starszych liftingów, tutaj działamy tylko na głębokich strukturach, tak że nie ma konieczności rozdzielania warstw tkanek (…), tylko podnosimy całą grubość tkanek, sięgamy do tego miejsca, gdzie są rozluźnione więzadła, gdzie jest przyczyna tego, że twarz się zmieniła w związku z upływem czasu.
To największa różnica, która odróżnia metodę deep plane od starszych technik liftingu.
– Nie ma stygmatów typowego liftingu, czyli nie ma takiego napięcia nadmiernego, nie ma efektu maski, nie ma takiego „windblow”, czyli efektu podmuchu wiatru – mówi w podcaście ekspert.
Po deep plane wygląda się świeżo, jakby było się bardziej wypoczętym. Procedury tej nie widać na pierwszy rzut oka, co przyciąga do niej zarówno gwiazdy, jak i wszystkie osoby, które chciałyby dokonać naturalnej korekty swoich rysów.
Dlaczego na deep plane decydują się coraz młodsze osoby?
Jak podkreśla dr Osuch, lifting deep plane to nie jest zabieg, który koryguje skórę – lecz rysy twarzy. Dziś stanowi więc narzędzie nie tylko do odmładzania, ale i modyfikacji tych obszarów, które nie spełniają oczekiwań pacjentów. Najmłodsza pacjentka lekarza miała 26 lat i zdecydowała się na lifting, aby poprawić rysy twarzy po tym, jak opadły na skutek dużej utraty wagi.
– To jest zabieg, który koryguje linię żuchwy, który koryguje napięcie tkanek głębokich, który przywraca albo koryguje kształt, jeśli chodzi o położenie brwi i o różne struktury, które są w obrębie twarzy – objaśnia ekspert.
Mitem jest więc przekonanie, że lifting dedykowany jest tylko osobom, u których procesy starzenia są już zaawansowane i wymagają one ujędrnienia skóry. Jej jakość i napięcie mogą poprawić zabiegi z zakresu medycyny estetycznej – natomiast sama chirurgia tego nie zrobi.
Pułapki medycyny estetycznej okiem chirurga plastycznego
Ale i z mniej inwazyjnymi zabiegami lepiej uważać. Doktor Osuch nie jest ich bezkrytycznym zwolennikiem i zaleca ostrożność, zanim zdecydujemy się na założenie nici liftingujących, wstrzyknięcie kwasu hialuronowego albo stymulatorów w twarz. Efekty zbyt pochopnych decyzji swoich pacjentów widzi na własne oczy, gdy podczas operacji zagląda – dosłownie – pod ich skórę.
Podcast „Pod skórą” analizuje viralowe trendy w urodzie i medycynie estetycznej napędzane przez internetowe algorytmy. Prowadząca Aleksandra Urbaniak wraz z ekspertami omawia źródła najnowszych trendów, obala szkodliwe mity i ujawnia przemilczane fakty na temat zabiegów zyskujących popularność. To rozmowy dające zdrową perspektywę na obowiązujące standardy piękna wyznaczane przez social-media, które coraz częściej dyktują nam, jak wyglądać i co robić ze swoimi ciałami.
Wed, 15 Jul 2026 - 44min - 398 - Andrzej Bargiel o swojej wyprawie na Nanga Parbat, zaufaniu i robieniu po swojemu. „Chciałem sprawdzić, czy to fizycznie możliwe” | „Bliski kadr”, odc. 13
„Nie mam potrzeby, żeby cokolwiek udowadniać” - mówi Andrzej Bargiel w podcaście „Bliski kadr" tuż po swoim historycznym zjeździe na nartach z Nanga Parbat czyli jednego z najwyższych szczytów świata i jednej z najbardziej niebezpiecznych gór na Ziemi. Andrzej dokonał czegoś, co przez lata wydawało się poza zasięgiem nawet najwybitniejszych himalaistów i skialpinistów. Tymczasem opowiada o tym z charakterystycznym dla siebie spokojem. Trochę jakby po prostu właśnie zgrabnie zeskoczył z trzepaka...
W podcaście „Bliski kadr" rozmawiamy nie tylko o samym zjeździe, ale też o wszystkim, co wydarzyło się wcześniej. O budowaniu zespołu, analizowaniu góry, obserwowaniu lawin, czekaniu na właściwy moment i podejmowaniu decyzji, od których zależy życie. Andrzej Bargiel tłumaczy, dlaczego w górach najwyższych odwaga nie polega na podejmowaniu ryzyka, lecz na konsekwentnym odrzucaniu sytuacji, których nie da się bezpiecznie kontrolować. To rozmowa, która rozprawia się z romantycznym obrazem himalaizmu jako sportu opartego wyłącznie na brawurze. Zamiast tego słyszymy o prognozach meteorologicznych, technologii, dronach wykorzystywanych podczas wypraw, komunikacji radiowej, logistyce i wieloletnim zdobywaniu doświadczenia. Bargiel pokazuje, że największym sprzymierzeńcem ekstremalnych osiągnięć jest cierpliwość.
Zjazd z Nanga Parbat jest częścią projektu Andrzeja i jego teamu pod łacińską nazwą „Hic Sunt Leones” (Tu są lwy), dzięki któremu jako pierwszy człowiek zjechał na nartach ze wszystkich pięciu ośmiotysięczników Pakistanu. Opowiada, jak zrodził się ten pomysł, dlaczego musiał nauczyć się budowania partnerstw biznesowych, organizowania wypraw i tworzenia zespołu, który od kilkunastu lat pracuje razem w najwyższych górach świata. W rozmowie nie brakuje tematów, o których mówi się znacznie rzadziej. Pakistan widziany oczami alpinisty okazuje się miejscem pełnym kontrastów - zachwycającym, ale jednocześnie naznaczonym biedą, wykluczeniem i historiami ludzi, którym czasem wystarczy niewielka pomoc, by uratować zdrowie lub życie.
To także rozmowa o zaufaniu. Do partnerów, do własnego doświadczenia i do intuicji. O tym, dlaczego dobiera ludzi nie według sportowych rankingów, ale charakteru. O tym, jak zachować spokój, gdy cała ekipa przez radio przekonuje, żeby zawrócić, a ty wiesz, że właśnie teraz jest właściwy moment na zjazd.
Jak zmienił się współczesny himalaizm? Czy nowoczesny sprzęt i lżejsze butle tlenowe ułatwiają zdobywanie ośmiotysięczników? Czy media społecznościowe stały się dziś równie ważnym elementem wypraw jak przygotowanie sportowe? Jak finansuje się projekty kosztujące setki tysięcy złotych i dlaczego sam Bargiel przez lata musiał stworzyć własny model funkcjonowania poza systemem?
Zapraszamy do wysłuchania najnowszego odcinka podcastu Zwierciadła z Andrzejem Bargielem.
Fri, 10 Jul 2026 - 46min - 397 - „Książki były moją rodziną, moją kochającą ciepłą rodziną”. Kasia Miller poleca lektury na „dobrą samotność” | „Przerwa na kawę z Kasią Miller 6” odc. 6
- Książki były moimi rodzicami, rodzeństwem. Książki były moją rodziną, moją kochającą ciepłą rodziną - mówi słynna psycholożka w 6. odcinku, 6. sezonu „Przerwy na kawę z Kasią Miller”. Bo czasem najlepszą rozmowę odbywamy z autorem, którego nigdy nie poznaliśmy. Czasem jedna powieść pomaga zrozumieć siebie bardziej niż dziesiątki porad. Joanna Olekszyk, redaktorka naczelna „Zwierciadła”,rozmawia z Katarzyną Miller o książkach, które wychowują, leczą samotność, uczą odwagi i pokazują, jak zmienia się nasze rozumienie miłości. Rozmowa okazuje się nie tylko podróżą przez literaturę, lecz także opowieścią o dojrzewaniu człowieka.
Romans z bohaterem, który nie istnieje
Czy książki wpływają na nasze wybory uczuciowe? Pytanie Joanny Olekszyk o literackie zauroczenia otwiera fascynujący wątek dotyczący romantycznych wzorców.
Miller przyznaje z uśmiechem, że przez lata żaden prawdziwy mężczyzna nie zrobił na niej takiego wrażenia jak Rhett Butler z „Przeminęło z wiatrem”. Jak mówi, „chyba nie ma faceta, który by mi się bardziej podobał niż Butler”. Literaccy bohaterowie bywają przecież idealnymi projekcjami naszych pragnień – błyskotliwi, odważni, tajemniczy, nieosiągalni.
Rozmowa szybko schodzi jednak z poziomu romantycznych westchnień na znacznie poważniejszy grunt. Joanna Olekszyk przywołuje książkę „Mit Darcy’ego”, której autorka przekonuje, że kult nieprzystępnych bohaterów mógł wpłynąć na sposób, w jaki kobiety postrzegały relacje z mężczyznami. Miller odpowiada bez wahania, zauważając, że wiele klasycznych historii wysyłało kobietom bardzo niebezpieczny komunikat. Jak podkreśla, „te książki trochę nam mówiły: znoś to”.
Wielcy pisarze wiedzą więcej
Najlepsza literatura nie moralizuje. Raczej wyprzedza swoją epokę i pozwala dostrzec zjawiska, których współcześni jeszcze nie potrafią nazwać. Miller nie ma wątpliwości, że „dobrzy pisarze wyprzedzają epoki”. Dlatego klasyka nie starzeje się mimo zmieniających się czasów. Prawdziwie wielkie książki wciąż prowokują do zadawania tych samych pytań: kim jesteśmy, czego się boimy, dlaczego kochamy właśnie tak.Psycholożka wspomina swoje literackie fascynacje, podkreślając, że poważne czytanie zaczęła od francuskich pisarzy, między innymi François Mauriaca. Fascynowała ją złożoność ludzkiej natury obecna również u Grahama Greene’a. Jednocześnie zwraca uwagę na niezwykle ciekawy mechanizm psychologiczny. Czytając lub oglądając historie, zawsze wydobywamy z nich przede wszystkim to, co w danym momencie najbardziej dotyczy naszego życia. W języku psychologii Gestalt właśnie ten motyw staje się figurą, podczas gdy cała reszta pozostaje jedynie tłem.
Dlatego dwudziestoletni czytelnik i sześćdziesięcioletnia czytelniczka mogą zachwycić się tą samą powieścią z zupełnie innych powodów.
Dlaczego warto wracać do klasyki
W świecie krótkich filmów i błyskawicznych informacji klasyczna literatura wymaga cierpliwości. Nagrodą okazuje się jednak głębsze rozumienie świata.Między Balzakiem a Greyem
Literacki gust nie musi być zamknięty w sztywnych ramach. Obok klasyki może znaleźć się także popularna powieść, jeśli potrafi powiedzieć coś o ludzkich pragnieniach.
Miller z charakterystycznym dystansem wspomina lekturę „Pięćdziesięciu twarzy Greya”. Przyznaje, że przeczytała książkę z przyjemnością, a zamiast oburzenia poczuła podziw dla autorki. Pomyślała bowiem: „co za niegłupia panienka, że spisała swoje fantazje i zarobiła miliony”.
Poezja ma własną porę dnia
Każdy czytelnik buduje własne rytuały. Dla Joanny Olekszyk poezja przypomina rześki zimowy poranek – pełen świeżości i skupienia. Katarzyna Miller wybiera zupełnie inny moment. Najchętniej sięga po wiersze wieczorem albo jesienią, kiedy świat zwalnia, a cisza pozwala usłyszeć więcej.Może właśnie dlatego książki pozostają naszymi najwierniejszymi przyjaciółmi. Nie narzucają tempa, nie oceniają i nie przerywają.
Fri, 10 Jul 2026 - 58min - 396 - „Nietolerancja biustonosza”, „zamrożony bark”, wypadanie włosów – Anna Kopańczyk o nietypowych objawach menopauzy | „Ukryte piękno”. odc. 29
„Najmłodsza pani, która przyszła do mnie z menopauzą, miała 35 lat” – mówi dietetyczka Anna Kopańczyk. W rozmowie z Magdaleną Kuszewską w podcaście „Ukryte piękno” obala jeden z najbardziej szkodliwych mitów dotyczących kobiecego zdrowia: menopauza nie jest wydarzeniem zarezerwowanym dla późnej dojrzałości. Potrafi zaskoczyć znacznie wcześniej i daje objawy, których wiele kobiet w ogóle z nią nie kojarzy. Wypadające włosy, pieczenie jamy ustnej, „zamrożony bark”, nagła nietolerancja biustonosza czy nasilające się stany zapalne organizmu często pozostają zagadką, choć mają wspólne źródło – zmieniającą się gospodarkę hormonalną.
Włosy jako pierwszy sygnał zmian
Anna Kopańczyk zwraca uwagę, że podczas menopauzy pojawiają się trzy charakterystyczne problemy. Jednym jest rozlane wypadanie włosów na całej głowie. Drugim – typowe dla zmian hormonalnych przerzedzenie w środkowej części głowy, określane jako kobiecy wzór łysienia. Trzecim stają się coraz cieńsze, delikatniejsze włosy, które tracą dawną objętość. Jak podkreśla ekspertka, właśnie tego rodzaju łysienia androgenowego doświadcza od 20 do nawet 50 procent kobiet przed sześćdziesiątym rokiem życia.
Paradoks polega na tym, że wiele pacjentek słyszy, iż poziom testosteronu pozostaje prawidłowy. Mimo tego włosy nadal wypadają. Jak wyjaśnia Anna Kopańczyk, przyczyną okazuje się spadek estrogenów, który zwiększa wrażliwość mieszków włosowych na działanie testosteronu. Problem nie wynika więc wyłącznie z poziomu hormonów, ale również z tego, jak organizm zaczyna na nie reagować.
Menopauza nie kończy się na uderzeniach gorąca
Lista objawów menopauzy jest znacznie dłuższa, niż większość z nas przypuszcza. Wiele kobiet przez lata szuka pomocy u różnych specjalistów, nie wiedząc, że wszystkie dolegliwości mogą mieć wspólne podłoże.
Jednym z najbardziej zaskakujących przykładów pozostaje zespół pieczenia jamy ustnej. Anna Kopańczyk przyznaje, że sama początkowo uważała go za rzadkość. Sytuacja zmieniła się, kiedy opublikowała materiał na ten temat. Odezwały się do niej liczne kobiety, które od dawna zmagały się z identycznym problemem, nie znajdując wyjaśnienia swoich objawów.
Podobnie wygląda historia tak zwanego zamrożonego barku. Dolegliwość objawia się stopniową utratą ruchomości stawu bez wyraźnej przyczyny urazowej. Leczenie bywa długie i wymagające cierpliwości, ponieważ objawy mogą utrzymywać się nawet przez dwa lub trzy lata.
Dieta, która wycisza stan zapalny
Zmiany hormonalne wpływają nie tylko na wygląd, ale również na funkcjonowanie całego organizmu. Estrogen wykazuje działanie przeciwzapalne. Gdy jego poziom spada, łatwiej dochodzi do nasilenia przewlekłego stanu zapalnego, który może sprzyjać rozwojowi osteoporozy, insulinooporności czy bolesnego zamrożonego barku.
Styl odżywiania ma tutaj ogromne znaczenie. Anna Kopańczyk podkreśla, że dieta przeciwzapalna zaczyna się od ograniczania produktów nasilających stan zapalny, a następnie opiera się na zdrowych tłuszczach, dużej ilości warzyw, owoców i roślin strączkowych. Nie chodzi o chwilową modę, lecz o sposób żywienia, który wspiera organizm każdego dnia.
Wiedza zamiast wstyduRozmowa Magdaleny Kuszewskiej i Anny Kopańczyk pokazuje, że menopauza przestaje być tematem przemilczanym. Coraz więcej kobiet szuka wiedzy zamiast prostych recept i oczekuje odpowiedzi opartych na nauce, a nie na stereotypach.
Taką rolę pełni również książka „Menopauza. Instrukcja obsługi”, której autorką jest Anna Kopańczyk. Publikacja w przystępny sposób wyjaśnia, co dzieje się z kobiecym organizmem na kolejnych etapach menopauzy, pomaga zrozumieć mechanizmy stojące za często zaskakującymi objawami i podpowiada, jak poprzez dietę, styl życia oraz codzienne wybory wspierać zdrowie i dobre samopoczucie. Zamiast straszyć zmianami, daje poczucie sprawczości i pokazuje, że menopauza nie oznacza utraty jakości życia, lecz początek nowego etapu, do którego można dobrze się przygotować.
Fri, 10 Jul 2026 - 54min - 395 - „Nic tak nie czyści głowy jak rower”. Alicja Cieloch o tym, że rower elektryczny nie jedzie sam i zmienia sposób podróżowania | Wszystkimi zmysłami
„Rower zmienił moje podróże” – przyznaje Alicja Cieloch. Trudno o lepszy punkt wyjścia do rozmowy o dwóch kółkach, które coraz częściej wywołują skrajne emocje. Jedni widzą w rowerze elektrycznym przyszłość aktywnej mobilności, inni wciąż traktują go jak gadżet dla leniwych. W podcaście „Wszystkimi zmysłami” Monika Sobień-Górska rozmawia z podróżniczką o stereotypach, które nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością, o podróżach poza utartym szlakiem i o tym, dlaczego właśnie rower pozwala najpełniej doświadczać świata. Sponsorem podcastu jest Bosch eBike Systems.
Samolot skraca dystans, samochód przyspiesza, pociąg pozwala wygodnie przemieszczać się między miastami. Rower robi coś zupełnie innego – zamienia drogę w najważniejszą część podróży. Właśnie dlatego coraz więcej osób odkrywa, że liczy się nie tylko cel, ale także tempo, w jakim poznajemy świat.
Jak podkreśla Alicja Cieloch, „zupełnie inaczej odbieramy miejsce, jeśli jedziemy do niego klasycznym środkiem transportu, a inaczej, jak pokonujemy tę drogę rowerem i siłą własnych nóg”. Właśnie wtedy krajobraz przestaje być widokiem zza szyby. Zaczyna pachnieć, zmienia temperaturę, hałasuje albo wycisza. Pozwala zatrzymać się tam, gdzie nie zatrzymują się wycieczki.
Tak rodzi się prawdziwa bliskość z miejscem. Jak mówi podróżniczka, dzięki rowerowi docieramy do zakątków, które nigdy nie trafiają na okładki przewodników. Pozostają unikalne, odkrywane na własnych zasadach i zapisują się w pamięci znacznie mocniej niż najbardziej popularne atrakcje.
Dlaczego wokół rowerów elektrycznych narosło tyle mitów?
Moda na e-bike’i rośnie z roku na rok. Wraz z nią rośnie również liczba opinii, które często niewiele mają wspólnego z faktami. Alicja Cieloch przyznaje, że właśnie ciekawość stała się początkiem jej własnych poszukiwań. Jak wspomina, „zainteresowałam się rowerem elektrycznym, bo zaciekawiło mnie, skąd się biorą stereotypy na jego temat”.
Jakie są najczęściej powtarzane mity? Pierwszy mówi, że rower elektryczny przeznaczony jest wyłącznie dla seniorów. Drugi – że właściwie jedzie sam. Alicja bez wahania rozprawia się z obydwoma przekonaniami, przypominając, że użytkownik cały czas musi pedałować. Silnik jedynie wspiera wysiłek, a konstrukcje wyposażone w napęd Boscha pomagają wyłącznie do prędkości 25 km/h. Nie mają więc nic wspólnego z motorowerami czy pojazdami kojarzonymi z dostawcami jedzenia.
Różnica wydaje się fundamentalna, choć w publicznej dyskusji często bywa pomijana.
Czy na rowerze elektrycznym można się zmęczyć?
Wielu sceptyków uważa, że wspomaganie odbiera aktywności fizycznej sens. W praktyce wygląda to zupełnie inaczej.
E-bike nie eliminuje wysiłku. Pozwala jedynie lepiej nim zarządzać. Dzięki temu łatwiej pokonywać długie podjazdy, planować ambitniejsze trasy czy podróżować przez wiele kolejnych dni bez przeciążania organizmu. Organizm nadal pracuje, mięśnie wykonują swoją pracę, a serce utrzymuje wysiłek na odpowiednim poziomie.
Jednocześnie pozostaje jeszcze jeden aspekt, którego nie da się zmierzyć liczbą spalonych kalorii. Alicja przypomina, że „nic tak nie czyści głowy jak rower”. Kilkadziesiąt kilometrów spokojnej jazdy potrafi uporządkować myśli skuteczniej niż niejeden weekendowy wyjazd do SPA. Równy rytm pedałowania działa jak medytacja w ruchu, a kontakt z naturą pozwala odzyskać koncentrację i zwyczajnie odetchnąć.
Wolność wymaga rozsądku
Każdy, kto inwestuje w dobry rower, prędzej czy później zaczyna myśleć o bezpieczeństwie. Monika Sobień-Górska pyta więc również o praktyczną stronę podróżowania.
Alicja stawia na rozwiązania, które realnie zwiększają szanse na uniknięcie kradzieży. Poleca solidny, gruby łańcuch oraz nowoczesne systemy alarmowe wysyłające powiadomienie na telefon, gdy z rowerem dzieje się coś niepokojącego. Jednocześnie zwraca uwagę na różnice kulturowe. W Niemczech czy Austrii mieszkańcy często zostawiają rowery przed sklepami bez dodatkowych zabezpieczeń.
Sponsorem podcastu jest Bosch eBike Systems.
Fri, 10 Jul 2026 - 49min - 394 - „Piłka nożna jest związana z łzami. Płaczesz, kiedy wygrywasz, ale też, kiedy przegrywasz”. O emocjach w sporcie rozmawiamy z Mateuszem Święcickim | „Krótka piłka” odc. 1
Mateusz Święcicki - dziennikarz, reporter sportowy oraz komentator lig europejskich, w tym Bundesligi, La Ligi i Serie A w kanale Eleven Sports. Przede wszystkim jednak: absolutny pasjonat piłki nożnej. Jego głosu nie sposób pomylić z żadnym innym. Cechuje go ogromna wiedza, niezwykła charyzma i emocjonalny stosunek do sportu. I te właśnie emocje czuć w każdym komentowanym przez niego meczu. Swoje sportowe serce oddał włoskiemu klubowi AC Milan, ale równie mocno kibicuje hiszpańskiej Valencii.
Skąd ta miłość do piłki nożnej?
„Jest rok 1994. Oglądam finał Ligi Mistrzów. Milan wygrywa z Barceloną 4:0, a ja zakochuję się w piłce nożnej. Zobaczyłem coś co dla mnie było porywające. To całe teatrum, finał Ligii Mistrzów, ten puchar. Dziecko pożera świat wzrokiem, pożera świat emocjami, widzi coś, co jest piękne, interesujące, przepełnione radością jednych, dramatem drugich… Ja już wiedziałem, że to jest początek romansu na całe życie”. – mówi dziennikarz w nowym odcinku podcastu „Zwierciadła” pt. „Krótka piłka”.
Łzy, determinacja, pasja
Trwa właśnie Mundial 2026, a kibice nie mogą oderwać się od związanych z nim sportowych emocji. Rozgrywki po raz pierwszy odbywają się w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Meksyku, więc różnice czasowe powodują, że najbardziej wierni kibice oglądają mecze nocami. Co jest takiego w tym sporcie, że z zapartym tchem śledzimy tę rywalizację i z zaciekawieniem wyczekujemy finału, by zobaczyć, która reprezentacja podniesie upragniony puchar?
Dlaczego piłka nożna daje tyle radości, łączy ludzi i pozwala poszerzyć horyzonty? O emocjach, na boisku, kulisach pracy komentatora, powodach, dla których w sporcie pojawiają się łzy, a także o rozwoju kobiecego futbolu, rozmawiamy w tym odcinku podcastu „Zwierciadła” z Mateuszem Święcickim w roli głównej.
Thu, 09 Jul 2026 - 49min - 393 - „Nie chciałem być ani aktorem ani dyrektorem”. Wojciech Malajkat o roli przypadku i gdzie zaczyna się władza | „Mężczyzna jest człowiekiem”, odc. 18
„Często słyszę, czemu pan dyrektor podnosi śmieci albo meble przestawia od tego są rekwizytorzy, odpowiadam: szkoda na to czasu” – mówi Wojciech Malajkat w rozmowie z Beatą Biały w podcaście „Mężczyzna jest człowiekiem”. Aktor nie proponuje gotowych recept na życie ani definicji męskości. Opowiada o kosztach emocjonalnych zawodu aktora i o tym, dlaczego prawdziwy autorytet nie zaczyna się od stanowiska.
Debata o współczesnej męskości często przypomina pole bitwy. Jedni przekonują, że mężczyźni przeżywają kryzys, inni próbują zbudować ich nową definicję. Wojciech Malajkat proponuje znacznie prostszą perspektywę. Zamiast zastanawiać się, jaki powinien być mężczyzna, warto najpierw odpowiedzieć sobie na pytanie, jakim chce się być człowiekiem.
Aktor wraca do doświadczeń, które ukształtowały jego sposób patrzenia na świat. Wspominając ojca, podkreśla, że właśnie od niego nauczył się cierpliwości. Jak mówi, ojciec pochodził z Prus, założył rodzinę i dbał o nią, pokazując swoim życiem, że odpowiedzialność nie potrzebuje wielkich deklaracji. Właśnie takie codzienne postawy zostają z człowiekiem na lata i okazują się ważniejsze od najbardziej efektownych przemówień.
Podobnie brzmi przesłanie, które dziś przekazuje młodym ludziom. Malajkat przyznaje, że spośród wszystkich rad najważniejsza jest jedna – „bądźcie ludźmi”. W kilku prostych słowach zawiera się cała filozofia relacji, pracy i odpowiedzialności za innych.
Życie pisze najlepsze scenariusze
Historia Wojciecha Malajkata pokazuje również, jak niewiele da się przewidzieć. Kariera, z którą dziś jest kojarzony przez miliony widzów, wcale nie była jego planem.
Aktor z uśmiechem przyznaje, że aktorem został z przypadku, bo początkowo marzył o zupełnie innej drodze zawodowej. Chciał uczyć geografii i języka polskiego, przekazywać wiedzę, inspirować młodych ludzi i budować z nimi relację. Paradoksalnie właśnie to pragnienie pozostało z nim do dziś. Nawet stojąc na scenie czy prowadząc studentów szkoły teatralnej, wciąż pozostaje nauczycielem – tylko zamiast map i lektur wykorzystuje teatr oraz własne doświadczenie.
Historia Malajkata przypomina, że największe życiowe zwroty często przychodzą wtedy, gdy najmniej się ich spodziewamy. Sukces nie zawsze rodzi się z precyzyjnego planu. Czasami wystarczy odwaga, by zaufać przypadkowi.
Cena emocji
Jednym z najbardziej poruszających momentów rozmowy jest pytanie Beaty Biały o emocjonalny koszt zawodu aktora. W czasach, gdy coraz częściej mówi się o wypaleniu zawodowym i zdrowiu psychicznym, temat wybrzmiewa szczególnie mocno.
Malajkat odpowiada z charakterystycznym spokojem. Nie ucieka od odpowiedzialności za emocje, które przeżywa na scenie, ale też nie przedstawia ich jako ciężaru nie do udźwignięcia. Jak podkreśla, jest zdrowy psychicznie i nie ma problemu z tym, że ponosi te koszty, ponieważ widzi, że publiczność przeżywa je razem z nim. Właśnie na tym polega istota teatru – emocje nie należą wyłącznie do aktora. Stają się wspólnym doświadczeniem ludzi siedzących po obu stronach sceny.
Władza nie zaczyna się od gabinetu
Rozmowa schodzi również na temat zarządzania i autorytetu. Wojciech Malajkat od lat pełni funkcje kierownicze, dlatego dobrze zna mechanizmy, które budują hierarchie.
Nie zgadza się jednak z przekonaniem, że stanowisko automatycznie daje człowiekowi wyjątkowy status. Jak zauważa, to ludzie budują władzę i stereotyp władzy, dlatego często spotyka się z reakcjami w rodzaju: „Dlaczego pan dyrektor podnosi śmieci albo przestawia meble? Przecież od tego są rekwizytorzy.” Dla niego podobne myślenie nie ma sensu. Odpowiada krótko: „Szkoda na to czasu.”
W kilku słowach kryje się ważna lekcja o przywództwie. Autorytet nie rodzi się z dystansu ani z przekonania o własnej wyjątkowości. Powstaje wtedy, gdy lider nie boi się wykonywać tych samych czynności co pozostali i nie buduje swojej pozycji na symbolicznych przywilejach.
Wed, 08 Jul 2026 - 38min - 392 - „Żyłem siłą rozpędu, życiem hedonisty, który wchodził w różne dziwne związki”. Robert Rutkowski o tym, kiedy zaczyna się drugie życie | „Mężczyzna jest człowiekiem”, odc. 17
„Na depresję zapadają nie ci, którzy są słabi, ale ci, którzy zbyt długo byli silni” – mówi Robert Rutkowski w rozmowie z Beatą Biały. Pedagog i psychoterapeuta opowiada o męskości bez pozowania, o życiu, które zmieniły śmierć rodziców i narodziny syna, o kłamstwie, alkoholu, odpowiedzialności oraz odwadze zaczynania od nowa. Powstaje opowieść daleka od internetowych poradników dla „prawdziwych facetów”. Znacznie bliżej jej do szczerego rachunku sumienia i rozmowy o tym, dlaczego mężczyzna, zanim stanie się partnerem, ojcem czy liderem, musi najpierw stać się człowiekiem.
Debata o męskości od lat przypomina przeciąganie liny. Z jednej strony pojawiają się wezwania do powrotu „twardych facetów”, z drugiej – oczekiwanie, by mężczyzna wreszcie nauczył się mówić o emocjach. Robert Rutkowski proponuje zupełnie inną perspektywę. Nie szuka definicji w mediach społecznościowych ani w popkulturze. Szuka jej w relacjach.
Męskość nie rodzi się z siły
Jak sam podkreśla, męskość nie istnieje bez kobiecości, ponieważ dopiero spotkanie z drugim człowiekiem pozwala naprawdę zrozumieć siebie. W jego rozumieniu nie oznacza dominacji ani przewagi. Męskość jest odpowiedzialnością i opiekuńczością, gotowością do niesienia ciężaru za siebie i tych, których kochamy.
Rutkowski przyznaje również, że dojrzewanie mężczyzny przebiega inaczej niż dojrzewanie kobiety. Zauważa, że kobieta raczej od razu wie, czego chce, a mężczyzna musi to odkryć, często popełniając wiele błędów i płacąc za nie wysoką cenę.
Życie hedonisty kończy się tam
Rozmowa z Beatą Biały ma również bardzo osobisty wymiar. Rutkowski nie buduje wizerunku człowieka, który od zawsze wiedział, jak żyć. Wręcz przeciwnie – otwarcie mówi o własnych doświadczeniach.
Przyznaje, że „żyłem siłą rozpędu, życiem hedonisty i utracjusza, który wchodził w różne związki z kobietami i mężczyznami”, a droga do obecnego życia prowadziła przez chaos, błędne decyzje i bolesne konsekwencje.
Jednocześnie zaznacza, że już przed trzydziestką odkrył jedną z najważniejszych życiowych prawd – wiedział, czego nie chce. Paradoksalnie właśnie odrzucenie dawnych schematów stało się początkiem świadomego budowania własnego życia.
Rutkowski nie ukrywa również własnych słabości. „Nie jestem człowiekiem bez grzechu, mam dużo do przepracowania” – mówi, przypominając, że rozwój nie polega na osiągnięciu doskonałości, lecz na gotowości do ciągłego przyglądania się sobie.
Drugie życie zaczyna się przy krawędzi
Najmocniejsze fragmenty rozmowy dotyczą śmierci. Pedagog i psychoterapeuta opowiada o momencie, w którym człowiek nagle uświadamia sobie własną skończoność. Jak mówi, u niektórych mężczyzn pojawia się olśnienie, że mamy tylko dwa życia i pytanie, kiedy zaczyna się to drugie. Drugie zaczyna się wtedy, gdy uświadamiamy sobie, że mamy tylko jedno. Najczęściej dzieje się to dopiero wtedy, gdy zbliżamy się do krawędzi, gdzie jest ciemność i otchłań. W jego przypadku takim doświadczeniem była śmierć rodziców.
Dopiero po odejściu ojca i matki zrozumiał, jak złudne bywają słowa wypowiadane przez terapeutów czy bliskich. Wspomina, że wcześniej mówił pacjentom: „wiem, co czujesz”, choć dzisiaj wie, że bez własnego doświadczenia straty pozostaje to jedynie wyobrażeniem. Prawdziwa empatia nie rodzi się z wiedzy, lecz z przeżycia.
Historia jego rodziców również mogłaby stać się scenariuszem filmu. Kilkakrotnie się rozwodzili, wracali do siebie i ponownie zawierali małżeństwo, ostatni raz zaledwie kilka miesięcy przed śmiercią ojca. Po jego odejściu matka powiedziała zdanie, które zostało z nim na zawsze: „Pamiętaj, śmierć może dawać owoce.”
Dzisiaj właśnie przez ten pryzmat patrzy na czas. Powtarza, że wszystko możemy kupić poza czasem, a najmocniej uświadomiły mu to dwa wydarzenia – śmierć ojca i narodziny drugiego syna.
Dom zaczyna się od stołu
Rutkowski od lat pracuje z ludźmi przeżywającymi kryzysy. Jedno z pierwszych pytań, jakie zadaje swoim klientom, wielu osobom wydaje się zaskakujące.Thu, 02 Jul 2026 - 1h 03min - 391 - „Remont to jest krew, pot i łzy. Nie bez powodu wykończeniówka nazywa się tzw. wykończeniówką”. Jak urządzić dom, który naprawdę daje ukojenie? | Wszystkimi zmysłami
„Zaczynamy często od końca, bo nie kolory i design, a nasz komfort są najważniejsze” – mówi Monika Sobień-Górska w najnowszym odcinku podcastu „Wszystkimi zmysłami”. W rozmowie z Mają Ganszyniec, projektantką produktu oraz Malwiną Luto, dyrektorką kreatywną marki Porta, pada wiele odpowiedzi na pytanie, które zadaje sobie dziś coraz więcej osób: jak stworzyć wnętrze piękne, ale przede wszystkim wspierające codzienne życie? Sponsorem odcinka jest producent drzwi Porta.
Urządzanie mieszkania jeszcze nigdy nie było tak inspirujące i jednocześnie tak trudne. Media społecznościowe codziennie podsuwają nowe trendy, a zdjęcia perfekcyjnych wnętrz sprawiają, że łatwo zapomnieć, dla kogo właściwie projektujemy własny dom.
Dom powinien wyglądać jak... my
Zdaniem Mai Ganszyniec pierwszy krok powinien być zaskakująco prosty. Zanim zaczniemy wybierać kolory ścian, meble czy dodatki, warto odpowiedzieć sobie na pytanie: czego naprawdę potrzebujemy. Jak podkreśla projektantka, kluczowe jest określenie, czy bardziej zależy nam na estetyce, czy na komforcie i ergonomii codziennego życia.
Właśnie dlatego coraz większą rolę odgrywają projektanci wnętrz. Nie jako kreatorzy modnych przestrzeni, lecz przewodnicy pomagający odkryć własne potrzeby. Jak zauważa Malwina Luto, dobry projektant jest jednocześnie dobrym psychologiem – słucha, obserwuje i rozumie styl życia swoich klientów. Bez tej wiedzy nawet najpiękniejsze wnętrze może okazać się niewygodne.
Pięć zmysłów w służbie dobrego życia
Przestrzeń oddziałuje na nas nieustannie. Wpływa na nastrój, poziom stresu, koncentrację i jakość odpoczynku. Kolory, światło, faktury materiałów czy akustyka wnętrza działają na zmysły znacznie mocniej, niż zwykle przypuszczamy.
Nieprzypadkowo biel pozostaje najpopularniejszym wyborem Polaków. Jak zauważa Maja Ganszyniec, wielu osobom daje poczucie bezpieczeństwa, ponieważ pasuje niemal do wszystkiego i pozwala łatwo zmieniać charakter wnętrza dodatkami.
Wykończeniówka nie bez powodu ma taką nazwę
Każdy, kto choć raz remontował mieszkanie, wie, że teoria i praktyka często się rozmijają. Maja Ganszyniec nie idealizuje tego procesu. Jak przyznaje, „wykończeniówka” nie bez powodu kojarzy się z ogromnym wysiłkiem i emocjami. Krew, pot i łzy bywają nieodłączną częścią budowania wymarzonego domu.
Dlatego coraz większego znaczenia nabiera myślenie długoterminowe. Wybory podejmowane podczas remontu powinny uwzględniać nie tylko obecne potrzeby, ale również przyszłość. Dobrym przykładem są nowoczesne, wodoodporne ościeżnice, które znacznie lepiej znoszą codzienne użytkowanie i upływ czasu.
Podobną perspektywę prezentuje Malwina Luto. Jej zdaniem największym błędem jest oszczędzanie na elementach bazowych wnętrza.
Drzwi, które robią znacznie więcej
Jeszcze niedawno traktowaliśmy drzwi wyłącznie jako element techniczny. Dziś stają się integralną częścią aranżacji wnętrz i narzędziem poprawiającym jakość życia.
Jak podkreśla Malwina Luto, współczesne drzwi mogą pełnić wiele funkcji. W niewielkich mieszkaniach warto wykorzystać ich powierzchnię do zamontowania lustra, które optycznie powiększy przestrzeń. Coraz większą popularnością cieszą się także rozwiązania poprawiające akustykę.
Zmienił się bowiem sposób, w jaki korzystamy z mieszkań. Praca zdalna sprawiła, że dom stał się jednocześnie biurem, szkołą i miejscem odpoczynku.
Dom przyjazny zwierzętom
Dobre projektowanie zawsze uwzględnia codzienne rytuały mieszkańców. Również tych czworonożnych. Malwina Luto zwraca uwagę, że właściciele zwierząt coraz częściej wybierają trwalsze okleiny odporne na zadrapania. Pojawiają się także praktyczne rozwiązania, takie jak specjalne przejścia w drzwiach umożliwiające kotom czy psom samodzielne korzystanie z pomieszczeń.
Piękno pozostaje ważne. Komfort jednak sprawia, że do domu naprawdę chce się wracać.
Sponsorem odcinka jest producent drzwi Porta.
Fri, 03 Jul 2026 - 1h 02min - 390 - „Wmawia się nam: macie się pilnować, jesteście delikatne”. Czy bycie niegrzeczną jest formą buntu? | „Przerwa na kawę z Kasią Miller 6” odc. 5
„Niegrzeczni kochają wolność” – mówi Katarzyna Miller w najnowszym odcinku podcastu „Przerwa na kawę”. W rozmowie z Joanną Olekszyk psycholożka rozprawia się z jednym z najbardziej trwałych stereotypów dotyczących kobiet. Grzeczność, która miała być zaletą, często okazuje się narzędziem kontroli. Niegrzeczność natomiast bywa pierwszym krokiem do wolności, autentyczności i życia na własnych zasadach.
Grzeczne dziewczynki idą...
Od najmłodszych lat dziewczynki słyszą, że powinny być miłe, spokojne i rozsądne. Mają nie sprawiać kłopotów, nie wychylać się i nie zajmować zbyt dużo miejsca. W efekcie wiele kobiet dorasta z przekonaniem, że ich wartość zależy od tego, czy spełniają oczekiwania innych.
Joanna Olekszyk zwraca uwagę na paradoks, który wciąż funkcjonuje w społecznej świadomości: „Mówi się: chłopców trzeba pilnować, a dziewczynki muszą się pilnować”. Różnica wydaje się subtelna, ale niesie ze sobą ogromny ciężar. Chłopcom wybacza się więcej, dziewczynki od początku uczone są samokontroli.
Katarzyna Miller nie ma wątpliwości, że taki model wychowania pozostawia ślad na całe życie. Jak zauważa, kobietom przez lata powtarzano: „Nam się wmawia: macie się pilnować, jesteście delikatne. To wszystko bardzo krzywdzące”. Za pozorną troską często kryje się bowiem ograniczanie sprawczości i tłumienie naturalnej potrzeby wyrażania siebie.
Niegrzeczność jako akt odwagiW języku codziennym słowo „niegrzeczna” nadal brzmi jak zarzut. W rozmowie z Joanną Olekszyk Katarzyna Miller proponuje jednak zupełnie inne spojrzenie. Według niej niegrzeczność nie musi oznaczać braku kultury czy szacunku dla innych.
Psycholożka podkreśla, że „niegrzeczność to forma buntu. Niegrzeczność jest kolorowa”. Kryje się w niej energia zmiany, gotowość do przekraczania narzuconych granic i odwaga, by nie podporządkowywać się każdemu oczekiwaniu otoczenia.
Kolorowa niegrzeczność nie polega na ranieniu innych. Oznacza raczej zgodę na własne zdanie, własne potrzeby i własne wybory. Czasem przybiera postać odmowy. Innym razem jest decyzją o zmianie pracy, zakończeniu niesatysfakcjonującej relacji albo wyrażeniu opinii, która nie spodoba się wszystkim.
W takim ujęciu niegrzeczność staje się nie przeciwieństwem dobrego wychowania, lecz warunkiem dojrzałej wolności.
Kobiece ciało pod społeczną kontroląPresja dotycząca zachowania nie jest jedynym narzędziem dyscyplinowania kobiet. Równie silnie oceniany bywa wygląd. Joanna Olekszyk zauważa, że „kobiety się dyscyplinuje też naszym wyglądem, gdy jesteśmy niedbale ubrane albo nieumalowane”.
Codzienność wielu kobiet wciąż wypełniają niewypowiedziane oczekiwania. Trzeba wyglądać odpowiednio, zachowywać się odpowiednio i nieustannie zarządzać własnym wizerunkiem. Każde odstępstwo od normy może stać się pretekstem do oceny.
Dlatego tak wyzwalająco brzmi refleksja redaktorki naczelnej „Zwierciadła”, że „czasem czerwona szminka, a czasem blade oko i też jesteś sobą wtedy”. Autentyczność nie potrzebuje przecież jednego obowiązującego kostiumu. Kobiecość nie mieści się w sztywnych ramach, a prawo do decydowania o własnym wyglądzie jest częścią osobistej wolności.
Niegrzeczni kochają wolność
W rozmowie pojawia się jeszcze jedna ważna myśl. Katarzyna Miller mówi wprost: „Niegrzeczni kochają wolność”. W tym jednym zdaniu zawiera się filozofia życia, która zachęca do większej odwagi wobec własnych pragnień.
Wolność nie oznacza egoizmu ani ignorowania innych ludzi. Oznacza natomiast rezygnację z ciągłego dopasowywania się do cudzych oczekiwań. Wymaga zgody na to, że nie wszyscy będą zadowoleni z naszych decyzji.
W świecie pełnym poradników uczących, jak być idealną partnerką, matką, pracowniczką czy liderką, słowa Miller brzmią jak przypomnienie o czymś fundamentalnym: życie nie jest egzaminem z poprawności.
Dobrze wychowana i niegrzeczna
Najciekawsze pytanie tego odcinka nie dotyczy jednak buntu. „Czy można być niegrzeczną będąc dobrze wychowaną?” – pyta Katarzyna Miller.
Thu, 25 Jun 2026 - 43min - 389 - „Jeśli dziecko padło ofiarą hejtu, zbieramy dowody i od razu reagujemy”. Marta Majorczyk o tym, że przemoc w szkole zaczyna się od dokuczania | „Dylematy mamy i taty”, odc. 6
„Dzieci częściej dokuczają tym rówieśnikom, którzy mają predyspozycje do bycia ofiarą przemocy. Warto zwracać uwagę, jaką dziecko ma mowę ciała, żeby było pewne siebie i głośno mówiło, co czuje” - mówi pedagożka i doradczyni rodzinna, Marta Majorczyk w podcaście „Dylematy mamy i taty”, który prowadzi Alina Gutek, zastępczyni redaktorki naczelnej „Zwierciadła”. Rozmowa pokazuje, że szkolne trudności rzadko zaczynają się od słabszych ocen. Znacznie częściej pierwszym sygnałem alarmowym staje się zachowanie, emocje albo ciało dziecka. Sponsorem odcinka jest Boiron.
Rodzice często są przekonani, że jeśli dziecko nie narzeka, wszystko jest w porządku. Tymczasem ono bardzo długo próbuje radzić sobie same. Nie chce martwić dorosłych, boi się ich oceny albo zwyczajnie nie potrafi nazwać swoich emocji. Zamiast opowiedzieć o lęku czy samotności, zaczyna skarżyć się na ból brzucha, głowy, napięcie mięśni czy nawracające infekcje.
Przede wszystkim trening społeczny
Paradoks współczesnego rodzicielstwa polega na tym, że chcąc chronić dzieci przed stresem, często odbieramy im możliwość zdobywania doświadczeń.
Coraz lepiej widać to choćby w funkcjonowaniu dzienników elektronicznych. Rodzice wiedzą o szkolnych uwagach szybciej niż same dzieci zdążą wrócić do domu. Jak zauważa Alina Gutek, taki system nie sprzyja samodzielnemu rozwiązywaniu konfliktów.
Marta Majorczyk opisuje sytuacje, które dziś stają się codziennością. Dziecko dostaje uwagę, rodzic odczytuje ją jeszcze w pracy i natychmiast wysyła wiadomość. Uczeń łamie zakaz korzystania z telefonu podczas lekcji, żeby wszystko wyjaśnić. „Nie róbmy tak. Dajmy dziecku wyjaśnić sytuację, gdy wróci do domu i poznajmy jego punkt widzenia” – apeluje psycholożka.
Nieprzypadkowo dodaje również, że dziecko potrzebuje przede wszystkim treningu społecznego, a nie rodzica, który nieustannie interweniuje w jego imieniu.
Jak buduje się odporność psychiczna?
Rodzice często pytają, jak przygotować dziecko na hejt, wykluczenie czy przemoc rówieśniczą. Zdaniem Marty Majorczyk odporność psychiczna nie rodzi się podczas jednej poważnej rozmowy.
„Dzieci powinny od małego umieć komunikować się odważnie zarówno w stosunku do rówieśników, jak i dorosłych” – podkreśla ekspertka. Pewność siebie buduje się poprzez codzienne doświadczenia. Samodzielne zakupy, poproszenie o pomoc sprzedawcy czy zapłacenie przy kasie bywają znacznie cenniejszym treningiem odwagi, niż mogłoby się wydawać.
Psycholożka przypomina również, że przemoc bardzo często zaczyna się niewinnie. „Zaczyna się od dokuczania. Dzieci częściej dokuczają tym, które mają predyspozycje do bycia ofiarą przemocy” – mówi. Dlatego warto zwracać uwagę na mowę ciała dziecka, uczyć je głośnego komunikowania swoich granic oraz pomagać budować choć jedną bliską relację z rówieśnikiem, która daje poczucie bezpieczeństwa.
Gdy pojawia się hejtPrzemocy nie wolno bagatelizować ani liczyć na to, że problem sam minie. Marta Majorczyk podkreśla, że jeśli dziecko padło ofiarą hejtu, należy zbierać dowody i reagować natychmiast. Przepisy dotyczące ochrony małoletnich dają dziś konkretne narzędzia działania. Jednocześnie szkoła powinna zadbać nie tylko o osobę pokrzywdzoną, ale również o sprawcę, próbując przerwać mechanizm przemocy.
Najważniejszy wniosek z rozmowy pozostaje jednak prosty. Dziecko nie potrzebuje rodziców idealnych. Potrzebuje dorosłych, którzy potrafią słuchać, zauważają subtelne sygnały i nie uzależniają miłości od ocen w dzienniku. W świecie pełnym presji właśnie taka uważność okazuje się najlepszym wsparciem.
Sponsorem odcinka jest Boiron.
Wed, 24 Jun 2026 - 59min - 388 - „Nie mogę się do siebie dodzwonić". Gosia Ohme o problemach kobiet w tzw. drugim akcie życia | „Ukryte piękno”. odc. 27
„Nie mogę się do siebie dodzwonić” – to jeden z najczęstszych problemów kobiet na kręgach kobiecych: że ja już nie wiem, kim jestem, co czuję – mówi psycholożka Małgorzata Ohme w podcaście Ukryte piękno magazynu Zwierciadło. W rozmowie z Magdaleną Kuszewską opowiada o kobietach, które przez lata uczyły się spełniać oczekiwania innych, zapominając o własnych potrzebach. Dlaczego tak trudno uznać siebie za wystarczającą? Skąd bierze się lęk przed odrzuceniem? I dlaczego właśnie po czterdziestce wiele kobiet odzyskuje własny głos, także poprzez sposób ubierania się? Sponsorem odcinka jest marka bonprix, świętująca w tym roku swoje 40-lecie.
Polska kultura przez dekady nagradzała kobiety za rezygnowanie z siebie. Opieka nad innymi, poświęcenie i gotowość do ratowania wszystkich stały się niemal społecznym obowiązkiem.
Jak mówi Ohme, „jesteśmy naddające, poświęcające i ratujące. Tak nas społecznie i kulturowo, szczególnie w Polsce, wytresowano”. Jednocześnie słyszymy sprzeczne komunikaty: rozwijaj się, bądź niezależna, stawiaj granice, ale nie przesadzaj. Psycholożka trafnie podsumowuje ten paradoks słowami: „mamy szczególne męczeństwo i dajemy sprzeczny komunikat: bądź asertywna, ale nie za bardzo”.
Największy lęk nie dotyczy porażki
Zmiana nie jest trudna dlatego, że wymaga wysiłku. Znacznie trudniejsza okazuje się obawa przed reakcją otoczenia.
Zdaniem Małgorzaty Ohme „najsilniejszy lęk w nas, który nas powstrzymuje, to lęk przed porzuceniem”. Dlatego kobiety tak często rezygnują z marzeń, nowych pasji czy odważniejszych decyzji.
Psycholożka przywołuje historię swojej siostry, która po czterdziestce zaczęła tańczyć. Zamiast wsparcia spotkała się z odejściem wielu znajomych. Takie doświadczenia pokazują, że rozwój potrafi zachwiać dotychczasowym układem relacji.
Drugi akt życia zaczyna się po czterdziestce
Rozmowa nieprzypadkowo dotyka kobiet dojrzałych. Właśnie wtedy wiele z nich przestaje żyć wyłącznie według cudzych scenariuszy.Jak zauważa Małgorzata Ohme, „pierwszy akt: bycie dla innych, drugi akt: to bycie dla siebie”. Nie oznacza egoizmu, lecz odzyskiwanie kontaktu z własnymi potrzebami. Psycholożka dodaje, że „budowanie tożsamości to eksperymentowanie z różnymi tożsamościami. Pierwszy taki moment przypada na dojrzewanie, a potem po 40.”
Styl jako język, którym opowiadamy o sobie
Jednym z najbardziej zaskakujących wątków rozmowy okazuje się moda. Magdalena Kuszewska pyta, czy sposób ubierania może wspierać proces zmiany.
Odpowiedź psycholożki jest jednoznaczna. „Ma ogromne znaczenie. To, jak się ubieram, ma ogromne znaczenie dla tego, jak wyrażam siebie i kogo do siebie zapraszam.” Ubranie przestaje być wyłącznie estetyką. Staje się komunikatem wysyłanym zarówno światu, jak i samej sobie.
Nieprzypadkowo partnerem odcinka jest marka bonprix, która obchodzi w tym roku 40-lecie działalności. W czasach, gdy coraz więcej marek pokazuje kobiety w różnym wieku, z różnymi sylwetkami i historiami, moda coraz częściej przestaje być narzędziem oceniania, a zaczyna wspierać autentyczność.
Godność, emocje i uznanie siebie
W świecie pełnym porad dotyczących pewności siebie Małgorzata Ohme proponuje inne słowo – godność.Przypomina, że „godność pochodzi z duchowości i oznacza, że każdy przychodzi na świat jako wystarczający i kompletny”. Razem z nią otrzymujemy emocje, które pełnią funkcję strażników. Dlatego, jak podkreśla psycholożka, „smutek jest strażnikiem serca”, podobnie jak złość. Nie są przeszkodą, lecz sygnałem, że jakaś ważna potrzeba pozostaje niezauważona.
Finał rozmowy przynosi prostą, ale niezwykle poruszającą odpowiedź na pytanie Magdaleny Kuszewskiej o uznanie siebie. Małgorzata Ohme mówi: „Ja uznaję siebie, dodzwoniłam się do siebie.”
Być może właśnie o tym jest dojrzałość. Nie o perfekcji, nie o ciągłym poprawianiu siebie i nie o zdobywaniu kolejnych osiągnięć. Chodzi o moment, w którym kobieta zaczyna sprawdzać, czy naprawdę słyszy własny głos.
Sponsorem odcinka jest marka bonprix.
Tue, 23 Jun 2026 - 1h 06min - 387 - „Szef jak robi coś źle, to przeprasza. Korony nie traci”. Czemu Anna Rulkiewicz nie lubi niedzieli i jak ropoznaje, że menadżer jest liderem? | „Ukryte piękno”. odc. 27
„Większość spraw jest zdeterminowana przez nasze zachowanie. Trzeba być odważnym i realizować swoje marzenia” – mówi Anna Rulkiewicz, menedżerka z ponad 30-letnim doświadczeniem, autorka książka „Moc wartości. Przywództwo w świecie zmian” (Wydawnictwo Zwierciadło) i gościni podcastu „Ukryte piękno" prowadzonego przez Annę Augustyn-Protas. Rozmowa nie jest jednak kolejnym poradnikiem o sukcesie. Raczej próbą odpowiedzi na pytanie, czym dziś jest odpowiedzialne przywództwo, jak nie zgubić siebie w świecie nieustannych zmian i od czego zaczyna prawdziwy lider, gdy zaczyna pracować z ludźmi.
Anna Augustyn-Protas pyta swoją rozmówczynię, Annę Rulkiewicz, która jest prezeską Grupy Lux Med, wiceprezydentką Konfederacji Lewiatan, prezeską Związku Pracodawcy dla Zdrowia, członkinią Rady Uczelni SGH, czy rzeczywiście coraz mniej osób chce obejmować wysokie stanowiska i brać na siebie odpowiedzialność. W końcu sama Anna Rulkiewicz zauważa, że lider bierze na siebie również lęki innych.
Od „ja” do „my”
Najciekawsze w tej rozmowie okazuje się odczarowanie samego pojęcia lidera. Anna Rulkiewicz nie traktuje przywództwa jako nagrody za zawodowy sukces. Opowiada o nim jak o procesie dojrzewania.
Jak mówi, moment przełomowy następuje wtedy, gdy człowiek przestaje myśleć wyłącznie o własnej karierze, a zaczyna koncentrować się na zespole. Właśnie wtedy dokonuje się najważniejsza zmiana – przejście od „ja” do „zespołu”. Lider nie buduje swojej pozycji kosztem innych. Tworzy warunki, w których inni mogą rosnąć.
Bliskość i dystans również nie wykluczają się w tym modelu zarządzania. Dobry szef słucha ludzi, zna ich potrzeby, pozostaje uważny na emocje, ale jednocześnie potrafi zrobić krok w tył. Dzięki temu daje przestrzeń do samodzielności i rozwoju, zamiast uzależniać współpracowników od własnych decyzji.
Siła przepraszania i odwaga słuchania
W kulturze organizacyjnej przez lata przeprosiny uchodziły za oznakę słabości. Anna Rulkiewicz przekonuje, że jest dokładnie odwrotnie.
Podczas rozmowy bez wahania przyznaje, że szef powinien przepraszać, jeśli popełni błąd. Nie odbiera sobie w ten sposób autorytetu. Wręcz przeciwnie – zyskuje go, pokazując, że odpowiedzialność dotyczy również lidera.
Podobnie traktuje informację zwrotną. Raz w miesiącu organizuje spotkania z pracownikami i zadaje jedno, pozornie proste pytanie: „Powiedz mi coś, czego nie wiem”. Zachęca zespół do szczerego feedbacku, ponieważ – jak podkreśla – bez otwartości organizacja nie będzie się rozwijać. Informacja zwrotna nie jest dla niej zagrożeniem, ale darem, który pozwala dostrzec własne ograniczenia i stale się uczyć.
Takie podejście trudno oddzielić od jeszcze jednej wartości, do której wielokrotnie wraca w rozmowie – autentyczności. Według Anny Rulkiewicz autentyczność i spójność są nierozłączne. Człowiek, który mówi jedno, a robi drugie, wcześniej czy później traci wiarygodność.
Nieprzypadkowo rozmówczyni Anny Augustyn-Protas podkreśla także znaczenie samotności. Umiejętność bycia samą ze sobą traktuje jako jeden z warunków wewnętrznego spokoju. Potrafi odpoczywać bez poczucia winy, a chwile spędzone w ciszy nie są dla niej nudą, lecz sposobem na odzyskanie równowagi.
Jednym z ważnych tematów podcastu jest również książka „Moc wartości. Przywództwo w świecie zmian”, wydana przez Wydawnictwo Zwierciadło. Anna Rulkiewicz nie przedstawia jej jako kolejnego biznesowego poradnika pełnego gotowych recept. Jak sama mówi, powstała z potrzeby oddania innym tego, co sama otrzymała od mentorów, współpracowników i życiowych doświadczeń.
W książce znalazły się nie tylko refleksje dotyczące przywództwa, ale również praktyczne ćwiczenia pomagające lepiej poznać siebie. Anna Augustyn-Protas zwraca uwagę choćby na zadanie polegające na wypisaniu własnych wartości – proste, a jednocześnie uruchamiające głęboką refleksję nad tym, czy rzeczywiście żyjemy zgodnie z tym, co deklarujemy.
Publikacja pokazuje, że skuteczne zarządzanie zaczyna się od zarządzania sobą.
Mon, 22 Jun 2026 - 53min - 386 - „Kobiety dojrzałe są pewne siebie, dlatego przyciągają młodszych mężczyzn”. Aleksandra Kurzak o hormonach po 40-tce i miłości „po przejściach” | „Ukryte piękno”. odc. 26
„Po czterdziestce mamy wewnętrzne światło, bo odpuszczamy” – mówi Aleksandra Kurzak w rozmowie z Beatą Biały w podcaście „Ukryte piękno”. Jedna z najwybitniejszych śpiewaczek operowych świata opowiada o cenie sukcesu, kobiecej sile, macierzyństwie, które nie przyszło od razu z serca, oraz o tym, dlaczego w świecie opery wciąż kobietom jest trudniej niż mężczyznom.
Kariera Aleksandry Kurzak mogłaby stać się gotowym scenariuszem filmu o spełnionych marzeniach. Szybko zdobyła wszystko, o czym młoda śpiewaczka operowa może marzyć.– Przed trzydziestką zaliczyłam tzw. operową koronę (Teatro alla Scala w Mediolanie, Wiener Staatsoper w Wiedniu, Royal Opera House w Londynie i Metropolitan Opera w Nowym Jorku - od red.) – mówi.
Wbrew stereotypom wielka scena nie napompowała jednak ego artystki. Zapytana przez Beatę Biały o wpływ sceny na człowieka odpowiada bez wahania: – Mnie nauczyła pokory.
Temat tabu. Gdy hormony wpływają na głos
W rozmowie pojawia się również temat, o którym rzadko mówi się publicznie, a jeszcze rzadziej w środowisku operowym.
– Perimenopauza rozwala nam świat totalnie, a w naszym zawodzie o tym się nie mówi, choć hormony bardzo wpływają na głos kobiety – podkreśla Kurzak. Wypowiedź artystki wybrzmiewa szczególnie mocno, ponieważ dotyka doświadczenia milionów kobiet. W czasach, gdy coraz częściej mówi się o zdrowiu psychicznym i dobrostanie, menopauza oraz perimenopauza nadal pozostają obszarami pełnymi przemilczeń.
Najpiękniejsze jesteśmy po czterdziestce
W kulturze obsesyjnie skupionej na młodości słowa Aleksandry Kurzak w podcaście „Ukryte piękno” brzmią jak manifest dojrzałości.
– Kobieta jest najpiękniejsza po czterdziestce - mówi. Dlaczego? – Mamy wewnętrzne światło. Odpuszczamy - mówi Ola i zauważa, że coraz częściej młodsi mężczyźni wybierają związki z dojrzałymi kobietami. Sama zapytała kiedyś młodszego kolegę, skąd bierze się to zjawisko. Odpowiedź była prosta: dojrzałe kobiety imponują pewnością siebie. Nie muszą już nikomu niczego udowadniać, podczas gdy młodsze często zmagają się jeszcze z kompleksami i niepewnością.
Temat tabu. Miłość po przejściach
Historia miłości Aleksandry Kurzak i jej męża mogłaby posłużyć za materiał na romantyczny film. – Kobieta po przejściach, mężczyzna z przeszłością – tak się spotkaliśmy – opowiada. Za nimi były rozwody, rozczarowania i nieudane relacje. Artystka otwarcie przyznaje, że zdarzyło jej się również być „tą drugą”. Najbardziej niezwykły pozostaje jednak fakt, że jej przyszły mąż oświadczył się po zaledwie dziesięciu dniach znajomości. Życie lubi pisać scenariusze, których nie przewidują nawet najbardziej doświadczeni reżyserzy.
Temat tabu. Macierzyństwo bez lukru
Jednym z najbardziej poruszających momentach rozmowy jest szczere wyznanie dotyczące macierzyństwa
– Nie miałam instynktu macierzyńskiego.
Decyzja o dziecku była początkowo racjonalna. Aleksandra, jedynaczka, nie chciała zostać sama w przyszłości. Dopiero później okazało się, jak bardzo zmieni jej życie.
– Z perspektywy czasu była to najlepsza decyzja mojego życia.
Narodziny dziecka nie przyniosły jednak natychmiastowej fali szczęścia.
– Miałam baby bluesa. Miłość przyszła później.
Takie słowa wciąż rzadko padają publicznie. Kurzak mówi o nich bez wstydu, przypominając, że hormony wpływają na emocje równie mocno jak na ciało.
– Rozumiem dziewczyny, które tak mają. Nie wstydźmy się tego.
Czytelników, którzy chcieliby poznać Aleksandrę Kurzak jeszcze bliżej, zainteresuje książka „Kobiece gadanie 2” autorstwa Beaty Biały. Znajduje się w niej również pogłębiona rozmowa z wybitną śpiewaczką operową – o sukcesie, dojrzałości, miłości, macierzyństwie i życiu poza sceną. Książka stanowi znakomite dopełnienie podcastu „Ukryte piękno”, pokazując bohaterki nie tylko przez pryzmat ich osiągnięć, ale przede wszystkim osobistych doświadczeń i wyborów.
Fri, 19 Jun 2026 - 57min - 385 - „Jak córka jest uległa, to zatrzymuje się w emocjonalnym rozwoju”. Na ile realizujemy swoje życie, a na ile rodziców? | „Przerwa na kawę z Kasią Miller o miłości” odc. 3
„Rodzice to nasza pierwsza najważniejsza miłość” – mówi Katarzyna Miller w podcaście „Przerwa na kawę o miłości”. W rozmowie z Joanną Olekszyk psychoterapeutka opowiada o relacjach, które kształtują nas na całe życie. O wdzięczności, buncie, rozczarowaniu i o tym, dlaczego prawdziwa bliskość z rodzicami często zaczyna się dopiero wtedy, gdy przestajemy ich idealizować. Sponsor odcinka jest marka Pandora.
Miłość, która dojrzewa razem z nami
Relacja z rodzicami nie jest zamkniętą historią. Zmienia się przez całe życie. W dzieciństwie potrzebujemy opieki, w okresie dorastania walczymy o niezależność, a później często próbujemy odnaleźć równowagę między bliskością a autonomią.
Dojrzała miłość do rodziców nie oznacza ślepego zachwytu ani wymazania wszystkich krzywd. Oznacza zgodę na prawdę. Na dostrzeżenie zarówno tego, co otrzymaliśmy, jak i tego, czego zabrakło.
Pierwsza miłość
Miłość romantyczna rozpala wyobraźnię, inspiruje literaturę, kino i piosenki. Znacznie rzadziej zastanawiamy się nad uczuciem, które pojawia się wcześniej i zostawia równie głęboki ślad. Relacja z rodzicami jest pierwszym doświadczeniem miłości, jakie poznajemy.
W najnowszym odcinku podcastu „Przerwa na kawę o miłości” Joanna Olekszyk, redaktorka naczelna „Zwierciadła”, rozmawia z Katarzyną Miller o tym, czy miłość do rodziców rzeczywiście przychodzi nam naturalnie i dlaczego tak wielu dorosłych ludzi przez lata próbuje uporządkować tę relację.
– „Rodzice to nasza pierwsza najważniejsza miłość” – przypomina psychoterapeutka. W tych kilku słowach kryje się odpowiedź na pytanie, dlaczego rodzinne więzi bywają tak silne, nawet jeśli towarzyszą im żal, gniew czy poczucie niespełnienia.
Dlaczego bunt wobec rodziców jest potrzebny?
W kulturze, która często wymaga od dzieci bezwarunkowego posłuszeństwa, bunt nadal bywa postrzegany jako coś niewłaściwego. Katarzyna Miller proponuje inne spojrzenie.
– „Trzeba trochę popyskować rodzicom” – mówi bez ogródek.
Szczególnie dotyczy to dziewczynek wychowywanych do nadmiernej grzeczności.
– „Mamusie chcą, żeby córka była uległa, a wtedy ona się zatrzymuje w emocjonalnym rozwoju” – zauważa psycholożka.
Jak zauważa Joanna Olekszyk, często od rodziców słyszymy, że „nie opłaca się być dobrym, szlachetnym, bo dostaje się po tyłku”.
Dzieci nie są święte. Rodzice też potrzebują zrozumienia
Przez ostatnie lata wiele mówiło się o błędach wychowawczych i traumach wyniesionych z domu. Psychoterapia pomogła nazwać wiele zranień, ale czasami wahadło wychyla się w drugą stronę.
– „Rozumiem bunt dzieci, ale zaczęłam rozumieć, jak rodzicom z tym jest. Dzieci potrafią dać do wiwatu. Rodzice głównie potrzebują usłyszeć: dziękuję” – przyznaje Katarzyna Miller.
Psychoterapeutka przypomina również, że dzieci z natury koncentrują się przede wszystkim na sobie.
– „Dzieci są piekielnie egocentryczne, co jest naturalne, bo są nastawione na swój rozwój” – wyjaśnia.
Dopiero dorosłość daje szansę spojrzenia na rodzinne historie z szerszej perspektywy. Pojawia się wtedy pytanie, które w rozmowie stawia Joanna Olekszyk: czy my w ogóle rozumiemy swoich rodziców?
– „Jeśli popracujemy nad przyjęciem siebie, to dużo łatwiej nam przyjąć rodziców takich, jakimi byli. Zaczynamy rozumieć, że tyle dali, co mieli” – mówi Miller.
W tym miejscu pojawia się również temat wdzięczności. Coraz częściej można usłyszeć zdanie: „Ja się nie prosiłam na ten świat”. Psychoterapeutka nie pozostawia wątpliwości:
– „Jesteśmy rodzicom winni wdzięczność za życie”.
Miłość wyrażana każdego dnia
Sponsorem odcinka jest marka Pandora, która od lat przypomina, że miłość ma wiele odcieni i nie ogranicza się wyłącznie do relacji romantycznych. Kampania BE LOVE zachęca do dostrzegania codziennych gestów troski, wdzięczności i bliskości – również tych kierowanych do rodziców. Czasem jedno szczere „dziękuję” znaczy więcej niż najbardziej wzniosłe deklaracje. A właśnie od takich małych gestów często zaczyna się dojrzalsza, bardziej świadoma miłość.
Sponsorem odcinka jest marka Pandora.
Fri, 19 Jun 2026 - 54min - 384 - „Lepiej nie wiedzieć”, „Jeszcze coś mi znajdą”. Joanna Chmura rozprawia się z lękami przed badaniami i profilaktyką | „Jak zdrowie”, odc. 17
„Na pewno zemdleję przy pobraniu” – takie myśli mamy w głowie częściej niż mogłoby się wydawać. Tymczasem wiedza o stanie zdrowia nie odbiera spokoju, lecz daje sprawczość. O lęku przed badaniami, unikaniu diagnozy i budowaniu zdrowotnych nawyków Anna Augustyn-Protas rozmawia w podcaście „Jak zdrowie” z psycholożką Joanną Chmurą. Sponsorem odcinka jest Diagnostyka.
Badania profilaktyczne należą do tych tematów, które większość z nas uważa za ważne. Problem zaczyna się wtedy, gdy trzeba przejść od deklaracji do działania. Kolejny miesiąc mija bez morfologii, kolejny rok bez kontroli znamion czy wizyty u specjalisty. Powodów zawsze znajdzie się wiele: brak czasu, nadmiar obowiązków, zmęczenie. Pod powierzchnią bardzo często kryje się jednak coś znacznie silniejszego – lęk.
Jak wynika z danych przywołanych w rozmowie, aż 60 proc. Polaków nie wykonuje regularnych badań profilaktycznych. Skąd bierze się ten paradoks? Dlaczego troszczymy się o samochód, przeglądy techniczne i aktualizacje telefonów, a własne zdrowie często odkładamy na później?
Lęk przed autorytetami
Lęk przed pobraniem krwi, niepokój związany z wizytą u lekarza czy odkładanie badań na bliżej nieokreślone „kiedyś” rzadko wynikają z lenistwa. Częściej są efektem doświadczeń, przekonań i wzorców, które nosimy od lat.
– „Jest wiele powodów. Po pierwsze, jesteśmy młodą demokracją i często nie mamy w rodzinach nawyku profilaktyki, a po drugie na pewno jest w nas lęk przed autorytetami, trudno nam zbudować partnerską relację z osobami w służbie zdrowia” – zauważa Joanna Chmura.
Przez dekady zdrowie było dla wielu osób tematem pojawiającym się dopiero wtedy, gdy organizm wysyłał wyraźny sygnał alarmowy. Profilaktyka nie stanowiła codziennego nawyku, lecz reakcję na problem. Nic dziwnego, że wielu z nas nadal traktuje wizytę w placówce medycznej jako coś nieprzyjemnego, a nie naturalny element dbania o siebie.
Psycholożka zwraca uwagę także na relacje z autorytetami. Wiele osób nadal obawia się zadawania pytań lekarzowi, proszenia o dodatkowe wyjaśnienia czy konsultowania diagnozy. Tymczasem partnerska relacja zwiększa poczucie bezpieczeństwa i ułatwia podejmowanie zdrowotnych decyzji.
„Lepiej nie wiedzieć” – największa iluzja współczesności
Każdy zna kogoś, kto od miesięcy odkłada badania. Kogoś, kto mówi: „Jeszcze coś mi znajdą”, „Na pewno wszystko jest dobrze” albo „Zrobię to po wakacjach”.
Mechanizm psychologiczny stojący za takim zachowaniem jest dobrze znany. Unikanie przynosi natychmiastową ulgę. Nie idziemy na badanie, więc przez chwilę nie musimy mierzyć się z niepewnością. Problem polega na tym, że rzeczywistość pozostaje taka sama, niezależnie od tego, czy chcemy ją zobaczyć.
Lęk przed diagnozą bywa również lękiem przed zmianą. Wynik może przecież oznaczać konieczność leczenia, zmiany stylu życia lub skonfrontowania się z własną kruchością. Człowiek woli więc trwać w stanie pozornego bezpieczeństwa.
Paradoks przybiera czasem jeszcze bardziej zaskakującą formę.
Jak zauważa Anna Augustyn-Protas, istnieje spora grupa osób, które wykonują badania, ale później nie odbierają wyników.
Liczy się człowiek
Ogromne znaczenie ma sposób, w jaki zostajemy przyjęci w placówce medycznej. Atmosfera, komunikacja i poczucie bezpieczeństwa wpływają na nasze doświadczenie bardziej, niż mogłoby się wydawać.
– „To niezwykle ważne, kogo w placówce medycznej mamy po drugiej stronie i kto nas przed podróż diagnostyczną przeprowadza” – podkreśla Joanna Chmura.
Empatia nie jest dodatkiem do medycyny. Dla wielu pacjentów stanowi warunek, by wrócić na kolejne badania.
– „Zawód medyczny jest podbny do nauczyciele – może tyle zdziałać dobrego w punktach styku” – mówi psycholożka.
Jedno spokojne wyjaśnienie procedury, kilka słów wsparcia czy cierpliwa odpowiedź na pytania mogą zmienić całe doświadczenie związane z diagnostyką.
Sponsorem odcinka jest Diagnostyka.
Thu, 18 Jun 2026 - 36min - 383 - Ewa Puszczyńska: „Nigdy nie jest za późno”. Producentka nominowanej do Złotej Palmy „Ojczyzny” o sztuce, intuicji i odwadze | „Kobiety rządzą”
„Nigdy nie jest za późno. Jak powiedziałam kiedyś ku oburzeniu mojego syna: przyszłam do filmu z ulicy” – mówi Ewa Puszczyńska, jedna z najbardziej cenionych producentek filmowych w Europie. W podcaście „Kobiety rządzą” Joanna Olekszyk, redaktorka naczelna „Zwierciadła”, rozmawia z laureatką Oscara o kulisach pracy przy najważniejszych filmach ostatnich lat, sile intuicji, sztuce współpracy i najnowszym obrazie Pawła Pawlikowskiego „Ojczyzna”, nominowanym do Złotej Palmy w Cannes.
Kiedy myślimy o filmie, zwykle widzimy reżysera, aktorów, operatora kamery. Znacznie rzadziej zastanawiamy się nad rolą producenta. Tymczasem bez niego wiele wielkich dzieł nigdy nie trafiłoby na ekran. Ewa Puszczyńska opisuje swoją pracę w sposób daleki od korporacyjnych definicji i biznesowego żargonu. – „Jestem akuszerką, która doprowadza projekt artystyczny do końca, po tym, jak wykiełkuje w artyście” – mówi.
„Ojczyzna” – człowiek na tle wielkiej historii
Jednym z głównych tematów rozmowy jest najnowszy film Pawła Pawlikowskiego „Ojczyzna”, który został nominowany do Złotej Palmy podczas tegorocznego festiwalu w Cannes. Warto dodać, że rozmowa została nagrana jeszcze przed ogłoszeniem werdyktu jury.
Zdaniem Ewy Puszczyńskiej nowy obraz Pawlikowskiego można odczytywać jako domknięcie pewnej artystycznej opowieści.
– „Ojczyzna może być traktowana jako trylogia z „Idą” oraz „Zimną wojną” – zauważa producentka.
Film, który od 19 czerwca trafia do polskich kin, wymyka się prostym interpretacjom. Nie jest jedynie opowieścią historyczną ani klasycznym dramatem psychologicznym.
– „Ten film ma wiele warstw: mówi o potrzebie bliskości, o potrzebach intelektualnych. Ten film to człowiek, a w tle wielka historia i to, jak wpływa na losy wielu ludzi” – podkreśla. – „Jest kompaktowy i zawiera jednocześnie wiele znaczeń” – dodaje. Joanna Olekszyk zwraca uwagę na jeszcze jeden element: subtelne poczucie humoru obecne w historii.
Cannes nie definiuje wielkościFestiwale, nagrody i czerwone dywany budzą ogromne emocje. Producentka patrzy jednak na sukces z dystansem, którego nauczyły ją lata pracy z najwybitniejszymi twórcami współczesnego kina.
– „Film jest wybitny i nie będzie mniej wybitny, jeśli nie dostanie nagrody, ani bardziej wybitny, jeśli tę nagrodę dostanie” – podkreśla. Według producentki prawdziwa siła kina kryje się gdzie indziej. – „Ten film to wyjście naprzeciw jaskrawego, chaotycznego świata” – mówi.
Czerń i biel pełna kolorów
Twórczość Pawła Pawlikowskiego od lat zachwyca charakterystyczną estetyką. Czarno-białe kadry „Idy” czy „Zimnej wojny” stały się już częścią historii współczesnego kina.
Ewa Puszczyńska przekonuje jednak, że takie określenie jest pewnym uproszczeniem.
– „Czerń i biel to są bardzo piękne kolory i to nie jest tylko czerń i biel, a cała gama barw pomiędzy” – tłumaczy.
Dreszcze ważniejsze niż kalkulacjaJak rozpoznać, że właśnie powstaje film wyjątkowy?
Pytanie, które Joanna Olekszyk zadaje swojej rozmówczyni, wydaje się kluczowe dla każdego, kto marzy o pracy przy sztuce.
Odpowiedź okazuje się zaskakująco intuicyjna. – „Bardzo często czuję dreszcze na planie. Czasem myślę, że za często, że za mało w tym rozumu, a za bardzo jest to emocjonalne” – przyznaje producentka.
Nieprzypadkowo współpracowała z twórcami należącymi dziś do światowej czołówki.
– „Mam szczęście do wspaniałych twórców. Twórczość Jonathana Glazera znałam przed „Strefą interesów”, jeszcze z reklam, które kręcił. Z Sandrą Hüller trochę się przyjaźnimy – to wspaniały człowiek” – opowiada.
Oscar po sześćdziesiątceHistoria Ewy Puszczyńskiej jest również opowieścią o odwadze do zmiany życia. Produkcją filmową zajęła się po czterdziestce. Oscara zdobyła po sześćdziesiątce. W kulturze obsesyjnie skupionej na młodości brzmi to jak manifest. Nie trzeba wszystkiego osiągnąć przed trzydziestymi urodzinami. Nie istnieje jeden właściwy moment na rozpoczęcie nowego rozdziału. – „Nigdy nie jest za późno” – mówi producentka.
Tue, 16 Jun 2026 - 1h 00min - 382 - „Bonding nie jest od prostowania zębów, a raz zeszlifowany ząb nigdy nie odrośnie”. O ukrytych kosztach perfekcyjnego uśmiechu rozmawiamy ze stomatolożką Agnieszką Kulik | „Pod skórą”, odc. 1
Spektakularne metamorfozy uśmiechów, które obserwujemy u celebrytów i influencerów, napędzają modę na bonding, licówki i korony. To złota „trójca” zabiegów, o które coraz częściej proszą pacjenci gabinetów stomatologicznych – potwierdza to Agnieszki Kulik, ortodontka i stomatolożka specjalizująca się w stomatologii estetycznej. Ekspertka była gościnią pierwszego odcinka „Pod skórą” – nowego podcastu „Zwierciadła” prowadzonego przez Aleksandrę Urbaniak, w którym przyglądamy się najnowszym trendom beauty napędzanym przez internetowe algorytmy. Stomatolożka opowiedziała w nim, jakie pułapki i zagrożenia mogą kryć się pod (pozornie) perfekcyjnym uśmiechem.
Żyjemy w czasach „instant” – w każdej dziedzinie pragniemy szybkich rezultatów przy minimum wysiłku i maksymalnej oszczędności czasu. Dla śnieżnobiałego uśmiechu jak u celebryty z Instagrama jesteśmy w stanie powierzyć nasze zęby specjalistom o wątpliwej renomie i doświadczeniu, jedynie za obietnicę efektu, o którym marzymy. Ale droga na skróty często ma swoją cenę – przestrzega ortodontka i stomatolożka Agnieszka Kulik. W rozmowie z Aleksandrą Urbaniak, redaktorką serwisu Zwierciadlo.pl, ekspertka wyjaśniła, na czym polegają najmodniejsze zabiegi „upiększające” zęby oraz z jakim mogą wiązać się ryzykiem.
Bonding i korony nie są od prostowania zębów
Pierwsze miejsce w rankingu najpopularniejszych zabiegów stomatologii estetycznej bezapelacyjnie należy do bondingu.
– To jest bardzo mało inwazyjna metoda rekonstrukcji estetycznej zębów – tłumaczy Agnieszka Kulik. – Wprowadzenie takiej odbudowy daje pacjentowi super funkcję i idealną estetykę, czyli te proporcje zębów są piękne, te zęby wyglądają bardzo ładnie.
Stomatolożka przyznaje jednak, że popularny zabieg jest często wykorzystywany do kamuflowania defektów i wad, które wymagają zupełnie innego podejścia.
– Nie jest to metoda do tego, aby zęby rozjaśniać – przyznaje ekspertka. I dodaje, że aby zmienić kolor zębów za pomocą bondingu, trzeba nałożyć na niego naprawdę grubą warstwę kompozytu, co daje sztuczny, przerysowany efekt. Właśnie taki możemy obserwować u niektórych celebrytów.
Zarówno bonding, jak i korony, często są też wykorzystywane do korekcji krzywego ustawienia zębów. To kolejna droga na skróty, która po krótkim czasie może się zemścić.
– Czasem pacjenci nie do końca mają świadomość, z czym wiąże się taka droga instant, czyli zamiast leczenia ortodontycznego spiłowanie swoich zębów i wykonanie na nich koron – mówi specjalistka. – Należy pamiętać o tym, że ząb, który jest już zeszlifowany, on nigdy nie odrośnie. Że biomechanicznie, jeśli ten ząb będzie obciążany nie w tym miejscu, w którym musi być, bo on był krzywy, ale ustawiamy go maskując tę wadę koroną, to to nie jest najlepsze rozwiązanie. Ono będzie szybkim rozwiązaniem, ale pacjenci borykają się później z niesamowitymi problemami – ostrzega Agnieszka Kulik.
„Tureckie zęby” opłacają się tylko w teorii
Kolejnym popularnym zjawiskiem, które ma swoje ciemne strony, są wyjazdy do Turcji w celu całkowitej modyfikacji swojego uzębienia. Na ten krok często decydują się osoby chcące zaoszczędzić na usługach dentystycznych. Nasza ekspertka podkreśla, że choć nie warto demonizować poziomu stomatologii w Turcji, zanim wsiądziemy w samolot lepiej dokładnie ocenić możliwe ryzyka.
– Uważam, że zarówno w Polsce, jak i w Turcji mamy wspaniałych specjalistów, ale tak samo są też tacy, którzy nie szkolą się, bo ich wiedza zatrzymała się w miejscu. Nie chcą się rozwijać, nie chcą iść z trendem stomatologii cyfrowej. Ich prace były OK ileś lat temu, teraz już niekoniecznie – mówi Agnieszka Kulik.
Przesłuchaj cały pilotażowy odcinek podcastu „Pod skórą”, aby dowiedzieć się m.in. czym się kierować przy wyborze odpowiedniego stomatologa oraz w jakich przypadkach stosuje się bonding, a w jakich licówki i korony – i czym te zabiegi się różnią.
Podcast „Pod skórą” analizuje viralowe trendy w urodzie i medycynie estetycznej napędzane przez internetowe algorytmy.
Mon, 15 Jun 2026 - 35min - 381 - „Otyłość to choroba przewlekła, która ma tendencje do nawrotów”. Czy leki GLP-1 są drogą na skróty i mogą odbierać przyjemność życiową? | „Jak zdrowie”, odc. 17
„Jeśli zrozumiemy, że otyłość jest chorobą, to stanie się jasne, że wymaga leczenia” – mówi lek. Anna Sankowska-Dobrowolska, internistka i obesitolożka, gościni podcastu „Jak zdrowie” magazynu Zwierciadło. W rozmowie z Anną Augustyn-Protas ekspertka tłumaczy, dlaczego wokół analogów GLP-1 narosło tak wiele mitów, skąd bierze się społeczna niechęć wobec farmakologicznego leczenia otyłości i dlaczego skuteczna terapia nie zaczyna się od recepty, lecz od zmiany sposobu myślenia o samej chorobie.
W gabinetach lekarskich coraz częściej mówi się jednak o konieczności odejścia od tego krzywdzącego schematu. Współczesna medycyna nie pozostawia wątpliwości: otyłość jest chorobą przewlekłą, złożoną i wieloczynnikową. Na jej rozwój wpływają nie tylko styl życia i dieta, ale także genetyka, hormony, psychika, środowisko społeczne oraz mechanizmy zachodzące w mózgu.
– WHO uznało otyłość za chorobę w 1997 roku – przypomina Anna Sankowska-Dobrowolska.
Mimo że od tej decyzji minęło niemal trzydzieści lat, społeczna świadomość nadal nie nadąża za wiedzą naukową. Konsekwencje bywają dotkliwe. Chorzy nie tylko zmagają się z problemami zdrowotnymi, ale często stają się również obiektem stereotypów i uprzedzeń.
– Osoby z otyłością są uważane za mniej mądre, za mniej ambitne, za bardziej leniwe także przez pracodawców – mówi ekspertka.
Podobne przekonania wpływają na relacje społeczne, sytuację zawodową i samoocenę pacjentów. Wielu z nich przez lata odkłada wizytę u specjalisty, ponieważ wstydzą się prosić o pomoc lub obawiają się kolejnej oceny.
Skąd tyle emocji wokół GLP-1?
Pojawienie się analogów GLP-1 zmieniło sposób myślenia o leczeniu otyłości. Leki, które początkowo wykorzystywano przede wszystkim w terapii cukrzycy, zaczęły przynosić bardzo dobre efekty także w redukcji masy ciała. Wraz z rosnącą popularnością pojawiły się jednak kontrowersje.
Media społecznościowe szybko zamieniły farmakoterapię w temat popkulturowy. Historie spektakularnych metamorfoz zaczęły funkcjonować obok sensacyjnych nagłówków i uproszczonych opinii. W efekcie wiele osób postrzega dziś analogi GLP-1 jako modny trend, a nie element leczenia konkretnej choroby.
Recepta nie zastąpi zmiany nawyków
Jednym z najczęściej powtarzanych mitów jest przekonanie, że analogi GLP-1 działają jak farmakologiczny wyłącznik głodu. Taki obraz jest wygodny dla mediów, ale ma niewiele wspólnego z rzeczywistością.
– Oczekiwanym działaniem tych leków nie jest jadłowstręt – zaznacza Anna Sankowska-Dobrowolska.
– To nie lek jest problemem, niedostosowywanie się do niego – zauważa prowadząca.
Ekspertka odpowiada krótko i bardzo konkretnie:
– Dokładnie, lek nie pójdzie za ciebie na siłownię ani nie zje za ciebie białka. Skuteczność terapii zależy więc od połączenia farmakologii z nowym stylem życia. Odpowiednia dieta, aktywność fizyczna, sen i regularność pozostają fundamentem zdrowienia. Leki pomagają stworzyć warunki do zmiany, ale nie zastępują samej zmiany.
Organizm szybko daje również sygnały, które zachowania mu służą.
– Te leki spowalniają pracę żołądka, stąd złe samopoczucie po jedzeniu ciężkostrawnym. I zmieniają się też po tych lekach kubki smakowe – wyjaśnia lekarka.
Wielu pacjentów opisuje, że ulubione wcześniej produkty przestają smakować tak samo jak dawniej. Część osób spontanicznie ogranicza tłuste potrawy, słodycze czy wysokoprzetworzoną żywność, ponieważ organizm zaczyna reagować na nie inaczej.
„Zmiana zaczyna się w głowie”
Tematy poruszane w podcaście rozwija również książka „Zmiana zaczyna się w głowie”, wydana przez Wydawnictwo Zwierciadło. Publikacja pokazuje, że trwała poprawa zdrowia nie zaczyna się od kolejnej restrykcyjnej diety ani od walki z własnym ciałem. Autorka przekonuje, że prawdziwa zmiana wymaga zrozumienia mechanizmów kierujących naszymi wyborami, emocjami i relacją z jedzeniem.
Fri, 12 Jun 2026 - 54min - 380 - „Nie ma we mnie zgody, żeby linczować całe rodziny”. Kuratorka rodzinna o tym, że tzw. dobre domy nie są wolne od problemów | „Dylematy mamy i taty”, odc. 5
„Młodzi ludzie często blokują swoje konta w mediach społecznościowych, żeby dorośli ich nie widzieli” – mówi pisarka Aleksandra Przytarska w podcaście „Dylematy mamy i taty”. W rozmowie z Aliną Gutek, zastępczynią redaktorki naczelnej magazynu „Zwierciadło”, autorka książki „Challenge” opowiada o internetowych wyzwaniach, rodzicielskich złudzeniach i świecie, w którym granica między zabawą a tragedią bywa niebezpiecznie cienka.
Przez lata żyliśmy w przekonaniu, że największe zagrożenia czyhają na dzieci poza domem. Dziś coraz częściej okazuje się, że mieszczą się one w smartfonie, który nastolatek trzyma w dłoni przez kilka godzin dziennie.
Aleksandra Przytarska nie pozostawia złudzeń. Jak podkreśla, wielu rodziców nadal wierzy, że dobra relacja z dzieckiem stanowi gwarancję bezpieczeństwa. Tymczasem rzeczywistość jest znacznie bardziej skomplikowana.
– Nie ma środowisk wolnych od problemów. Dwadzieścia lat temu, gdy zaczynałam pracę jako kurator rodziny, myślałam, że jeśli poświęca się dziecku czas, dba się o nie, to nie ma ryzyka, że zejdzie ono na złą drogę – mówi.
Świat ukryty przed dorosłymi
Media społecznościowe stworzyły przestrzeń, do której rodzice mają ograniczony dostęp. Nawet jeśli są przekonani, że wiedzą, co dzieje się w życiu ich dzieci.
– Młodzi ludzie często blokują swoje konta, żeby dorośli tego nie widzieli – zauważa Przytarska.
To właśnie dlatego tak aktualnie brzmi zdanie przywołane przez Alinę Gutek z kart powieści „Challenge”: „To przerażające, jak niewiele wiemy o naszych dzieciach”.
Internetowe wyzwania, które stają się osią fabuły książki, nie są jedynie literackim wymysłem. To zjawisko obecne w rzeczywistości nastolatków. Część z nich ma charakter niewinnej zabawy, inne mogą prowadzić do przemocy, upokorzenia czy nawet zagrożenia życia. Mechanizm jest jednak podobny – presja grupy, potrzeba akceptacji i chęć zdobycia uwagi.
Dlaczego młodzi przekraczają granice?
Zdaniem autorki problem nie dotyczy wyłącznie dzieci, to lustro, w którym odbija się całe społeczeństwo. - Pokazujemy młodzieży, że mogą być bezkarni – mówi.
Trudno nie zauważyć, że młodzi uczą się przede wszystkim przez obserwację. Jeśli w przestrzeni publicznej normą staje się agresja słowna, pogarda i brak odpowiedzialności za własne słowa, trudno oczekiwać, że kolejne pokolenie będzie zachowywało się inaczej.
Przytarska zwraca uwagę na jeszcze jeden niewygodny paradoks. – Jesteśmy hipokrytami. Wystarczy wejść na komentarze pod postami na temat znanych osób. Ile tam jest hejtu, jadu. Jaki my mamy mandat, żeby mówić dzieciom, że hejt jest zły?
Pytanie to wybrzmiewa szczególnie mocno w czasach, gdy wielu dorosłych z oburzeniem komentuje zachowania nastolatków, nie dostrzegając własnego udziału w tworzeniu kultury internetowej przemocy.
Rodzicielskie błędy, które wracają jak bumerang
Jakie są główne błędy rodzicielskie, które najbardziej się na nas mszczą? Odpowiedź Aleksandry Przytarskiej jest konkretna.
– Główny błąd to brak konsekwencji. Jeśli mówimy, że dziecko ma zakaz wychodzenia albo grania na konsoli, to nie zmieniajmy co chwilę zdania. W świecie, w którym rodzice często próbują być jednocześnie przyjaciółmi, mentorami i partnerami swoich dzieci, konsekwencja bywa postrzegana jako coś nieprzyjemnego. Tymczasem właśnie ona buduje poczucie bezpieczeństwa i przewidywalności.
„Challenge” – powieść o świecie, którego dorośli nie rozumieją
Książka „Challenge”, wydana przez Wydawnictwo Zwierciadło, to trzymająca w napięciu opowieść inspirowana zjawiskiem internetowych wyzwań, które w ostatnich latach stały się częścią codzienności nastolatków. Aleksandra Przytarska wykorzystuje konwencję powieści psychologicznej i społecznej, by pokazać mechanizmy rządzące grupą rówieśniczą, potrzebę akceptacji oraz konsekwencje pozornie niewinnych decyzji. To historia, która stawia ważne pytania o granice odpowiedzialności dorosłych i cenę, jaką płacą młodzi ludzie za chwilę popularności.
Fri, 12 Jun 2026 - 55min - 379 - „Porażki dużo mnie nauczyły”. Pia Skrzyszowska o presji, sile i przyjaźni ze sportową rywalką | „Kobiety rządzą”
„Wiem, że dobrze pobiegłam, jeśli nic nie pamiętam. Jeśli pamiętasz, masz jakąś myśl w trakcie, znaczy, że się rozproszyłeś” – mówi Pia Skrzyszowska w podcaście „Kobiety rządzą”, prowadzonym przez Joannę Olekszyk, redaktorkę naczelną „Zwierciadła”. To zdanie brzmi jak sportowa definicja pełnego zanurzenia, ale też jak opowieść o świecie, w którym nie ma miejsca na półśrodki. Sponsorem odcinka jest Orlen.
Pia Skrzyszowska należy dziś do grona najbardziej rozpoznawalnych polskich sportsmenek młodego pokolenia. Mistrzyni Europy, rekordzistka, jedna z tych zawodniczek, które biegną nie tylko po medale, ale też po własną definicję siły. W rozmowie z Joanną Olekszyk opowiada jednak nie tylko o sukcesach. Mówi o bólu, presji, relacjach, samotności sportu i o tym, jak wygląda codzienność kobiety, którą obserwują dziś tysiące młodych dziewczyn.
Sport wysokiego napięcia
Sport zawodowy często oglądamy jak widowisko. Liczą się sekundy, wyniki, miejsca na podium i zdjęcia z medalami. Tymczasem za tym obrazem stoi codzienność pełna rygoru, przeciążeń i psychicznej odporności, której nie widać na ekranie.
– „Wasze życie może się wydawać opresją” – zauważa w rozmowie Joanna Olekszyk.
I trudno nie odnieść wrażenia, że właśnie o tym jest ta rozmowa: o cenie, jaką płaci się za bycie najlepszą. Pia mówi szczerze o kontuzji, która zatrzymała ją w momencie największego rozpędu.
„W 2023 roku zerwałam mięsień dwugłowy, to był najgorszy moment mojej kariery, ale okazał się najlepszy, bo wiele mnie nauczył” – przyznaje.
W świecie sportu sukces często przedstawia się jako prostą drogę: talent, praca, zwycięstwo. Tymczasem największe kariery budują się zwykle na kryzysach. Skrzyszowska opowiada o nich bez patosu, ale też bez udawania, że porażka „motywuje” w instagramowy sposób. To raczej doświadczenie, które zmusza do przewartościowania wszystkiego: relacji z własnym ciałem, oczekiwań i wyobrażeń o sobie.
„Porażki dużo mnie nauczyły i dużo dały” – mówi. I właśnie dlatego ta rozmowa wykracza poza sport.
Przyjaźń i rywalizacja mogą istnieć jednocześnie?
W rozmowie pojawia się też temat relacji między zawodniczkami. Joanna Olekszyk pyta wprost: „Jak to jest mieć przyjaciółkę z rywalką w świecie sportu?”.
To pytanie odsłania jeden z najciekawszych paradoksów współczesnego sportu kobiet. Rywalizacja nie musi oznaczać wrogości, a sukces jednej zawodniczki nie odbiera miejsca drugiej. Coraz częściej sportowczynie mówią dziś o solidarności, wsparciu i budowaniu środowiska, które nie opiera się wyłącznie na nieustannej konkurencji.
Skrzyszowska pokazuje, że można jednocześnie walczyć o setne sekundy i pozostać blisko ludzi. Być skupioną na wyniku, ale nie tracić siebie.
Ojciec, trener i najważniejsza relacja
Jednym z najbardziej osobistych wątków podcastu jest relacja Pii z ojcem, który jest jednocześnie jej trenerem.
„Moi rodzice się rozstali, gdy byłam mała, więc fakt, że tata został moim trenerem, zbliżyło to nas do siebie” – opowiada.
To niezwykle ciekawy portret relacji budowanej nie tylko na rodzinnej więzi, ale też na wspólnym celu, codzienności treningów i wzajemnym zaufaniu. W sporcie wyczynowym granica między życiem prywatnym a zawodowym praktycznie nie istnieje. Być może właśnie dlatego ta relacja stała się dla niej jednym z najważniejszych punktów oparcia.
Jak wygląda sukces poza zdjęciem z medalem?
W świecie mediów społecznościowych sukces często pokazuje się jako nieustanną celebrację. Pia opowiada jednak o tym inaczej.
„Sukcesy celebruję, a o porażkach staram się szybko zapominać” – mówi.
To podejście pozbawione egzaltacji. Jest w nim dyscyplina, ale też pewna lekkość. Może właśnie dlatego Pia Skrzyszowska tak mocno rezonuje dziś z młodym pokoleniem kobiet: nie buduje wizerunku „idealnej mistrzyni”, tylko pokazuje, że siła może oznaczać również wątpliwości, kryzysy i konieczność ciągłego zaczynania od nowa.
Sponsorem odcinka jest Orlen.
Thu, 11 Jun 2026 - 56min - 378 - Czy nowy „Harry Potter” zniszczy magię dzieciństwa? „To może być wykalkulowana zagrywka” | „Czujemy to?” odc. 1
Czy świat Harry’ego Pottera naprawdę potrzebuje nowej ekranizacji? A może serial HBO Max jest tylko kolejnym dowodem na to, że współczesna popkultura coraz chętniej wraca do historii, które już dobrze znamy? W premierowym odcinku podcastu „Czujemy to?” Robert Choiński rozmawia z Anną Tobiasz, Edytą Zbąską i Martą Waszkiewicz o jednej z najbardziej wyczekiwanych i najbardziej kontrowersyjnych produkcji ostatnich lat. To rozmowa o nostalgii, która stała się paliwem współczesnej popkultury, o milenialsach niechętnie oddających swoje ukochane historie młodszym widzom, ale też o castingu, kontrowersjach wokół J.K. Rowling i pytaniu, czy da się jeszcze oddzielić dzieło od autora.
Harry Potter wraca. Tylko po co?
Pierwsze reakcje na zapowiedź serialu były skrajne. Ekscytacja mieszała się ze sceptycyzmem, a pytanie „po co?” wracało jak zaklęcie. Anna Tobiasz przyznaje, że jako wielka fanka książek początkowo poczuła ekscytację. Z czasem jednak zaczęła mieć coraz więcej wątpliwości. Edyta Zbąska od początku patrzyła na projekt sceptycznie, bo widziała w nim przede wszystkim próbę ponownego zarobienia na historii, która już raz stała się wielkim hitem. Marta Waszkiewicz przeszła odwrotną drogę. Najpierw była nieufna, ale po zobaczeniu pierwszych materiałów poczuła, że chce wrócić do tego świata.
Właśnie w tej różnicy reakcji dobrze widać, jak silnie Harry Potter wciąż działa na wyobraźnię. Dla jednych jest ukochaną opowieścią z dzieciństwa, której nie powinno się ruszać. Dla innych jest światem, do którego można wracać, jeśli nowa wersja pokaże coś więcej niż filmy. Serial daje taką obietnicę, ponieważ osiem odcinków na jedną książkę może pozwolić twórcom rozwinąć wątki, które w kinowych ekranizacjach zostały pominięte albo potraktowane zbyt skrótowo.
Nostalgia stała się paliwem popkulturyW naszym podcaście zastanawiamy się, dlaczego milenialsi i przedstawiciele młodszych pokoleń tak chętnie wracają do światów, które już znają. – Ludzie lubią to, co znają – zauważa Edyta Zbąska. Anna Tobiasz zauważa jednak, że nostalgia inaczej działa na dzieci, a inaczej na milenialsów. Dla dorosłych widzów Harry Potter jest częścią życia. Dla młodszych może dopiero stać się pierwszym wielkim popkulturowym doświadczeniem.
– Nowe pokolenie dostanie swoją wersję z dzieciakami, którzy są w ich wieku i będą mogli z nimi dorastać – mówi Robert Choiński. Dziennikarz Zwierciadlo.pl przypomina, jak wyjątkowe było dorastanie niemal równolegle z bohaterami książek i filmów. To doświadczenie może teraz stać się udziałem dzieci, które dopiero poznają Hogwart.
W tej nostalgii jest jednak także lęk. Nowa wersja ukochanej historii przypomina milenialsom, że ich własny kanon przestaje być jedynym obowiązującym punktem odniesienia.
Casting wywołał największe emocje
Najcieplej przyjęto obsadę młodych aktorów, którzy zagrają Harry’ego, Rona i Hermionę. Doceniamy, że są to nowe twarze i że dziecięcy bohaterowie wizualnie przywołują skojarzenia z pierwowzorem. Najwięcej kontrowersji wywołał jednak wybór Paapy Essiedu do roli Severusa Snape’a. Anna Tobiasz zwraca uwagę, że w tym przypadku rozbieżność między książkowym opisem postaci a wyglądem aktora jest bardzo duża. Jej zdaniem ta decyzja może zmienić sposób odczytania całej historii Snape’a, zwłaszcza jego szkolnego wykluczenia, relacji z Lily i konfliktu z Jamesem Potterem.
– To jest ruch marketingowy – mówi Marta Waszkiewicz, dodając, że najbardziej szkoda jej samego aktora, który już mierzy się z brutalnymi komentarzami w sieci.
J.K. Rowling pozostaje problemem dla fanów
Nie da się dziś rozmawiać o Harrym Potterze bez rozmowy o J.K. Rowling. Jej wypowiedzi i poglądy sprawiły, że wielu fanów ma dziś moralny dylemat. Zastanawiają się, czy wspierając nowe produkcje z tego świata, wspierają również autorkę. Robert Choiński przypomina, że obecność medialna Rowling w ostatnich latach coraz mocniej koncentruje się wokół kontrowersyjnych wypowiedzi dotyczących osób transpłciowych.
Tue, 02 Jun 2026 - 1h 03min - 377 - „To czy bracia i siostry się kochają, zależy od rodziców”. Co zrobić z tęsknotą za rodzeństwem, którego się nie miało? | „Przerwa na kawę z Kasią Miller 6” odc. 4
- Czasem rodzice chcą mieć władzę i kontrolę i na zasadzie „dziel i rządź" – mówi Kasia Miller w piątym odcinku podcastu „Przerwa na kawę z Kasią Miller”. W rozmowie z Joanną Olekszyk, redaktorką naczelną magazynu „Zwierciadło”, jedna z najbardziej cenionych polskich psycholożek przygląda się relacjom między braćmi i siostrami. To temat pozornie oczywisty, a jednocześnie pełen emocji, zazdrości, niespełnionych oczekiwań i tęsknot, które potrafią towarzyszyć nam przez całe życie.
Rodzeństwo to jedna z najbardziej skomplikowanych i najtrwalszych relacji, jakie tworzymy. Bywa źródłem siły, ale też bólu. Uczy negocjowania granic, współpracy, przebaczania i akceptacji różnic.
W najnowszym odcinku podcastu „Przerwa na kawę z Kasią Miller” rozmowa Joanny Olekszyk i znanej psycholożki pokazuje, że za każdą historią brata i siostry kryje się opowieść o rodzinie, potrzebie miłości i poszukiwaniu własnego miejsca. A także o tym, że nawet najbardziej skomplikowane relacje można zrozumieć lepiej, jeśli odważymy się przyjrzeć ich źródłom.
Rodzeństwo – pierwsza szkoła relacji
To właśnie w relacjach z rodzeństwem po raz pierwszy uczymy się bliskości, współpracy, dzielenia się uwagą rodziców, ale też rywalizacji. Wspólne dzieciństwo bywa fundamentem na całe życie, choć nie zawsze prowadzi do zażyłości. Niektórzy bracia i siostry pozostają dla siebie najbliższymi przyjaciółmi, inni przez lata nie potrafią znaleźć wspólnego języka.Kasia Miller zwraca uwagę, że jakość tych relacji rzadko jest dziełem przypadku. Ogromną rolę odgrywają rodzice i atmosfera, jaką tworzą w domu. – „To czy rodzeństwo się kocha, zależy od rodziców. Czasem rodzice chcą mieć władzę i kontrolę i na zasadzie »dziel i rządź«” – zauważa psycholożka.
Choć trudno w to uwierzyć, wielu rodziców nieświadomie wzmacnia konflikty między dziećmi. Wprowadzają konkurencję o uwagę, stawiają jedno dziecko przeciwko drugiemu albo faworyzują wybrane zachowania. W efekcie rodzeństwo zamiast być sojusznikami staje się rywalami.
„Najgorsze jest porównywanie"
W wielu rodzinach istnieje pokusa porównywania. Kto ma lepsze oceny, kto jest bardziej obowiązkowy, kto sprawia mniej problemów. Takie pozornie niewinne komunikaty mogą jednak pozostawić ślad na całe życie.
Kasia Miller nie ma wątpliwości:– „Najgorsze jest porównywanie dzieci, wszelki rodzaj porównań jest zabójczy.”
Porównania nie motywują. Przeciwnie – budują poczucie niesprawiedliwości, obniżają samoocenę i utrwalają role rodzinne, z których później trudno się uwolnić. Jedno dziecko zostaje „tym zdolnym”, drugie „tym problematycznym”, a jeszcze inne „tym niewidzialnym”.
Czy kolejność urodzenia naprawdę ma znaczenie?
Jednym z tematów poruszonych w rozmowie jest również wpływ kolejności narodzin na charakter i rodzinne role. Jak wygląda dynamika relacji między trójką rodzeństwa: najmłodszym, środkowym i najstarszym? Co się zmienia, gdy jedno z dzieci jest wybitnie uzdolnione albo chore? Pytanie prowadzi do refleksji nad tym, jak bardzo rodzinny system dostosowuje się do potrzeb poszczególnych dzieci. Gdy jedno z nich wymaga szczególnej uwagi – z powodu talentu, choroby czy trudności wychowawczych – pozostałe często muszą odnaleźć dla siebie nowe miejsce.
Tęsknota za rodzeństwem, którego nigdy nie było
Nie każdy dorastał z siostrą lub bratem. Nie każdy też miał takie rodzeństwo, o jakim marzył. To temat rzadko poruszany publicznie, a przecież wielu ludzi nosi w sobie poczucie straty związane z brakiem bliskiej relacji rodzinnej.
Co zrobić z tęsknotą za rodzeństwem, którego się nie miało albo miało, ale nie takie, jakie by się chciało mieć? Odpowiedź Kasi Miller jest prosta i jednocześnie pełna nadziei. – „Trzeba sobie znaleźć zastępstwa”.
Psycholożka przypomina, że bliskość nie jest zarezerwowana wyłącznie dla więzów krwi. Przyjaciele, kuzyni, osoby spotkane później w życiu mogą stać się rodziną z wyboru. Czasem to właśnie takie relacje dają wsparcie, którego zabrakło w domu rodzinnym.
Wed, 03 Jun 2026 - 56min - 376 - „Nie rządzi mną już głos, że jestem zerem”. Bartłomiej Kotschedoff o lęku przed bliskością i 10 latach terapii | „Mężczyzna jest człowiekiem”, odc. 16
„Gnojenie było immanentną częścią mojego dzieciństwa. 10 lat terapii longiem, a i tak jeszcze pracuję nad sobą” – mówi Bartłomiej Kotschedoff w podcaście Beaty Biały „Mężczyzna jest człowiekiem”. 10 lat terapii longiem, a i tak jeszcze pracuję nad sobą”. W tych kilku słowach kryje się doświadczenie coraz większej grupy mężczyzn, którzy próbują uwolnić się od wzorców wyniesionych z domu: nakazu bycia silnym za wszelką cenę, tłumienia emocji i przekonania, że z każdym problemem trzeba poradzić sobie samemu. Aktor opowiada o dzieciństwie naznaczonym surowością, o lęku przed bliskością, który przez lata sabotował jego relacje, oraz o terapii, dzięki której zaczął odzyskiwać kontakt ze sobą.
Niektóre zdania słyszane w dzieciństwie zostają z nami na zawsze. Wracają w ważnych momentach życia, wpływają na decyzje, relacje i sposób, w jaki patrzymy na samych siebie. Bartłomiej Kotschedoff dorastał w domu, w którym najważniejszymi wartościami były praca, wytrwałość i samodzielność. Kiedy wraca pamięcią do tamtych lat, nie mówi o beztrosce czy dziecięcej lekkości. Mówi o wysiłku.
„Walczyć, walczyć, walczyć”
Najbardziej zapamiętał rodziców pracujących ponad siły i przekonanie, że człowiek nie powinien liczyć na pomoc z zewnątrz. Jak wspomina, z dzieciństwa pozostał mu obraz ciężkiej pracy na wsi oraz przekaz, że „nikt ci nie da, sam musisz wszystko zrobić”. W tym jednym zdaniu zawiera się doświadczenie całego pokolenia wychowanego w przekonaniu, że proszenie o wsparcie jest oznaką słabości.
Towarzyszył temu jeszcze jeden komunikat, równie silny i równie wymagający. W domu słyszał, że trzeba „walczyć, walczyć, walczyć”, bo jeśli okaże się słabość, „to ci nikt ręki nie poda”. Dla chłopca taki przekaz staje się instrukcją obsługi świata. Problem zaczyna się wtedy, gdy okazuje się, że życie wymaga nie tylko siły, ale również wrażliwości.
„Od dziecka czułem się ofiarą”
Choć z zewnątrz wiele osób wydaje się świetnie funkcjonować, ich wewnętrzny świat bywa znacznie bardziej skomplikowany. Kotschedoff nie próbuje dziś łagodzić wspomnień ani opowiadać o przeszłości w sposób wygodny dla słuchacza. Przeciwnie. Mówi o niej z rozbrajającą szczerością.Przyznaje, że „gnojenie było immanentną częścią mojego dzieciństwa”. Nie używa wielkich słów ani psychologicznych definicji. Wystarcza jedno zdanie, by pokazać skalę doświadczeń, które zostawiają ślad na długie lata.
Ten ślad nie zawsze jest widoczny. Często przybiera formę przekonań o własnej niewystarczalności, chronicznego poczucia winy albo wewnętrznego krytyka, który nieustannie podważa własną wartość. Jak sam przyznaje: „Od dziecka czułem się ofiarą”. Zaraz potem dodaje jednak coś jeszcze ważniejszego: „Najgorsze są wewnętrzne blizny i one nie znikają”.
To właśnie te niewidoczne rany stają się często najtrudniejszym przeciwnikiem. Nie widać ich na zdjęciach, nie pokazują się podczas zawodowych sukcesów, ale potrafią wpływać na każdą sferę życia.
Gdy bliskość budzi lęk
Wychowanie do nieustannej walki ma swoją cenę. Czasem okazuje się nią niemożność zbudowania bliskiej relacji z drugim człowiekiem. Kotschedoff długo nie rozumiał, dlaczego mimo szczerych intencji tak trudno mu odnaleźć się w związkach.
Przełom przyszedł dopiero wtedy, gdy zakończyła się jego pierwsza poważna relacja. Dziś wspomina ten moment jako bolesne, ale niezwykle ważne doświadczenie. Mówi, że był w pierwszym długim związku, który ostatecznie się rozpadł, ponieważ sam „zupełnie się rozpadł” i nie wiedział już, kim jest.
„Mama była od bania się o mamę”
Jednym z najbardziej poruszających momentów rozmowy jest ten, w którym Beata Biały pyta aktora o rolę matki w jego życiu. Odpowiedź pada szybko, ale zostaje w pamięci na długo. „Mama była od bania się o mamę” – mówi Kotschedoff i dzieli się doświadczenie dziecka, które zbyt wcześnie przejął odpowiedzialność za emocje dorosłych. Zamiast czuć się bezpiecznie, uczył się troszczyć o innych. Zamiast otrzymywać wsparcie, same stają się wsparciem.
Mon, 01 Jun 2026 - 1h 37min - 375 - Świetliste chmury i przybysze z kosmosu. Marek Bimer i Natalia Bimer o wystawie „Oświecenie”, która przyciągnęła tłumy | „Szklane domy” odc. 1
Rodzinnie prowadzą Bimer Studio, ale każde z nich jest autonomicznym artystą. Marek, rzeźbiarz, grafik, wieloletni twórca branży reklamy i jego córka Natka multidyscyplynarną projektantką, kuratorka sztuki właśnie zorganizowali wystawę ponad stu prac na 1200 metrach kwadratowych starej hurtowni farmaceutyków przy ulicy Barskiej w Warszawie, którą można odwiedzać do 31 maja. W naszym nowym podcaście „Szklane domy” opowiadają Marcie Kowalskiej o przedsięwzięciu, w które wielu nie wierzyło i o tym, jakie emocje i wyzwania wiążą się z rodzinną działalnością artystyczną.
Po takiej skali wystawy można byłoby się spodziewać, że jest ekspozycją monograficzną, podsumowującą. A jednak „Oświecenie” wprowadza nas w mikrokosmosy, które nieustannie tworzą się wokół działań Bimer Studio. I choć bardzo popularne „Bimery”, szalenie modne lampy wpisujące się w ideę collectible design wprowadziły prace tego rodzinnego kolektywu do wielu domów, to źródło swojego światła mają w bezkompromisowej sztuce.
Między rzeźbą, grafiką a światem reklamy
Marek Bimer ma za sobą kilkadziesiąt lat nieustannych twórczych poszukiwań. Absolwent ASP, wychowany w pracowni po Alinie Szapocznikow i Romanie Cieślewiczu ma w swojej historii mit założycielski, ale meandrując między rzeźbą, grafiką a światem reklamy zawsze wybierał swoje ścieżki. Urodził się w 1962 roku w środowisku, gdzie sztuka nie była wyborem, ale warunkiem atmosferycznym. Matka rzeźbiarka, ojczym rzeźbiarz, historyczna pracownia jako dziecięce podwórko. To, co robi dziś, nie jest jednak typową kontynuacją. Można ją raczej nazwać opowieścią i twórczością w obrębie własnego języka.Skłębione chmury, dziwne kwiaty, grzyby i... obcy
Najwcześniejsze prace Bimera reprezentują przede wszystkim dziedziny grafiki i rzeźby - głównie w brązie, aluminium, stali, żywicy. Artysta parał się jednak także fotografią i któregoś dnia dostrzegł dzięki temu flarę światła padającą na jedną ze swoich form. Od tego momentu to właśnie światło stało się jedną z jego ulubionych „materii”. Najnowsze dzieła Bimera, określane jako rzeźby światła wykonywane są głównie z żywicy i włókna szklanego. Przywodzą na myśl ławice ryb, skłębione chmury, dziwne kwiaty, grzyby, czasem nawet obcych.Artysta sam o sobie mówi: „Jestem rzeźbiarzem. Obiekty świetlne są odnogą, którą zbudowałem, wychodząc z formy rzeźbiarskiej."
Miejsce wystawy - hurtownię przy Barskiej znalazła córka Bimera, Natka. Od lat, wraz z partnerem Kubą Różyckim i przyjaciółmi działają ramię w ramię z Markiem. Natalia sama jest wykształconą rodzinnie i akademicko artystką, absolwentką tej samej warszawskiej ASP, wieloletnią rysowniczką „Przekroju”. Spełnia się profesjonalnie jako niesamowicie wrażliwa i czuła na konteksty kuratorka i narratorka sztuki. To ona zobaczyła w urbexowej przestrzeni idealne miejsce dla wystawy „Oświecenie”. Jej tekst kuratorski buduje pomocne tło dla niesamowitych przestrzeni postindustrialnych wystawy „zaludnionych” przez obiekty Bimerów i duchy ich bliskich. A to że niektóre z tych obiektów są powielane i można mieć w domu, nie odbiera im magii. „Granica między sztuką a designem jest oczywista tylko dla tych, którzy boją się ją przekroczyć” - mówi Natka Bimer.
Dłuższej opowieści o Bimer Studio wysłuchacie w pierwszym odcinku naszego podcastu „Szklane domy”.
Fri, 29 May 2026 - 1h 12min - 374 - „Nie pozwalam już innym zarządzać swoją energią”. Kamilla Baar o najważniejszej podróży... wewnątrz siebie | „Ukryte piękno”. odc. 27
„Zawsze byłam ekscentryczna i miałam ekscentryczną rodzinę. W młodości zrozumiałam, dlaczego jestem wrażliwa na sztukę i nie jestem odporna na przemoc” – to zdanie Kamilli Baar mogłoby być początkiem nie tylko biografii, ale i mapy wewnętrznej, którą aktorka rysuje w rozmowie z Beatą Biały w podcaście „Ukryte piękno”. W świecie, który lubi szybkie narracje i jeszcze szybsze definicje, zapraszamy do opowieści o czymś odwrotnym: zwolnieniu, wsłuchaniu się i zgodzie na to, że najważniejsze rzeczy nie zawsze nadają się do „sprzedania”.
„Dlaczego nie sprzedajesz codzienności, jak niektórzy?” – pyta Beata Biały. Odpowiedź Kamili Baar jest krótka, niemal zawieszona w powietrzu: „niemówienie o czymś to jest magia”. W tym napięciu między tym, co wypowiedziane i tym, co pozostaje prywatne, rodzi się główny temat rozmowy: granice, energia i prawo do własnej ciszy.
Podróż, która dzieje się w środku
W centrum rozmowy powraca motyw wewnętrznej drogi – nie spektakularnej, ale konsekwentnej. „Najciekawszą podróż człowiek wykonuje wewnątrz siebie” – mówi aktorka, odwracając uwagę od zewnętrznych ról, które zwykle przypisuje jej świat.
Z tej perspektywy codzienność staje się materiałem do pracy nad sobą. „Spokój zaczyna się od samoobserwacji. Kiedy na koniec dnia zaczniesz się zastanawiać… kiedy byłaś smutna, kiedy się śmiałaś, zaczniesz robić swoją mapę” – wyjaśnia Baar. Ta „mapa” nie prowadzi do jednego celu. Jest raczej praktyką uważności, która pozwala rozpoznać, gdzie naprawdę jesteśmy, zanim zdecydujemy, dokąd zmierzamy.
Między światłem a cieniem
Jednym z najmocniejszych wątków rozmowy jest relacja z własnymi trudnymi doświadczeniami. Kamilla Baar nie buduje narracji wyłącznie afirmacyjnej – przeciwnie, pokazuje, że wewnętrzne piękno nie jest stanem danym raz na zawsze.
„Trudności życiowe i jak byłam traktowana przez ludzi przybliżyły mnie do jogi, a ona do wewnętrznego dobra i piękna. Teraz jestem po jasnej stronie i widzę, kiedy wciąga mnie ciemna strona” – mówi. W tej deklaracji nie ma łatwego triumfu. Jest raczej świadomość, że praca nad sobą to proces ciągłego wyboru.
Potrzeba, energia, decyzje
Rozmowa dotyka również bardzo praktycznego wymiaru życia wewnętrznego. „Wszystko w życiu bierze się z potrzeby. Nigdy nie mogę się odwrócić od moich potrzeb” – podkreśla aktorka, wskazując na moment, w którym zaczęła świadomie zarządzać własną energią.
To właśnie energia – jej ochrona i uważne kierowanie – staje się jednym z kluczowych pojęć odcinka. „Nie pozwalam już zarządzać swoją energią. Jak coś mi nie służy, to się po prostu wycofuję” – mówi bez wahania.
Gdy życie przestaje pasować
Jednym z najbardziej poruszających fragmentów rozmowy jest opowieść o momentach kryzysu. „Tak, nawet nie kilka razy, miałam wrażenie, że jestem w domu nie z moich cegieł i bliski jest mi ból istnienia” – przyznaje aktorka, nawiązując do doświadczenia egzystencjalnego niepokoju.
Jednocześnie podkreśla dystans do przeszłości: „Nie lubię do nich wracać, bo mam talent zapominania, nie rozpamiętuję w ogóle”. To nie wyparcie, lecz świadomy wybór nieprzedłużania cierpienia.
Rozmowę z Kamillą Baar można znaleźć też w drugim wydaniu książki „Kobiece gadanie 2”, która doskonale rezonuje z tematami, które wybrzmiewają w podcaście. To książka o kobietach, które nie boją się mówić własnym głosem – również wtedy, gdy jest on cichy, nieoczywisty i wymyka się współczesnej presji perfekcji. Bohaterki „Kobiecego gadania 2” opowiadają o emocjach, relacjach, duchowości i codziennych wyborach z podobną szczerością, z jaką Baar mówi o samoobserwacji, energii i potrzebie życia w zgodzie ze sobą. To publikacja, która nie daje gotowych recept, ale zachęca do najważniejszej podróży – tej prowadzącej do własnego wnętrza.
Thu, 28 May 2026 - 1h 01min - 373 - „Narcyz uwodzi przez słowa, nie przez czyny”. Jak być kochaną i kochać? | „Przerwa na kawę z Kasią Miller o miłości” odc. 3
„Dziewczyny bardziej marzą o miłości. I to o miłości totalnej, która zabierze cały ból” – mówi Katarzyna Miller w 3. odcinku podcastu „Przerwa na kawę z Kasią Miller”,a szczera, momentami brutalna analiza tego, dlaczego tak często mylimy miłość z głodem emocji, a bliskość z walką o uwagę.
W rozmowie z Joanna Olekszyk psycholożka rozbraja nasze wyobrażenia o relacjach: tłumaczy, dlaczego ciągnie nas do narcyzów, czemu spokojni partnerzy wydają się „nudni” i co zrobić, żeby przestać błagać świat o uczucie. To rozmowa o emocjonalnym chaosie współczesnych relacji, ale też o dojrzewaniu do miłości, która nie boli.
Miłość jako ratunek od cierpienia
W kulturze, która sprzedaje miłość jako lekarstwo na samotność, łatwo uwierzyć, że druga osoba ma nas „naprawić”. Katarzyna Miller zauważa, że szczególnie kobiety wychowywane są w przekonaniu, że prawdziwe uczucie powinno być totalne – intensywne, wszystko obejmujące, najlepiej takie, które natychmiast uleczy stare rany.
– „Dziewczyny bardziej marzą o miłości. I to o miłości totalnej, która zabierze cały ból” – mówi psycholożka.
To właśnie dlatego tak często ignorujemy sygnały ostrzegawcze. Chcemy wierzyć, że tym razem będzie inaczej. Że ktoś zobaczy nasze zranienia i zamiast je pogłębiać – ukoi. Problem w tym, że desperacja emocjonalna jest widoczna bardziej, niż nam się wydaje.
– „Niestety pokazujemy zbyt dużo na zewnątrz, co się w nas dzieje, nawet jak się kryjemy” – zauważa Miller.
I właśnie tę emocjonalną szczelinę bardzo szybko wyczuwają osoby manipulujące.
Narcyz uwodzi obietnicą
W podcastowej rozmowie mocno wybrzmiewa temat relacji z narcyzami. Nieprzypadkowo. Media społecznościowe, kultura autopromocji i emocjonalny głód stworzyły idealne warunki dla ludzi, którzy świetnie mówią o miłości, ale fatalnie ją praktykują.
– „Narcyz to jest łajdak” – mówi bez dyplomatycznych uników Katarzyna Miller.
I dodaje jedno z najcelniejszych zdań całej rozmowy: – „Narcyz uwodzi przez słowa, nie przez czyny”.
To zdanie trafia w sedno współczesnych relacji. Wielkie deklaracje, intensywność od pierwszego dnia, poczucie wyjątkowości – wszystko to może działać jak narkotyk. Szczególnie na osoby, które desperacko chcą poczuć się ważne i wybrane.
Joanna Olekszyk pyta więc wprost: dlaczego tak często próbujemy utrzymać relację z człowiekiem, który nas rani, a sabotujemy związki z „porządnymi chłopakami”?
To pytanie brzmi niewygodnie, ale właśnie dlatego wywołuje tak silny rezonans. Stabilność bywa mylona z nudą, a emocjonalny rollercoaster – z namiętnością. Jeśli ktoś dorastał w chaosie albo musiał walczyć o uwagę, spokojna relacja może wydawać się podejrzana. Za mało intensywna. Za mało dramatyczna, by uznać ją za „prawdziwą”.
Emocje nie są problemem
Emocje nie są problemem
Jednym z najmocniejszych fragmentów rozmowy jest ten o emocjach. Katarzyna Miller przekonuje, że nie należy ich tłumić ani hierarchizować.
– „Emocje są jak kamienie szlachetne” – mówi psycholożka.
Każda emocja niesie informację. Złość pokazuje przekroczone granice. Smutek pozwala przeżyć stratę. Lęk ostrzega. Problem zaczyna się wtedy, gdy człowiek zamyka się tylko w jednej emocji.
– „Jeśli używasz tylko smutku…” – zaczyna Miller, pokazując, że wiele osób wręcz przywiązuje się do własnego cierpienia, bo ono staje się częścią ich tożsamości.
W podobnym tonie mówi o empatii. Psycholożka rozróżnia dwa jej rodzaje: taki, w którym ktoś całkowicie utożsamia się z naszym cierpieniem, oraz dojrzalszy – oparty na obecności i zrozumieniu.
– „Są dwa rodzaje empatii, kiedy matka się utożsamia z cierpieniem córki i taka, kiedy mówimy komuś: rozumiem, przez co przechodzisz”.
Ta druga forma buduje relacje bez emocjonalnego pochłaniania drugiej osoby. Bez duszenia miłością.
Najbardziej przewrotna myśl całej rozmowy pojawia się wtedy, gdy Joanna Olekszyk mówi: – „Żeby być kochaną, warto sobie uświadomić, że nie musisz być kochaną”.
Katarzyna Miller zachęca więc, by inaczej spojrzeć na siebie i własne słabości.
Fri, 22 May 2026 - 56min - 371 - „Mam godziny, kiedy nie odbieram telefonu”. Jak Małgorzata Tomaszewska przestała być „dla innych”? | „Ukryte piękno”. odc. 26
„Po 9 miesiącach otarłam się o depresję, w tym myśleniu, że nie mam. Dbanie o siebie to jest rozwój. To nie może być tak, że jak zostajemy mamami, to przestajemy być kobietami i ludźmi” – mówi Małgorzata Tomaszewska w podcaście „Ukryte piękno” magazynu Zwierciadło. W rozmowie z Magdaleną Kuszewską prezenterka telewizyjna, a z wykształcenia psycholożka opowiada o macierzyństwie, presji kobiecej perfekcji i o tym, dlaczego współczesne kobiety próbują odzyskać czas, którego ich matki często nigdy nie dostały. Sponsorem odcinka podcastu jest FOREO, producent masek ledowych.
Pokolenie kobiet, które zawsze miały być „dla innych”
Przez dekady kobiecość była definiowana przez gotowość do poświęceń. Dobra matka, dobra żona, dobra córka – wszystkie te role miały jeden wspólny mianownik: własne potrzeby należało odłożyć na później. Najczęściej na zawsze.
W nowym odcinku podcastu „Ukryte piękno”, realizowanego przez magazyn Zwierciadło we współpracy z FOREO, Magdalena Kuszewska rozmawia z Małgorzatą Tomaszewską o tym, jak zmieniło się podejście kobiet do odpoczynku, pielęgnacji i dbania o siebie. I dlaczego dla wielu z nich chwila ciszy nadal wywołuje poczucie winy.
Punktem wyjścia do rozmowy jest pozornie proste pytanie: czy współczesne kobiety naprawdę mają dziś więcej czasu dla siebie niż ich matki i babki? A może jedynie nauczyły się lepiej organizować przeciążenie?
Tomaszewska zauważa, że kobiety funkcjonują dziś w świecie nieustannego multitaskingu. Łączą role zawodowe, rodzinne, emocjonalne i opiekuńcze, próbując jednocześnie nie zgubić samych siebie.
– „Kobiety dziś robią absolutnie wszystko. Otarłam się o to przy pierwszym dziecku” – przyznaje szczerze.
To doświadczenie zna dziś wiele kobiet. Macierzyństwo miało być spełnieniem, a staje się kolejnym obszarem presji. Presji, by być cierpliwą, atrakcyjną, produktywną i wdzięczną jednocześnie.
„Najpierw inni, potem ja”
Jednym z najmocniejszych wątków rozmowy jest temat przekonań wynoszonych z domu. Nie tylko tych dotyczących sukcesu czy relacji, ale również własnego ciała i prawa do stawiania granic.
Małgorzata Tomaszewska zwraca uwagę, że wiele kobiet od dzieciństwa uczono podporządkowywania się innym.
– „Nas nauczono, wszyscy są ważniejsi. Na imprezie rodzinnej słyszą dzieci: pocałuj ciocię, wujka, chociaż wcale nie mam na to ochoty. To czego ich uczymy? Że potem całe życie się dostosowujemy do innych” – mówi.
To właśnie w takich drobnych komunikatach buduje się późniejsze przekonanie, że własny komfort jest mniej ważny niż oczekiwania otoczenia. Że trzeba być miłą, dyspozycyjną i dostępną. Nawet kosztem siebie.
Psycholożki od lat podkreślają, że kobiety znacznie częściej niż mężczyźni odczuwają poczucie winy związane z odpoczynkiem. Nie bez powodu ponad połowa Polaków – jak zauważa Magdalena Kuszewska – nie wyobraża sobie siedzenia w ciszy i bezczynności. Produktywność stała się dziś społecznym obowiązkiem.Ciało między troską a presją perfekcji
W rozmowie pojawia się także temat współczesnej kultury ciała. Z jednej strony coraz więcej mówi się o samoakceptacji, body positivity i zdrowiu psychicznym. Z drugiej – media społecznościowe wciąż produkują nowe kompleksy i wymagania.
– „Żyjemy w czasach kultu ciała. Ciało jest dla nas ważne, jest wizytówką, ale też odzwierciedleniem naszego zdrowia. Ale jest też źródłem cały czas kompleksów, bo niby jest body positive, a jeszcze długo, długo nie” – zauważa Tomaszewska.
To napięcie między autentyczną troską o siebie a presją nieustannego „ulepszania się” staje się dziś jednym z najważniejszych doświadczeń kobiet.
Właśnie dlatego coraz większą rolę odgrywają małe codzienne rytuały, które nie wymagają zatrzymywania życia. Technologie beauty, takie jak maski LED FOREO, wpisują się w tę zmianę: nie jako symbol luksusu, ale raczej próba odzyskania kilku minut tylko dla siebie. Bez wychodzenia z domu, bez konieczności „zasługiwania” na odpoczynek.
Sponsorem odcinka podcastu jest FOREO, producent masek ledowych.
Fri, 22 May 2026 - 1h 03min - 370 - „Ona chce usłyszeć, że on ją kocha, a on jej umył samochód”. Czy każdy ma dominujący język miłości?
„Ona chciała usłyszeć, że on ją kocha, a on jej umył samochód” – mówi psycholog Paweł Droździak w 5. odcinku podcastu „Porozmawiajmy o miłości z Pawłem Droździakiem”. I trudno o lepsze zdanie otwierające rozmowę o związkach w czasach emocjonalnego chaosu. Bo dziś coraz więcej par nie rozstaje się z braku uczucia. Rozstaje się dlatego, że miłość została nadana na niewłaściwej częstotliwości.
W najnowszym odcinku podcastu Zwierciadła dziennikarka Agnieszka Radomska rozmawia z Pawłem Droździakiem o językach miłości – koncepcji, która od lat elektryzuje terapeutów, influencerów relacyjnych i ludzi próbujących zrozumieć, dlaczego „tak bardzo się starali”, a jednak coś nie zadziałało. To rozmowa nie tylko o romantycznych gestach, ale też o tym, jak bardzo nasze potrzeby emocjonalne są zakorzenione w doświadczeniu, wychowaniu i osobistych skojarzeniach.
Kiedy „kocham” nie znaczy tego samego
Miłość rzadko jest uniwersalna. Dla jednej osoby czułość oznacza obecność, dla drugiej konkretne działania, dla trzeciej słowa. I właśnie tam rodzi się najwięcej nieporozumień.
W rozmowie Agnieszka Radomska przywołuje popularną teorię pięciu języków miłości Gary’ego Chapmana i pyta: „Czy manifestujemy miłość tak, jakbyśmy sami chcieli być kochani?” To pytanie trafia w samo sedno większości relacyjnych napięć.
Bo bardzo często kochamy intuicyjnie – czyli tak, jak sami chcielibyśmy otrzymywać uczucie. Jeśli potrzebujemy zapewnień, będziemy mówić „kocham”. Jeśli cenimy działania, naprawimy kran, odbierzemy dziecko z przedszkola albo – jak w historii przywołanej przez Droździaka – umyjemy partnerce samochód. Problem w tym, że druga strona może tego w ogóle nie odczytać jako miłości.
Psycholog zwraca uwagę, że czasem różnice wydają się wręcz nie do pogodzenia. „Jedni wolą konkrety, a inni operują na abstrakcjach. Może on jest dla mnie za tępy” – mówi przewrotnie, pokazując mechanizm, w którym partnerzy zaczynają przypisywać sobie złe intencje albo intelektualne braki, choć tak naprawdę rozminęli się jedynie w emocjonalnym kodzie.
Dotyk, kwiaty i emocjonalne miny
Najciekawsze w tej rozmowie jest jednak to, że języki miłości nie są niewinną listą romantycznych preferencji. Za każdym z nich stoi historia.„Dla jednego dotykanie to oznaka bliskości, a dla innego kojarzy się z roszczeniami” – zauważa Droździak. To zdanie wybrzmiewa szczególnie mocno w świecie, który z jednej strony obsesyjnie mówi o bliskości, a z drugiej coraz częściej doświadcza emocjonalnego przeciążenia.
To samo dzieje się z symbolami miłości. Kwiaty? Dla jednej osoby będą wzruszającym rytuałem, dla innej pustym gestem. „Jeden chce kwiaty jako fetysz miłości, a dla innego kwiaty są na Dzień Nauczyciela. Dla jednego fetysz, dla drugiego sygnał urazu. Mamy konflikt” – tłumaczy psycholog.
I właśnie dlatego współczesne związki coraz częściej przypominają negocjacje między dwoma osobnymi światami emocjonalnymi.
„Musi powiedzieć, że mnie kocha”
W kulturze, która promuje samowystarczalność i emocjonalny dystans, potrzeba słownego potwierdzenia uczucia bywa dziś traktowana podejrzliwie. A jednak dla wielu ludzi pozostaje absolutnie fundamentalna.
„Musi powiedzieć, że mnie kocha. Tymi słowami” – mówi Droździak o potrzebie, której nie da się zastąpić żadnym praktycznym działaniem ani romantycznym gestem.
To ważny moment tej rozmowy, bo pokazuje, że języki miłości nie są fanaberią. Są próbą dotarcia do poczucia bezpieczeństwa. Dla jednych bezpieczeństwem będzie dotyk, dla innych wspólny czas, dla jeszcze innych codzienna troska albo słowa, które porządkują emocjonalny świat.
Agnieszka Radomska celnie zauważa też, że relacje z czasem tworzą własny, intymny kod komunikacji. „W związku wyłania się ich własny język miłości i poczucie humoru” – mówi. To właśnie dlatego dwa związki nigdy nie wyglądają tak samo. Każda para buduje prywatny słownik znaczeń, gestów, aluzji i rytuałów, które z zewnątrz mogą wydawać się niezrozumiałe.
Fri, 22 May 2026 - 1h 03min - 368 - „Na paznokcie chodzimy co kilka dni, a raz w roku na cytologię, to nam się już nie chce”. Katarzyna Kucewicz o zdrowotnej prokrastynacji i „chwytaniu życia” | „Jak zdrowie”, odc. 16
„Badanie się to nie szukanie choroby, a chwytanie życia” – mówi psycholożka Katarzyna Kucewicz w podcaście „Jak zdrowie”, prowadzonym przez Anna Augustyn-Protas. I trafia w samo sedno współczesnego paradoksu. Nigdy wcześniej nie mieliśmy tak łatwego dostępu do wiedzy o profilaktyce, badań i ekspertów. A jednak tysiące osób wciąż odkładają cytologię, morfologię czy USG na „po świętach”, „po projekcie”, „jak będzie spokojniej”. Problem w tym, że spokojniej zwykle nie będzie. Sponsorem odcinka jest Diagnostyka.
Prokrastynacja zdrowotna. Choroba naszych czasów
O prokrastynacji mówi się najczęściej w kontekście pracy, maili i deadlinów. Ale istnieje też jej znacznie groźniejsza odmiana – prokrastynacja zdrowotna. To mechanizm odkładania badań, konsultacji lekarskich i troski o siebie mimo świadomości, że są ważne.
Dlaczego to robimy? Powodów jest wiele: lęk, przebodźcowanie, brak czasu, ale też kultura, w której produktywność stała się nową religią. Jak zauważa Katarzyna Kucewicz, „mantrą milenialsów i pokolenia Y jest etos pracy i poświęcania się”. Najpierw dowozimy projekty, opiekujemy się dziećmi, odpowiadamy na wiadomości, a dopiero później – jeśli zostanie nam siła – zajmujemy się sobą.
Tyle że organizm nie działa jak aplikacja, którą można zaktualizować później. „Ciało to nie maszyna, którą muszę zajechać, a mój domek ukochany” – mówi psycholożka, co wybrzmiewa szczególnie mocno w świecie, który nauczył nas traktować zmęczenie jak oznakę sukcesu.
„Nie chcę wiedzieć”. Lęk silniejszy niż rozsądek
Najbardziej zaskakujące jest to, że wiele osób świadomie unika badań nie dlatego, że nie wierzy w profilaktykę. Wręcz przeciwnie – boi się tego, co może usłyszeć.
„Pacjenci mówią: nie chcę wiedzieć, jeszcze się czegoś dowiem, a ja mam tyle rzeczy na głowie” – opowiada Katarzyna Kucewicz.
Psychologia zna ten mechanizm bardzo dobrze. Unikanie daje krótkotrwałą ulgę. Jeśli nie odbiorę wyników, nie będę musiał się martwić. Jeśli nie pójdę do lekarza, problem jakby nie istnieje. Tyle że ciało nie zawiesza swoich procesów tylko dlatego, że odwracamy wzrok.
W podcaście wraca też osobisty wątek ekspertki. „Historia mojej rodziny to jedna wielka onkohistoria. I ja widziałam, jak osoby mi bliskie odchodzą, bo bagatelizowały objawy” – przyznaje Kucewicz. To doświadczenie sprawia, że jeszcze mocniej podkreśla rolę regularnej profilaktyki i oswajania lęku przed diagnozą. Bo badania nie odbierają spokoju, często właśnie go przywracają.
Self-care, który kończy się na paznokciach
Współczesny wellness bywa powierzchowny. Kochamy rytuały beauty, śledzimy trendy suplementacyjne, inwestujemy w kosmetyki i zabiegi, ale kiedy przychodzi do podstawowej profilaktyki, entuzjazm nagle znika.
„Kobiety chodzą na paznokcie co kilka dni, a raz w roku na cytologię to nam się nie chce. Albo boimy się igieł, ale idziemy na powiększenie ust. Badania nas nie dopaminują” – zauważa psycholożka i jest to celna diagnoza. Profilaktyka nie daje natychmiastowej nagrody. Nie widać jej na Instagramie. Nie poprawia wyglądu w piętnaście minut. Jest inwestycją długoterminową – a współczesny mózg kocha szybkie gratyfikacje.
Dlatego coraz więcej ekspertów mówi dziś o redefinicji dbania o siebie. „Dbanie o siebie to nie jest tylko powierzchowne pudrowanie noska, czesanie włosów czy nakładanie makijażu” – podkreśla Kucewicz.
Prawdziwy self-care zaczyna się tam, gdzie kończy się estetyka, a zaczyna odpowiedzialność za własne zdrowie.
Mikronawyki zamiast wielkiej rewolucji
Największy błąd? Myślenie, że trzeba zmienić wszystko naraz. Zapisać się do pięciu specjalistów, zrobić komplet badań, wdrożyć dietę i jeszcze zacząć medytować.
Psycholożka proponuje coś znacznie bardziej realistycznego: strategię mikronawyków.
Sponsorem odcinka jest Diagnostyka.
Thu, 21 May 2026 - 55min - 367 - „Nie mam grubej skóry, to jest mój problem”. Jolanta Kwaśniewska o byciu chuliganką, która kocha Bruno Marsa i cieszy się drobiazgów | „Kobiety rządzą”, odc. 5
„Więcej pary w koła, a mniej w gwizdek” – mówi Jolanta Kwaśniewska i trudno o lepsze zdanie otwierające rozmowę o kobiecej sile, klasie i sprawczości. W podcaście „Kobiety rządzą” Joanna Olekszyk, redaktorka naczelna Zwierciadła, spotyka się z kobietą, która przez lata była dla Polek symbolem nowoczesnej Pierwszej Damy, ale także kimś znacznie więcej: społeczniczką, liderką, kobietą czynu. To rozmowa o charakterze, który buduje się od dzieciństwa, o ciekawości świata, odporności psychicznej, zdrowym starzeniu się i o tym, dlaczego zazdrość odbiera energię do życia.
Wizerunek Jolanty Kwaśniewskiej przez lata obrósł elegancją, dyplomacją i perfekcyjnym wyczuciem sytuacji. Tymczasem ona sama z rozbrajającą szczerością wraca do dzieciństwa i opowiada historię dziewczynki, która bardziej niż grzeczną panienkę przypominała herszta podwórka.
„Byłam i jestem chuliganką”
– „Byłam brzydkim dzieckiem, starsza siostra była „Niusia”, młodsza „Lala”, a ja „Jola”. Byłam chuliganem, kumplem synów sąsiadów. i prowodyrką, wchodziłam na drzewo, a żeby mieć prezent dla matek chodziliśmy na tzw. szaber po kwiatka” – wspomina.
To właśnie w tych obrazach kryje się klucz do późniejszej siły byłej Pierwszej Damy. Nie ma w niej pozy wypracowanej przez polityczne salony. Jest za to temperament, energia i niezgoda na bierność. Sama mówi wprost: – „Ja nie mam takiej sytuacji, że jak trzeba coś zrobić, to ja czekam aż ktoś coś zrobi”. Potrzeba działania przewija się przez całą rozmowę. Kwaśniewska nie ukrywa, że fascynują ją ludzie, którzy mają odwagę zmieniać rzeczywistość, zamiast jedynie ją komentować. – „Kocham sprawczość” – podkreśla. I właśnie dlatego jej publiczna działalność od lat wykracza daleko poza ceremonialną rolę byłej Pierwszej Damy.
Ciekawość świata jako sposób na życie
W rozmowie z Joanną Olekszyk wielokrotnie wraca temat rodzinnego domu. Jolanta Kwaśniewska mówi o ojcu z ogromną czułością, ale też podziwem. To po nim odziedziczyła życiowy głód i rodzaj optymizmu, który nie jest naiwny, tylko wypracowany doświadczeniem.
– „Mam geny mojego taty, który był głodny życia. Ciekawość ludzi i świata też mam po tacie” – mówi. Na dowód przytacza historię, która wyjaśnia więcej niż najbardziej psychologiczne analizy odporności psychicznej: – Optymizm mam po tacie, który przeszedł 14 operacji, w tym dwie na otwartym sercu i jedną kręgosłupa, i mówił: „jeszcze 13 operacyjka”.
To charakterystyczne dla Jolanty Kwaśniewskiej – nawet o trudnych rzeczach mówi bez patosu. Nie buduje pomników z własnych doświadczeń. Raczej pokazuje, że życie wymaga ruchu, elastyczności i poczucia humoru. Być może właśnie dlatego od lat pozostaje jedną z najbardziej lubianych postaci życia publicznego w Polsce. Nie dlatego, że jest idealna, ale dlatego, że wydaje się prawdziwa.
„Nieważne co, ale kto mówi”
W epoce krzyku, politycznego teatru i nieustannego oceniania nasza bohaterka zwraca uwagę na coś, co dziś wydaje się niemal staroświeckie: znaczenie autorytetu i wiarygodności.
– „Dla mnie nieważne co, ale kto mówi” – przyznaje. Wybrzmiewa to szczególnie mocno w czasach, gdy eksperckość miesza się z internetowym chaosem, a opinie często mają większą wartość niż doświadczenie. Kwaśniewska nie mówi tego z pozycji mentorki pouczającej innych. Raczej z perspektywy kobiety, która przez dekady obserwowała życie publiczne od środka i wie, jak łatwo stracić zaufanie ludzi.
Jednocześnie nie udaje osoby odpornej na wszystko. Wręcz przeciwnie. W jednym z najbardziej poruszających momentów rozmowy przyznaje: – „Nie mam grubej skóry, to jest mój problem. Jak ktoś komuś zrobi przykrość, to mnie to boli” i jest to ważne wyznanie w kulturze, która często utożsamia siłę z emocjonalnym pancerzem. Rozmówczyni pokazuje coś odwrotnego – można być skuteczną, wpływową i jednocześnie zachować wrażliwość.
Gościni opowiada o dbaniu o siebie bez obsesji i bez udawania, że czas nie istnieje. Ważne są codzienne wybory, energia, relacje i ciekawość świata.
Mon, 15 Jun 2026 - 1h 00min - 366 - „W stresie idziemy w agresję albo uległość”. Halina Piasecka o tym, jak niektórzy szefowie niszczą całe zespoły | „Ukryte piękno”. odc. 25
„Człowiek, który nie okazuje emocji, to nie jest dobry lider. Taki człowiek nie budzi zaufania, ludzie za nim nie pójdą” – mówi psycholożka Halina Piasecka w podcaście „Ukryte piękno”, prowadzonym przez Magdalenę Kuszewską. I właściwie już tym jednym zdaniem podważa mit, na którym przez dekady budowano kulturę pracy: że profesjonalizm oznacza chłód, dystans i emocjonalną kontrolę.
Jeszcze kilka lat temu w świecie pracy dominował prosty komunikat: emocje zostaw za drzwiami. Lider miał być odporny, zdecydowany, skuteczny. Najlepiej niewzruszony. Tymczasem rzeczywistość po pandemii, kryzysy psychiczne pracowników, wypalenie zawodowe i zmęczenie kulturą permanentnej produktywności sprawiły, że coraz więcej osób zaczęło zadawać sobie pytanie: ile kosztuje nas udawanie, że niczego nie czujemy?
Emocje wracają do biur
W rozmowie z Magdaleną Kuszewską Halina Piasecka, psycholożka i autorka książki Czuję, więc jestem, pokazuje, że emocje nie są przeszkodą w skutecznym działaniu. Są informacją. Kompasem. A czasem ostatnim sygnałem alarmowym, zanim organizm powie „dość”.To właśnie problemy ze snem – jak podkreśla ekspertka – są dziś najczęstszym powodem, z którym klienci trafiają do gabinetów psychologicznych. Bezsenność okazuje się często językiem niewyrażonych napięć, przeciążenia i emocji, które przez lata były spychane na margines. Bo ciało, wcześniej czy później, zaczyna mówić za nas.
Lider też człowiek
Najciekawszy moment podcastu pojawia się wtedy, gdy rozmowa schodzi na temat emocji w zarządzaniu. Co zrobić, gdy liderka płacze przy zespole? Czy szef może okazywać słabość? Czy autorytet nie pęka wtedy jak cienkie szkło?
Magdalena Kuszewska pyta wprost: co zrobić, jeśli liderka jest zbyt emocjonalna i zdarza jej się płakać przy zespole? Odpowiedź Haliny Piaseckiej daleka jest od korporacyjnych sloganów o „zarządzaniu emocjami”. Psycholożka nie namawia do tłumienia uczuć. Przeciwnie – przypomina, że emocjonalność sama w sobie nie jest problemem. Problemem bywa brak świadomości tego, co się z nami dzieje.
Bo – jak zauważa – „każdy z nas w sytuacji stresowej ma tendencję do pójścia w uległość albo w agresję”. I właśnie wtedy uruchamiają się zachowania, których później żałujemy. Piasecka przywołuje obrazowy przykład liderki, która pod wpływem napięcia „waliła w kafelki w łazience”. To nie anegdota o wybuchowym charakterze. To opowieść o przeciążeniu, które przez zbyt długi czas pozostawało niewidzialne.
W świecie pracy wciąż pokutuje przekonanie, że skuteczny lider powinien być nieomylny i odporny. Tymczasem ludzie – jak mówi psycholożka – „nie cenią liderów-robotów”. Cenią tych, przy których można czuć się bezpiecznie.
Emocje są zaraźliwe
Nie chodzi jednak wyłącznie o atmosferę. Psychologia od lat pokazuje, że emocje przenoszą się w grupach szybciej, niż nam się wydaje. Napięcie jednej osoby potrafi rozregulować cały zespół. Spokój – odwrotnie – może działać stabilizująco.
„Nasze emocje i zachowania są zaraźliwe” – przypomina Halina Piasecka. To zdanie brzmi dziś jak diagnoza współczesnego rynku pracy. Jeśli lider żyje w ciągłym napięciu, jego zespół zaczyna funkcjonować dokładnie tak samo. Jeśli komunikacja opiera się na presji, ludzie przestają myśleć kreatywnie i zaczynają działać wyłącznie reaktywnie.
Dlatego coraz większą wartością staje się umiejętność zadawania pytań zamiast wydawania poleceń. „Dobrze zarządza zespołem i relacją ten, który zadaje dobre pytania” – mówi psycholożka. To zupełnie inny model przywództwa niż ten, do którego przyzwyczaiły nas korporacyjne podręczniki z początku lat 2000.
Dlaczego słowo „ale” potrafi wszystko zepsuć
W podcaście pojawia się też pozornie drobny temat języka. Halina Piasecka zwraca uwagę na jedno słowo, które regularnie sabotuje relacje – zarówno prywatne, jak i zawodowe. Chodzi o „ale”.
To ono najczęściej unieważnia komplementy, osłabia wsparcie i zamienia rozmowę w ocenę. „Świetnie to zrobiłaś, ale…” – słyszymy. I nagle cała pozytywna część zdania przestaje mieć znaczenie.
Tue, 19 May 2026 - 47min - 365 - „Miłość do każdego dziecka jest inna”. Dlaczego niektóre matki są zazdrosne o córki i co robią nam mity o macierzyństwie? | „Przerwa na kawę z Kasią Miller o miłości” odc. 2
„Dzieci trzeba chcieć. Dzieci są egocentryczne” – mówi Katarzyna Miller w 2. odcinku podcastu „Przerwa na kawę z Kasią Miller o miłości”. I już po kilku minutach rozmowy wiadomo, że nie będzie to kolejna cukierkowa opowieść o macierzyństwie jako spełnieniu kobiecego losu. Joanna Olekszyk, redaktorka naczelna „Zwierciadła”, razem z psycholożką biorą pod lupę najbardziej utrwalone i okrutne mity dotyczące bycia matką. Sponsor partnerem odcinka jest marka Pandora.
Macierzyństwo wciąż bywa przedstawiane jak stan naturalnej łaski: kobieta rodzi dziecko, natychmiast zalewa ją fala miłości, intuicja działa bezbłędnie, a jej życie nabiera sensu.
Instynkt macierzyński? „Miłość nie zawsze spada z nieba”
Jednym z najmocniej zakorzenionych przekonań jest wiara w automatyczny instynkt macierzyński. Kobieta ma „wiedzieć”, „czuć”, „rozumieć”. Tymczasem Katarzyna Miller mówi wprost: „Dzieci trzeba chcieć. Dzieci są egocentryczne”.
To zdanie wybrzmiewa mocno właśnie dlatego, że odbiera macierzyństwu fałszywy romantyzm. Psycholożka przypomina, że dziecko nie pojawia się po to, by uleczyć dorosłych z samotności, nadać życiu sens albo skleić relację. Ono przede wszystkim potrzebuje uwagi, czasu i emocjonalnej obecności. A to oznacza ogromne obciążenie – również psychiczne.
W rozmowie pojawia się ważny wątek kobiecego wstydu. Bo co, jeśli miłość nie przychodzi od razu? Co, jeśli zamiast wzruszenia pojawia się lęk, zmęczenie albo poczucie utraty dawnego życia? Miller podkreśla, że takie emocje nie czynią nikogo złą matką. Czynią ją człowiekiem.
Matka wie najlepiej? Niekoniecznie
Przez dekady kobiety słyszały, że „matczyna intuicja” jest nieomylna. Tymczasem Miller przypomina, że wielu dorosłych do dziś nosi w sobie ślady dziecięcych rozczarowań i niespełnionych obietnic.
Psycholożka przywołuje osobiste wspomnienie: „Nie zapomnę, jak nie spałam całą noc, bo mama obiecała iść ze mną na grzyby”.
Z takich pozornie drobnych scen buduje się dziecięce poczucie bezpieczeństwa. Nie z perfekcyjnych metod wychowawczych ani modnych poradników. Dziecko nie potrzebuje matki idealnej. Potrzebuje przewidywalności, obecności i emocjonalnej prawdy.
Rozmowa pokazuje też, jak niebezpieczne bywa przekonanie, że rodzic „wie lepiej”, czego dziecko potrzebuje. Czasem pod hasłem troski ukrywa się kontrola. Czasem – własne lęki.
Czy matka kocha wszystkie dzieci tak samo?
To jeden z najbardziej tabuizowanych tematów. Bo kultura wymaga od matek miłości identycznej, równej, sprawiedliwej. Katarzyna Miller mówi jednak otwarcie: „Miłość macierzyńska jest inna do każdego dziecka”.
I właśnie ta szczerość sprawia, że podcast „Przerwa na kawę z Kasią Miller” działa mocniej niż kolejny poradnik o idealnym rodzicielstwie. Nie daje prostych recept. Nie moralizuje. Zamiast tego pozwala kobietom odetchnąć od presji perfekcji.
To rozmowa o macierzyństwie bez instagramowego filtra. O zmęczeniu, ambiwalencji, czułości i granicach. Ale też o tym, że dobra matka nie musi być święta. Wystarczy, że pozostanie prawdziwa.
Miłość ma więcej niż jedną twarz
Partnerem odcinka jest marka Pandora, która w kampanii BE LOVE przypomina o czymś, co wybrzmiewa również w rozmowie Joanny Olekszyk i Katarzyny Miller: że miłość nie zawsze wygląda tak, jak pokazują ją filmy czy media społecznościowe. Nie zawsze jest łatwa, spektakularna i bezwarunkowo piękna.
Czasem miłość oznacza stawianie granic. Czasem troskę o siebie. Czasem umiejętność powiedzenia: „nie jestem idealna”. I właśnie dlatego kampania Pandora BE LOVE tak dobrze koresponduje z tematem tego odcinka – pokazuje różne odcienie bliskości: miłość rodzinną, przyjacielską, partnerską, ale też tę skierowaną do samej siebie.
Bez lukru, za to z autentycznością. Bo być może najważniejsze relacje w naszym życiu to nie te najbardziej widowiskowe, ale te najbardziej prawdziwe.
Więcej o kampanii BE LOVE i kolekcjach marki znajdziesz na Pandora.
Fri, 15 May 2026 - 49min - 364 - „Nie histeryzuj” to nie wsparcie, a brak szacunku. Dr Aleksandra Piotrowska o zawstydzanych emocjach | „Dylematy mamy i taty”, odc. 4
„Emocje są kawałkiem nas, równie ważne jak pamięć czy postrzeganie. Emocje służą nam do motywacji. A u nas w kraju standardem jest MO — miłość obywatelska” — mówi psycholożka, dr Aleksandra Piotrowska w podcaście „Dylematy mamy i taty”, prowadzonym przez Alinę Gutek, zastępczynię redaktorki naczelnej magazynu „Zwierciadło”. I właśnie od emocji — tych dziecięcych, ale też naszych, dorosłych — zaczyna się rozmowa o lękach, które coraz częściej przestają być chwilowym etapem rozwoju, a stają się sygnałem alarmowym. Sponsorem odcinka podcastu jest BOIRON.
Jeszcze kilka lat temu dziecięce lęki często traktowano jak fanaberię albo przejaw nadwrażliwości. Dziś psychologowie alarmują: liczba dzieci i nastolatków z objawami zaburzeń lękowych oraz depresyjnych rośnie dramatycznie. Problemy ze snem, wycofanie, bóle brzucha przed szkołą, ataki paniki, izolowanie się od rówieśników — to nie są „gorsze dni”, które zawsze mijają same.
W rozmowie z Aliną Gutek psycholożka, dr Aleksandra Piotrowska podkreśla, że kluczowe jest odróżnienie naturalnego strachu od lęku, który zaczyna dezorganizować codzienność dziecka. Strach ma konkretny obiekt: ciemność, psa, hałas, sprawdzian. Lęk jest bardziej rozlany — często trudny do nazwania nawet dla dorosłego, a co dopiero dla kilku- czy kilkunastolatka.
I właśnie dlatego tak ważna staje się uważność rodziców. Nie na oceny. Nie na „grzeczność”. Tylko na zmianę funkcjonowania.
Czerwone flagi, których nie warto ignorować
Dziecko nagle przestaje spotykać się z przyjaciółmi. Coraz częściej boli je brzuch przed wyjściem do szkoły. Zamyka się w pokoju. Reaguje złością albo płaczem na sytuacje, które wcześniej były neutralne. Nie śpi. Nie je. Albo przeciwnie — ucieka w jedzenie, ekran, całkowite odcięcie.
To moment, w którym rodzic powinien przestać pytać: „czy ono nie przesadza?” i zacząć zastanawiać się: „co ono próbuje mi powiedzieć?”.
Dr Piotrowska zwraca uwagę, że dzieci bardzo często nie mają języka do opisywania własnych stanów emocjonalnych. Zamiast powiedzieć „boję się”, mówią: „nie chcę iść do szkoły”, „boli mnie głowa”, „zostaw mnie”. Problem w tym, że dorośli nadal zbyt często odpowiadają zawstydzaniem.
„Jak słyszymy: ‘nie histeryzuj’, ‘chciałabym mieć twoje problemy’ — to jest brak szacunku” — mówi psycholożka. I dodaje, że podobne komunikaty uczą dziecko jednego: że jego emocje są nieważne albo niepożądane.
„Swoje nerwy możesz sobie w kieszeń wsadzić”
W polskiej kulturze emocje dzieci nadal bywają traktowane jak problem wychowawczy, a nie informacja. Złość? Niegrzeczność. Płacz? Manipulacja. Lęk? Przesada.
„Swoje nerwy to możesz sobie w kieszeń wsadzić. Dzieci wciąż są tak zawstydzane przez nauczycieli. Ten przekaz pokazuje, że dzielimy emocje na dobre i złe, które u grzecznego dziecka nie powinny się pojawić” — zauważa dr Piotrowska.
To szczególnie niebezpieczne w przypadku dzieci wysoko wrażliwych, perfekcyjnych albo tych, które od najmłodszych lat słyszą, że „muszą sobie radzić”. Bo dzieci, które nigdy nie uczą się mówić o emocjach, często zaczynają mówić o nich ciałem.
Bólami brzucha. Bezsennością. Tikami. Wycofaniem. Agresją.
Nawet po latach można odbudować relację
Dla wielu rodziców najbardziej poruszający może okazać się fragment o poczuciu winy. O tym, że wychowywali „tak jak ich wychowano”. Że sami nie słyszeli „kocham cię”, więc trudno im dziś mówić to własnym dzieciom.
„W wielu dzisiejszych domach dorośli mają kłopot, żeby powiedzieć: ‘kocham cię’. Po co to mówić, wystarczy, że ci samochód umyję” — zauważa psycholożka z charakterystyczną dla siebie ironią.
„To nie jest tak, że nie da się zbudować na nowo relacji z dzieckiem, nawet jeśli przez 10 lat popełnialiśmy błędy” — mówi dr Piotrowska.
Bo dzieci nie potrzebują perfekcyjnych rodzin. Potrzebują dorosłych, którzy potrafią zauważyć, że za złością, wycofaniem albo „histerią” bardzo często stoi po prostu lęk.
Sponsorem odcinka podcastu jest BOIRON.
Wed, 13 May 2026 - 56min - 363 - „Ciało wie”. Dekalog kobiety spełnionej dr. Tadeusza Oleszczuka i Aldony Luterek | „Ukryte piękno”. odc. 24
Spotykam osoby pogubione. Kobieta ma 50 lat i mówi: nie wiem, kim jestem. Mówię wtedy, zrób sobie rytuał, uczcij ten moment, bo to może być pierwszy dzień twojego nowego życia - mówi Aldona Luterek, soul coach®, właścicielka marki kosmetycznej Phenomé w podcaście „Ukryte piękno” . - Ciało to nasz przyjaciel. Ono nam mówi, jak mamy żyć - dodaje dr Tadeusz Oleszczuk. Jak przestać je traktować jak projekt do poprawy, a zacząć widzieć w nim przestrzeń życia i za czym tęsknią kobiety dojrzałe? Sponsorem odcinka jest marka kosmetyków naturalnych Phenomé.
Dojrzałe ciało przez lata opisywano językiem braku: mniej jędrności, mniej energii, mniej możliwości. A gdyby odwrócić tę narrację? W podcaście „Ukryte piękno” Magdalena Kuszewska rozmawia z dr. Tadeuszem Oleszczukiem i Aldoną Luterek, soul coachem® i właścicielką marki Phenomé o tym, jak wspierać ciało zamiast z nim walczyć i je krytykować? - Bo – jak mówi ginekolog: ono wie. I jeśli tylko damy mu głos, może nas zaskoczyć.
Ciało to nie problem - to relacja
Moment, w którym zaczynamy patrzeć na ciało jak na „problem do rozwiązania”, przychodzi często niepostrzeżenie. Zaczyna się od drobnych korekt, kontroli, porównań. Kończy – napięciem i poczuciem, że ciągle jesteśmy „nie dość”.
Tymczasem, jak podkreśla dr Tadeusz Oleszczuk: „ciało to nasz przyjaciel. Ono nam mówi, jak mamy żyć. Ono się adaptuje.” Problem w tym, że rzadko słuchamy.
Aldona Luterek widzi to w swojej pracy codziennie: kobiety zmęczone, przebodźcowane, odcięte od siebie. „W trakcie sesji soul coachingowych® i numerologicznych słyszę od kobiet, że śpią po sześć godzin” – mówi. I dodaje: to nie jest kwestia braku wiedzy, to kwestia decyzji.
Bo zmiana zaczyna się od zatrzymania. „Pośpiech nie pozwala na podjęcie dobrych decyzji, trzeba się zatrzymać. Podjąć decyzję, że coś chcę zrobić inaczej” – podkreśla Luterek.
Dojrzałe ciało – rachunek za styl życia
Dojrzałość nie przychodzi nagle, jest konsekwencją. Często bardzo konkretną.
Na pytanie Magdaleny Kuszewskiej o to, co dzieje się w ciele po czterdziestce i pięćdziesiątce, dr Oleszczuk odpowiada bez złudzeń:
„To są konsekwencje codziennych nawyków przez ostatnie 15 lat. Jeśli kobieta nie dbała o siebie, mało spała, jadła byle co, to jak spadnie kurtyna estrogenowa, to wychodzi wszystko, o czym ciało szeptało przez lata.”I dodaje coś, co wybrzmiewa jak ostrzeżenie, ale też jak wezwanie do uważności: „Przecież 80% nowotworów jest po 45. roku życia.”
To nie jest narracja strachu, tylko odpowiedzialności, bo ciało nie karze, tylko informuje.
Multitasking? Droga donikąd
Współczesna kobieta jest mistrzynią zarządzania. Zadaniami, emocjami, relacjami. Tylko że to mistrzostwo ma swoją cenę.
„Multitasking nas rozjeżdża” – mówi wprost dr Oleszczuk.
I trudno się z tym nie zgodzić. Ciągłe przełączanie uwagi, życie w trybie „więcej, szybciej, lepiej” oddala nas od podstawowego pytania: czego naprawdę potrzebuję?
W tej perspektywie luksus zmienia znaczenie. „Luksus to nie jest pęd” – słyszymy w podcaście. Luksus to czas. Sen. Uważność. Decyzja, by nie robić wszystkiego.
Punkt zwrotny: „nie wiem, kim jestem”
Dojrzałość bywa momentem kryzysu. Ale – jak pokazuje rozmowa – może być też początkiem.
Aldona Luterek opowiada o kobietach, które przychodzą do niej z jednym zdaniem: „Mam 50 lat i nie wiem, kim jestem.”
Jej odpowiedź jest zaskakująco prosta: „Zrób sobie rytuał, uczcij ten moment, bo to może być pierwszy dzień twojego nowego życia.”To odwrócenie perspektywy jest kluczowe. Zamiast traktować zmianę jak stratę, można zobaczyć w niej przestrzeń.
Czułość zamiast krytyki
Jednym z najbardziej poruszających wątków rozmowy jest temat czułości wobec własnego ciała.
„Łatwiej dajemy czułość drugiemu człowiekowi, a nie sobie” – zauważa Luterek.
A przecież to właśnie relacja z własnym ciałem jest tą najdłuższą i to najbardziej wymagającą.
Sponsorem odcinka podcastu „Ukryte piękno” jest marka kosmetyków naturalnych Phenomé.
Mon, 11 May 2026 - 1h 15min - 362 - „Model trzech foteli nie działa”. Dr Tomasz Anyszek o kortyzolu i stresie, który może zmieniać wyniki badań | „Jak zdrowie”, odc. 15
„Błędny wynik jest gorszy niż brak wyniku” – mówi dr n. med. Tomasz Anyszek. W podcaście „Jak zdrowie” prowadzonym przez Annę Augustyn-Protas tłumaczy, jak stres – często niedostrzegany i bagatelizowany – potrafi zmieniać wyniki badań krwi, imitować choroby i wprowadzać nas w diagnostyczne pułapki. To opowieść o tym, dlaczego zanim zaczniemy leczyć liczby, powinniśmy przyjrzeć się własnemu życiu. Sponsorem odcinka jest Diagnostyka.
Z pozoru to tylko liczby: glukoza, CRP, lipidogram. W praktyce – zapis stylu życia, napięcia, niewyspania i emocji, których nie dopuszczamy do głosu. W odcinku podcastu „Jak zdrowie” Anna Augustyn-Protas rozmawia z internistą i specjalistą diagnostyki laboratoryjnej i zdrowia publicznego dr. Tomaszem Anyszkiem o tym, jak stres przenika do biologii i dlaczego czasem to nie choroba zniekształca wyniki badań, ale… nasze życie.
Psychika zapisana w liczbach
Badania krwi uchodzą za najbardziej obiektywny zapis naszego zdrowia. Liczby nie kłamią – powtarzamy. A jednak coraz więcej danych pokazuje, że mogą opowiadać historię znacznie bardziej złożoną, niż tylko fizjologia.
W stanie stresu organizm przełącza się w tryb przetrwania. Wzrasta poziom hormonów stresu, zmienia się metabolizm, przyspiesza akcja serca. To reakcje, które mają nas chronić – ale w dłuższej perspektywie zaczynają zaburzać równowagę.
– „Jak najbardziej – zupełnie inne wyniki krwi mamy, jeśli pójdziemy zrelaksowani na badanie, a inne jeśli zestresowani. Chodzi o hormony, m.in. kortyzol” – wyjaśnia dr n. med. Tomasz Anyszek i dodaje: „Poziom kortyzolu to podstawowy wyznacznik stresu”.
Kortyzol nie działa w próżni. Wpływa na poziom glukozy, gospodarkę lipidową, ciśnienie tętnicze, a także funkcjonowanie układu odpornościowego. To dlatego wyniki badań mogą być tak wrażliwe na to, co dzieje się w naszej głowie.
Wynik to nie diagnoza
Jednym z najważniejszych wątków rozmowy jest ryzyko nadinterpretacji badań. W świecie, w którym dostęp do diagnostyki jest coraz łatwiejszy, łatwo zapomnieć, że liczby wymagają kontekstu.
Przewlekły stres potrafi zmieniać wyniki w sposób, który imituje chorobę. Podwyższone markery stanu zapalnego, zaburzony poziom cukru czy nieprawidłowy lipidogram nie zawsze oznaczają rozwijającą się patologię.
– „Przewlekły stres może wskazywać na choroby, których nie ma” – podkreśla specjalista.
A zaraz potem dodaje ostrzeżenie: „Błędny wynik jest gorszy niż brak wyniku”. Bo nieprecyzyjna interpretacja może prowadzić do niepotrzebnych badań, leczenia i – co równie istotne – przewlekłego niepokoju.Życie w trybie przeciążenia
Jednym z najbardziej podstępnych aspektów przewlekłego stresu jest to, że często go nie rozpoznajemy. Objawy – zmęczenie, rozdrażnienie, problemy ze snem – traktujemy jako naturalny element codzienności.
Tymczasem to sygnały ostrzegawcze.
– „Model trzech foteli nie działa – praca, samochód, dom” – mówi dr n. med. Tomasz Anyszek.
Brak ruchu, brak regeneracji i brak realnego odpoczynku sprawiają, że organizm funkcjonuje w permanentnym napięciu. A to środowisko, w którym wyniki badań prędzej czy później zaczną się zmieniać.
Kiedy warto powtórzyć badania
Nie każdy wynik powinien być interpretowany natychmiast i dosłownie. Okoliczności, w jakich wykonujemy badania, mają ogromne znaczenie.
Jeśli towarzyszy nam silny stres, brak snu czy przeciążenie – warto rozważyć powtórzenie badań w bardziej stabilnym stanie. To nie podważanie diagnostyki, lecz jej uzupełnienie.
Wynik badania to nie fotografia w próżni. To zapis konkretnego momentu – również emocjonalnego.
Najprostsze rzeczy, które działają
Na koniec zostaje to, co najtrudniejsze: konsekwencja w prostych działaniach: regularne badania, sen, ruch, odpoczynek, uważność. Bez spektakularnych rozwiązań i skrótów. Za to z rosnącą świadomością, że ciało mówi do nas nie tylko wtedy, gdy choruje – ale także wtedy, gdy jest przeciążone.
Sponsorem odcinka jest Diagnostyka.
Tue, 05 May 2026 - 51min - 361 - „Na nogach mam wytatuowane memy z internetu”. Kuba Rafalski jako psycholog i stand-uper bez taryfy ulgowej | „Mężczyzna jest człowiekiem”, odc. 15
„Często czuję się samotny. Jednak czucie się samotnym nie jest tym samym, co bycie samotnym” – mówi Kuba Rafalski w rozmowie z Beatą Biały w 15. odcinku podcastu „Mężczyzna jest człowiekiem”. Psycholog, komik i twórca internetowy pokazuje, jak śmiech miesza się z refleksją, a stand-up staje się narzędziem mówienia o sprawach, o których przez lata mężczyźni milczeli. Czy mężczyzna w Polsce ma dziś prawo być kruchy, niepewny, samotny – i czy w ogóle ktoś chce tego słuchać?
W najnowszym odcinku podcastu Zwierciadła Beata Biały zaprasza do rozmowy Kubę Rafalskiego – stand-upera i psychologa, który z równą swobodą operuje żartem, co ciszą. Zapraszamy na spotkanie o granicach humoru, męskiej depresji i o tym, dlaczego śmiech bywa czasem ostatnią formą obrony.
Stand-up to nie terapia
Kuba Rafalski należy do tej generacji komików, którzy nie uciekają w bezpieczne schematy. Jego występy, znane z klubów stand-upowych i internetu, często dotykają tematów trudnych: choroby, samotności, relacji. Popularność zdobył dzięki autentyczności i odwadze – nie tylko scenicznej, ale też osobistej.
Jak sam przyznaje, droga do tego miejsca nie była oczywista. Kuba choruje na rdzeniowy zanik mięśni (SMA), porusza się na wózku, za to aktywnością intelektualną mógłby obdzielić co najmniej kilka osób. Z wykształcenia jest psychologiem, a z zawodu terapeutą i komikiem. „Miałem łatwiej, bo byłem chory od urodzenia i nie znałem innego życia” – rozbraja szczerością i jednocześnie podkreśla, że komedia to nie jest przestrzeń całkowicie wolna od zasad. „To zły pomysł, żeby testować żarty na rodzinie i znajomych” – dodaje. Bo choć scena daje wolność, to relacje prywatne rządzą się innymi prawami.
Gdzie kończy się żart?
Jeden z bardziej popularnych występów Kuby dotyczy wizyty w hospicjum. „Czy są tematy, z których nie wolno żartować?” – pyta Beata Biały. Rafalski podaje swoje kryterium i przywołuje doświadczenie. „Byłem na open mic’u: młody, niedoświadczony komik żartował do kobiety, ofiary napastnika na kampusie na Uniwersytecie Warszawskim, zbyt krótko po tej tragedii, widzowie źle to przyjęli”. Dodaje też: „Na pewno nie żartowałbym z osób, które nie mogą się obronić jak np. Kamil, ofiara przemocy domowej”. To ważne rozróżnienie – nie chodzi o zakazy, ale o świadomość i o to, kto jest celem żartu, czy ma możliwość odpowiedzi.
Czułość i ironia
Choć rozmowa dotyka ciężkich tematów, nie brakuje w niej lekkości. Rafalski z uśmiechem opowiada: „Na nogach mam wytatuowane memy z internetu”. Ten detal mówi o nim więcej niż niejedna analiza – dystans do siebie, zanurzenie w kulturze cyfrowej i potrzeba oswajania rzeczywistości poprzez humor. Taka właśnie ta mieszanka – czułości i ironii – sprawia, że jego głos wybrzmiewa tak wyraźnie. Nie moralizuje, nie poucza, raczej zaprasza do wspólnego namysłu.
Nie ma w tym pozy teatralnej ani potrzeby imponowania. „Nie chcę nikomu nic udowadniać” – deklaruje. Brzmi to niemal jak manifest pokolenia zmęczonego presją sukcesu i nieustannego porównywania się z innymi.
Męskość bez taryfy ulgowej
Napięcie – między ciepłem a wymaganiem – dobrze oddaje doświadczenie wielu mężczyzn wychowanych w Polsce. Bez przyzwolenia na słabość, bez języka do mówienia o emocjach. Nic dziwnego, że dziś coraz częściej mówi się o zjawisku, które Rafalski nazywa wprost: „ile mamy teraz tzw. męskiej depresji”. Nie jest to tylko diagnoza społeczna, ale także osobiste wyznanie. „Często czuję się samotny. Jednak czucie się samotnym nie jest tym samym, co bycie samotnym” – podkreśla i zawiera całą ambiwalencję współczesnej męskości: obecność ludzi wokół i jednoczesne poczucie izolacji.
Rozmowa z Kubą Rafalskim stawia ważne pytanie: czy jesteśmy gotowi uznać, że mężczyzna – tak jak każdy – ma prawo do słabości, wątpliwości i emocji, które nie mieszczą się w stereotypie?
Thu, 30 Apr 2026 - 58min - 360 - „Przyjaźń jest stanem ducha”. Jak podtrzymywać dobre znajomości? | „Przerwa na kawę z Kasią Miller o miłości” odc. 1
Nie ma rocznic, wielkich deklaracji ani spektakularnych rozstań. A jednak to ona najczęściej zostaje, gdy wszystko inne się kończy. W pierwszym odcinku specjalnego cyklu „Przerwa na kawę z Kasią Miller o miłości” Joanna Olekszyk i słynna psycholożka rozkładają przyjaźń na czynniki pierwsze – bez lukru, ale z czułością. Bo może właśnie tu kryje się najdojrzalsza forma miłości. Miłość to coś więcej niż romantyczne uczucie. To też działanie. Marka Pandora zachęca, by dostrzegać miłość w codzienności. Aby się nią otaczać, by ją wyrażać – nie tylko słowami, ale również czynami. By dawać miłość innym, ale również ją przyjmować. By się nią inspirować i nią żyć. Biżuteria Pandora staje się symbolem tych emocji i gestów. Sponsorem odcinka jest Pandora.
Przyjaźń – miłość, która nie męczy
Miłość romantyczna potrafi być jak rollercoaster – porywa, uzależnia, ale też wyczerpuje. Przyjaźń działa inaczej. Ciszej. Stabilniej. „Przyjaźń w przeciwieństwie do miłości nie spędza nam snu z powiek” – mówi Kasia Miller i trudno o trafniejszą definicję.
To relacja, która nie potrzebuje ciągłego potwierdzania. Nie wymaga spektakularnych gestów ani dowodów oddania. Nie opiera się na napięciu, tylko na obecności. Może dlatego tak często ją niedoceniamy – bo nie krzyczy o uwagę.
A przecież to właśnie ona daje coś fundamentalnego: „Przyjaźń jest bazą poczucia, że jestem wśród ludzi”.
Bez daty początku, bez scenariusza końca
„W przyjaźni nie celebrujemy rocznic, nie dajemy prezentów?” – zastanawia się Joanna Olekszyk. I rzeczywiście: rzadko pamiętamy moment, w którym wszystko się zaczęło. „Nie pamiętamy, kiedy przyjaźń się zaczęła” – dodaje.
To relacja, która nie potrzebuje punktów granicznych. Nie ma jasno określonego „statusu”, nie wymaga nazwania. Jest trochę poza systemem – i może właśnie dlatego tak dobrze znosi próbę czasu.
„Wybrać kogoś” – sedno relacji
„Przyjaźń to wybrać kogoś, bo przy miłości niby też, ale ona nas czasem dopada” – zauważa Miller. Bo miłość romantyczna często przychodzi niespodziewanie, bywa impulsem, chemią, przypadkiem. Przyjaźń jest bardziej świadoma. To decyzja: chcę mieć cię w swoim życiu.
Może dlatego bywa trwalsza. Bo nie opiera się na emocjonalnym fajerwerku, tylko na powtarzalnym wyborze.
Relacja, w której można być sobą
Jedna z najważniejszych cech przyjaźni? Bezwarunkowa akceptacja.
„Przyjaźń to przyzwolenie na to, że jest się taką, jaką się jest. To rodzaj związku” – mówi Miller.Bez presji bycia atrakcyjną, interesującą, „najlepszą wersją siebie”.
„W związkach staramy się być atrakcyjnymi, a w przyjaźni nie: jestem, jaka jestem, bo za to jestem kochana”.Przyjaźń to przestrzeń, w której można zdjąć maskę – i nie bać się, że ktoś odejdzie.
Przyjaźń jako fundament miłości
Może warto przestać traktować przyjaźń jak „dodatek” do życia – i zacząć widzieć w niej jego fundament.
„Nie wyobrażam sobie życia bez przyjaźni, a o dziwo, wyobrażam sobie bez miłości. W przyjaźni czujesz się z kimś tak bezpiecznie” – mówi psycholożka. Zresztą te oba typy relacji mogą się przeplatać, bo jak mówi Joanna: „Wiem od ekspertów, że dobrze, gdy miłość zaczyna się od przyjaźni”.
„Jak podtrzymywać dobre znajomości?” – pyta Joanna.
Odpowiedź okazuje się zaskakująco prosta i trudna zarazem.
Miłość w wielu odsłonach – także w kampanii BE LOVE
W czasach, gdy relacje coraz częściej sprowadzamy do szybkich interakcji i powierzchownych kontaktów, warto przypominać, że miłość ma więcej niż jedną twarz. I nie zawsze jest romantyczna.
To właśnie pokazuje kampania Pandora BE LOVE – celebrująca różne odcienie miłości: przyjacielskiej, rodzinnej, tej do samego siebie. Bez patosu, za to z autentycznością.
Bo być może najważniejsze relacje w naszym życiu to nie te najbardziej spektakularne, ale te najbardziej prawdziwe.
Odkryj kolekcje, które pozwalają wyrażać miłość każdego dnia na www.pandora.net BE LOVE.
Sponsorem odcinka jest Pandora.
Thu, 30 Apr 2026 - 50min - 359 - „Trądzik różowaty zaczyna się niewinnie”. Dr Michał Rachalewski o czterech rodzajach tej choroby, która wcale nie dotyczy tylko skóry | „Ukryte piękno”, odc. 24
Trądzik różowaty to choroba mocno niedoszacowana w społeczeństwie, a w równym stopniu dotyczy kobiet i mężczyzn - mówi dr n. biol. Michał Rachalewski w podcaście „Jak zdrowie”. Zaczyna się niewinnie – lekkie pieczenie po kawie, zaczerwienienie, które „zaraz zejdzie”, uczucie suchości mimo dobrej pielęgnacji. Dlaczego trądzik różowaty to coś więcej niż problem estetyczny – i jak przestać go ignorować? Sponsorem odcinka jest Pharmaceris.
Choroba, której nie widać (na początku)
Trądzik różowaty nie zaczyna się spektakularnie. To raczej seria drobnych, niepokojących zmian. „Pierwsze objawy to uczucie pieczenia, suchości. Skóra zaczyna być tkliwa na bodźce, na które do tej pory tak nie reagowała – jak kawa” – wyjaśnia dr n. biol. Michał Rachalewski.
Największym problemem trądziku różowatego jest to, że łatwo go nie rozpoznać. Albo – co gorsza – pomylić z „wrażliwą cerą”.
Tymczasem skala zjawiska jest duża. „Po 30. roku życia co dziesiąta Polka ma trądzik różowaty” – podaje ekspert. I choć stereotypowo kojarzy się on głównie z kobietami, „w równym stopniu dotyczy kobiet i mężczyzn” – podkreśla dr Rachalewski.
Dlaczego tak często pozostaje niezdiagnozowany? Jak zaznacza ekspert: „to nie jest choroba stricte skórna, jest tu zaangażowany układ nerwowy”. To oznacza, że reaguje na stres, emocje, styl życia. Skóra staje się ekranem, na którym wyświetla się to, co dzieje się głębiej.
Cztery twarze jednego problemu
Trądzik różowaty nie jest jednorodny. Istnieją cztery jego główne postaci – od rumieniowej, przez grudkowo-krostkową, aż po bardziej zaawansowane formy związane z przerostem tkanek czy zmianami ocznymi.
Ta różnorodność sprawia, że jeszcze trudniej go jednoznacznie rozpoznać.
Pielęgnacja zaczyna się od podstaw
Delikatne, dobrze dobrane dermokosmetyki – takie jak rozwiązania oferowane przez markę Pharmaceris – mogą tu odegrać kluczową rolę. Nie chodzi o ilość produktów, ale o ich jakość i dopasowanie do potrzeb skóry reaktywnej.
Zresztą przypadku trądziku różowatego dermokosmetyki nie są dodatkiem – są częścią terapii. I choć na półce widzimy gotowy produkt, jego skuteczność rozgrywa się na poziomie konkretnych substancji aktywnych.
W formułach przeznaczonych do skóry z rumieniem kluczową rolę odgrywa azeloglicyna – połączenie kwasu azelainowego i glicyny. Działa jednocześnie przeciwzapalnie, reguluje wydzielanie sebum i łagodzi zmiany grudkowo-krostkowe, bez ryzyka podrażnienia skóry wrażliwej . To jeden z tych składników, które „uspokajają” skórę, zamiast ją dyscyplinować.
Drugą ważną grupą są substancje wpływające na reaktywność naczyń i stres skóry. Tu pojawia się Agascalm™ – kompleks roślinny, który zmniejsza rozszerzenie naczyń krwionośnych i neutralizuje wpływ stresu na skórę, ograniczając zaczerwienienia i stan zapalny. To ciekawy punkt styku pielęgnacji i neurobiologii, o którym mówił dr Rachalewski – bo skóra reaguje nie tylko na kosmetyk, ale i na napięcie.
Kolejna warstwa to składniki wzmacniające i regenerujące. Ekstrakt z wąkroty azjatyckiej (Centella asiatica) wspiera mikrokrążenie i regenerację, zmniejszając widoczność naczynek i przyspieszając gojenie . Z kolei woda oczarowa działa ściągająco i poprawia kondycję skóry, delikatnie wyrównując jej koloryt .
Nie można też pominąć składników „cichych bohaterów”: pantenolu, alantoiny czy lipidów roślinnych – które odbudowują barierę naskórkową i zmniejszają uczucie pieczenia. To szczególnie ważne w kontekście zdania, które padło w podcaście: zaburzenie integralności naskórka to „otwieranie wrót dla patogenów i czynników drażniących”.
W bardziej zaawansowanych formułach pojawiają się także peptydy (np. tetrapeptydy), antyoksydanty (jak witamina C czy E) oraz ekstrakty roślinne o działaniu detoksykującym i wzmacniającym odporność skóry na stres . Ich zadaniem nie jest szybki efekt „wow”, ale długofalowe wyciszenie reaktywności.
Całość układa się w spójną strategię: nie walczyć ze skórą, tylko przywracać jej równowagę.
Sponsorem odcinka jest Pharmaceris.
Wed, 29 Apr 2026 - 59min - 358 - „Wszystko ci poświęciłam, a ty mnie zostawiłeś z niczym”. Czemu myli nam się bycie niezbędną z byciem pragnioną? | „Porozmawiajmy o miłości z Pawłem Droździakiem”, odc. 4
- W parach, które mają zadatki na toksyczne tych dwoje jest dla siebie całym światem - mówi psycholog, Paweł Droździak.
Zazdrość o karierę partnera, rezygnacja z własnych ambicji, życie „pod cudzy sukces” – to nie scenariusz melodramatu, tylko codzienność wielu związków. W 4. odcinku podcastu „Porozmawiajmy o miłości z Pawłem Droździakiem” Agnieszka Radomska rozkłada na czynniki pierwsze napięcia, które pojawiają się tam, gdzie miłość splata się z ambicją. I zadają niewygodne pytanie: czy naprawdę umiemy być razem, gdy jedno z nas zaczyna świecić jaśniej?
W teorii wszystko brzmi prosto: „sukces partnera powinien motywować” – mówi Paweł Droździak. W praktyce jednak sukces drugiej osoby często działa jak lustro. Pokazuje nasze niespełnione ambicje, odkładane marzenia, decyzje, których nie podjęliśmy.
Sukces partnera: inspiracja czy zagrożenie?
To właśnie wtedy w relacji pojawia się cichy sabotaż. Niby kibicujemy, ale gdzieś pod spodem rośnie napięcie. Bo jeśli on lub ona idzie do przodu, to co to mówi o mnie?Droździak nie zostawia złudzeń: „obie osoby coś zyskują i coś tracą”. Związek nie jest systemem o zerowej sumie, ale wymaga ciągłych negocjacji. Jedno rozwija karierę – drugie częściej przejmuje logistykę życia. Jedno ryzykuje – drugie stabilizuje. Problem zaczyna się wtedy, gdy ten układ przestaje być świadomy.
Cena rezygnacji z siebie
Najbardziej dramatyczne zdanie w związkach rzadko pada na początku, zwykle pojawia się po latach: „Wszystko ci poświęciłam, a ty mnie zostawiłeś z niczym”. To zdanie jest jak rachunek, który ktoś wystawia po latach inwestowania w cudze życie, najczęściej są to kobiety. Ponad połowa z nas jest wypalona zarządzaniem codziennością i rozważa skrócenie czasu pracy (badania Instytutu Gallupa, 2022). To nie tylko statystyka – to sygnał, że wiele kobiet funkcjonuje w trybie ciągłego „dawania”.Droździak ostrzega: „można całego siebie dać, ale wcale nie dostać zwrotu”. Bo miłość to nie lokata kapitału. Nie działa według zasad: im więcej włożysz, tym więcej odzyskasz.
Być niezbędną czy pragnioną?
W wielu związkach budujemy swoją wartość na tym, że jesteśmy potrzebni. Ogarniający, wspierający, niezastąpieni. Tyle że „niezbędność” często rodzi zależność, a nie bliskość. - Czym innym jest bycie niezbędną, a czymś innym jest bycie pragnioną. My to czasem mylimy” - mówi ekspert.Z czasem pojawia się niebezpieczne przesunięcie: zamiast być wybieranym – stajemy się funkcją. A funkcje się wykorzystuje, nie kocha.
Zazdrość: emocja wstydliwa, ale ludzka
Co jeśli w parze pojawia się zazdrość o sukcesy partnera? To pytanie, które rzadko pada głośno, bo zazdrość nie pasuje do obrazu „dojrzałej relacji”. A jednak istnieje. I bywa niszcząca.
Droździak mówi wprost: „w parach, które mają zadatki na toksyczne, to tych dwoje jest dla siebie całym światem”. Brzmi romantycznie? Tylko pozornie. Bo kiedy cały sens życia zamykamy w jednej osobie, każdy jej sukces lub porażka urasta do rangi osobistego dramatu. W takich układach łatwo o komunikaty typu: „beze mnie jesteś nikim”. To już nie miłość – to walka o władzę.
Ego z żelaza
Czy da się uniknąć tych napięć? Paweł Droździak sugeruje, że potrzebujemy czegoś więcej niż dobrej woli: „muszą mieć ego z żelaza”.
Nie chodzi o egoizm, ale o stabilne poczucie własnej wartości. Takie, które nie rozpada się, gdy partner odnosi sukces i o codzienną, małą pracę: „każdego dnia nie zrobię jakiejś małej rzeczy”. To zdanie można czytać przewrotnie – jako przypomnienie, że relacja nie utrzyma się sama. Że zaniedbania kumulują się szybciej niż wysiłek.
Casting na partnera
Na koniec Droździak rzuca zdanie, które może brzmieć bezlitośnie: „warto robić casting na partnera”. Nie chodzi o selekcję jak w reality show, ale o świadomość wyboru. O zadanie sobie pytań: czy ta osoba uniesie mój rozwój? Czy ja uniosę jej sukces? Czy potrafimy być razem bez rezygnowania z siebie?
Fri, 24 Apr 2026 - 1h 03min - 357 - „Nie polecam być grzeczną dziewczynką”. Czy intuicja to głos wewnętrznego dziecka? | „Przerwa na kawę z Kasią Miller 6” odc. 1
„Jak się boimy bać, to dopiero jest problem” – mówi Katarzyna Miller w premierowym odcinku cyklu „Przerwa na kawę”. Kultowy podcast Zwierciadła wraca - po raz pierwszy w wersji wideo – i od razu wchodzi na poziom, którego nie da się zignorować. Joanna Olekszyk i Katarzyna Miller biorą na warsztat wewnętrzne dziecko: to, które czujemy, tłumimy, zawstydzamy. To odcinek o emocjach, które nauczyliśmy się kontrolować aż do granic odcięcia, o radości, którą ktoś kiedyś zawstydził i o dziecku w nas, które wciąż próbuje się przebić.
Pierwszy odcinek 6. sezonu zaczyna się od tematu fundamentalnego: wewnętrznego dziecka. Bo – jak się okazuje – to ono często prowadzi całe nasze dorosłe życie.
Intuicja ma głos dziecka
„Intuicja to też jest wewnętrzne dziecko, to jest energia evian vital” – mówi Katarzyna Miller, bo to, co często próbujemy zagłuszyć racjonalnością, kontrolą i „dorosłością”, bywa najczystszym kompasem. Dziecko w nas nie kalkuluje – reaguje, bo czuje i wie.
Problem zaczyna się wtedy, gdy uczymy się tego nie słuchać. Gdy ktoś kiedyś powiedział, że przesadzamy, że „tak nie wypada”, że trzeba się ogarnąć. A przecież – jak przypomina Miller – „różni ludzie różnie reagują na różne sytuacje”. Brzmi prosto i niesie ulgę: nie ma jednego właściwego sposobu przeżywania świata.
Strach przed strachem
W rozmowie wraca temat emocji, które próbujemy kontrolować – albo wręcz eliminować. „Jak się boimy bać, to dopiero jest problem” – pada. Nie chodzi o to, żeby się nie bać, ale o to, żeby pozwolić sobie na strach bez dodatkowej warstwy wstydu. Dziecko w nas boi się naturalnie. Dorosły często dokłada do tego ocenę. Dlatego tak ważny jest moment, w którym – jak mówi Miller – „zaakceptowałam wszystkie swoje uczucia”. Nie tylko te wygodne. Wszystkie.
„Nie polecam być grzeczną dziewczynką”
Paradoks? Wcale nie złość czy smutek są dziś najtrudniejsze, najtrudniejsza bywa radość. „Trudniej w sobie wyzwolić radosne dziecko. Dlaczego? Bo ono dostawało w łeb nieustannie: co się tak głupio cieszysz?”- mówi psycholożka. Wielu z nas pamięta, kiedy nasza spontaniczna radość została zawstydzona, wyśmiana, skorygowana. Dlatego dziś śmiejemy się ciszej. Cieszymy się ostrożniej. A czasem – wcale. Wątek wychowania wraca w rozmowie jak refren. „Nie polecam być grzeczną dziewczynką” – mówi Miller, bo „grzeczność” często oznaczała rezygnację z siebie: z własnych potrzeb, granic, emocji. Bycie „łatwą” dla innych.
A przecież dorosłość zaczyna się tam, gdzie kończy się ciągłe dopasowywanie. „Dla tych, co mnie nie chcą, to ja się przerabiać nie będę” – zdanie psycholożki brzmi jak deklaracja wolności.
To, co nas drażni, mówi o nas najwięcej
Jedna z obserwacji odcinka dotyczy relacji z dziećmi – ale tak naprawdę mówi o dorosłych. „W dzieciach drażni nas to, czego nam w dzieciństwie nie było wolno”. Ich hałas, emocjonalność, spontaniczność. Nie dzieci są „za bardzo”, tylko my kiedyś musieliśmy być „za mało” i może właśnie dlatego tak trudno nam dziś pozwolić sobie na luz i czułość do siebie.
„Jak być dla siebie dobrą mamą Muminka?”. Metafora nie jest przypadkowa, chodzi o opiekę i bezwarunkowość, której często nie dostaliśmy w wystarczającej ilości. Katarzyna Miller mówi wprost: „Żyję głównie dla dziecka”. Nie tego biologicznego – ale tego wewnętrznego. To ono potrzebuje dziś naszej uwagi, naszej łagodności i zgody na bycie nieidealnym.
Nowy sezon „Przerwy na kawę” zaczyna się od tematu, który trudno „odhaczyć” i iść dalej. To raczej zaproszenie do procesu, bo spotkanie z własnym wewnętrznym dzieckiem nie jest jednorazowe, to relacja, którą buduje się codziennie.
Fri, 24 Apr 2026 - 49min - 356 - „Trzeba mieć dobry nastrój, żeby rozdawać uśmiechy”. Magdalena Różczka o tym, żeby pomagać trzeba mieć spokój w sobie | „Ukryte piękno”, odc. 22
Osoby, które pomagają, muszą mieć spokój w sobie. Muszę mieć balans. To bardzo ważne, żeby dbać o siebie i to mogą być małe rzeczy - mówi Magdalena Różczka w 22. odcinku podcastu „Ukryte piękno” Anny Augustyn-Protas. - To tak, jak z tą zakładaniem maski w samolocie: najpierw sobie, a potem dziecku – dodaje Anna Wiśniewska, prezeska zarządu VeloLeasing. Rozmowa pokazuje, że pomaganie w Polsce przeszło cichą transformację. Z odruchu serca stało się działaniem, które wymaga strategii, odporności i… zdrowego egoizmu. Sponsorem odcinka podcastu jest VeloBank.
Pomaganie nie zniknęło, zmieniło tylko formę. Dziś, w świecie nadmiaru bodźców i nieustannego pośpiechu, dobro nie krzyczy – działa ciszej, uważniej, bliżej człowieka. W podcaście „Ukryte piękno” Anna Augustyn-Protas rozmawia z Magdaleną Różczką i Anną Wiśniewską z VeloLeasingu o tym, jak dziś wygląda pomaganie – i dlaczego, mimo wszystko, wciąż ma sens.
Czy nadal chce nam się pomagać?
Jak Polacy podchodzą do akcji charytatywnych? Nie przestaliśmy być wrażliwi, ale na pewno jesteśmy zmęczeni. Codziennie widzimy dziesiątki próśb o wsparcie. Historie, które poruszają – i takie, które zaczynają się zlewać w jedną. W tym szumie łatwo się wycofać albo pomagać tylko na chwilę. Jednak dobro nie znika, tylko zmienia tempo. Może jest mniej spektakularne, za to bardziej świadome.
„Dobro wraca. Traktuj innych tak, jak chciałabyś być traktowana” – mówi Anna Wiśniewska, prezeska zarządu VeloLeasing i choć zdanie to brzmi jak coś, co znamy od dawna, dziś nabiera nowego znaczenia – jako przypomnienie, że pomaganie nie musi być wielkim gestem. Może być codzienną postawą.
Ciche historie, które zostają na zawsze
Są opowieści, które trudno unieść – i takie, których nie da się zapomnieć.
„1 na 100 dzieci jest w pieczy zastępczej. Już dawno określenie: dzieci niczyje nie funkcjonuje, to są nasze dzieci, nasza przyszłość” – przypomina Magdalena Różczka, aktorka i założycielka fundacji „Ukochani”, której celem jest pomoc w znalezieniu rodzin zastępczych dla potrzebujących dzieci.
Za zdaniem Magdy kryje się coś więcej niż statystyka, bo to zmiana myślenia: od dystansu – do odpowiedzialności.
Pomagać mądrze, czyli jak?
Czy pomaganie można „zorganizować”? Odpowiedź nie jest prosta. Chodzi raczej o uważność oraz o to, żeby pomoc była realna, dopasowana, długofalowa.
Coraz częściej włączają się w to także firmy – nie po to, by „zarządzać dobrem”, ale by dać mu przestrzeń i narzędzia do działania. W VeloBank rozwija się wolontariat pracowniczy: ludzie angażują się w konkretne działania, pomagają szukać rodzin zastępczych, wspierają fundacje. To inny rodzaj pomagania, bardziej cichy, ale przez to często skuteczniejszy.
Czy pomaganie czegoś od nas chce?
Czy powinniśmy oczekiwać „dziękuję”? Pytanie Anny Augustyn-Protas dla wielu z nas brzmi znajomo. Bo pomaganie nie zawsze przynosi natychmiastową satysfakcję. Czasem jest niewidoczne. Czasem niedocenione. Jak zgodnie przyznają gościnie: lepiej nie oczekiwać wdzięczności, tylko... zadbać o siebie. Bo jak mówi Różczka – „trzeba mieć dobry nastrój, żeby rozdawać uśmiechy”.
Może więc pomaganie nie jest o tym, co dostajemy w zamian. Tylko o tym, kim się stajemy po drodze.
Pomaganie zaczyna się od siebie
Nie ma pomagania bez równowagi - niby oczywiste, ale dla wielu trudne do wcielenia w życie. „Osoby, które pomagają, muszą mieć spokój w sobie. Żeby pomagać potrzeba balansu. To bardzo ważne, żeby dbać o siebie. To mogą być małe rzeczy” – mówi Magdalena Różczka.
Brzmi prosto, ale w praktyce bywa rewolucyjne. Bo przez lata przyzwyczailiśmy się myśleć, że pomaganie oznacza dawanie siebie „ponad miarę”. Tymczasem – jak zauważa Anna Wiśniewska – to działa inaczej: „to tak, jak z zakładaniem maski w samolocie: najpierw sobie, a potem dziecku”.
To nie egoizm, ale warunek, żeby w ogóle mieć co dawać.
Bo może właśnie dziś – bardziej niż kiedykolwiek – pomaganie nie polega na ratowaniu świata, tylko na byciu dla siebie nawzajem.
Sponsorem odcinka podcastu jest VeloBank.
Wed, 22 Apr 2026 - 48min - 355 - „Każdy z nas myśli, że jest dobrym kierowcą i dobrym kochankiem”. Dlaczego tak łatwo tracimy cierpliwość za kierownicą i jak to zmienić? I Wszystkimi zmysłami
Wydaje nam się, że prowadzimy samochód. Tymczasem bardzo często to nasze emocje, napięcia i nawyki prowadzą nas. W podcaście „Wszystkimi zmysłami” Monika Sobień-Górska rozmawia z instruktorami techniki jazdy – Maciejem Bocheńskim i Adamem Bernardem – o tym, co naprawdę decyduje o bezpieczeństwie na drodze. I dlaczego zanim przekręcimy kluczyk, powinniśmy zajrzeć… w siebie. Sponsorem podcastu jest Tor Modlin.
Kierowca to nie tylko technika
Prowadzenie auta to niewyłącznie zestaw umiejętności technicznych, a przede wszystkim stan, w jakim wsiadamy za kierownicę. „Kierujemy samochodem tak, jacy sami jesteśmy” – podkreśla Adam Bernard, dyrektor ds. szkoleń - instruktor techniki jazdy w Tor Modlin. Jeśli jesteśmy rozproszeni, zmęczeni albo sfrustrowani – nasza jazda będzie dokładnie taka sama.
Podobnie, jeśli jesteśmy przekonani o tym, że nasza technika jest nienaganna. Zbytnia pewność swoich umiejętności na drodze też może być zgubna, o czym dalej. A jak pokazują badania w Polsce pokazują, że aż dziewięciu na dziesięciu kierowców w Polsce uważa się za dobrych. Jednak kiedy oceniamy innych, liczba ta spada do pięciu na dziesięciu.
„Są dwa stereotypy: każdy z nas jest dobrym kierowcą i dobrym kochankiem” – komentuje z uśmiechem Maciej Bocheński, dyrektor ds. sportu i eventów - instruktor techniki jazdy.
Stres, pośpiech i cienka granica między kontrolą a chaosem
Codzienność za kierownicą to presja czasu, korki, bodźce. I emocje, które często wymykają się spod kontroli. „Dlaczego tak łatwo tracimy cierpliwość za kierownicą?” – pyta prowadząca, Monika Sobień-Górska. Odpowiedź nie jest prosta, ale doświadczenie instruktorów pokazuje jedno: samochód działa jak wzmacniacz.
To, co w życiu codziennym tłumimy, na drodze potrafi eksplodować.
Zmęczenie – cichy sabotażysta
Niebezpieczeństwo na drodze rzadko wygląda spektakularnie. Częściej jest ciche i niezauważalne. Zmęczenie, rozproszenie, nadmiar myśli. Kierowca, który formalnie „jedzie dobrze”, ale jego uwaga dryfuje.
Telefon, rozmowa, lista rzeczy do zrobienia – wszystko to odbiera nam zasoby poznawcze. I choć wielu kierowców wierzy, że potrafi je podzielić, rzeczywistość bywa bezlitosna.
Między lękiem a nadmierną pewnością siebie
Jedno z kluczowych pytań tej rozmowy brzmi: kto jest bardziej niebezpieczny – kierowca przestraszony czy zbyt pewny siebie?
Odpowiedź nie jest jednoznaczna, jednak nasi eksperci wskazują na nadmierną pewność siebie, bo prowadzi do brawury oraz ignorowania ryzyka. Lęk, choć potrafi paraliżować i opóźniać reakcje, jest mniej groźny w skutkach, bo taki kierowca zawsze jedzie wolno i ostrożnie. Najbezpieczniejsza oczywiście jest trzecia droga: świadomość. Świadomość swoich ograniczeń, ale też realna ocena sytuacji. To ona odróżnia dobrych kierowców od przeciętnych. Nie chodzi o perfekcję techniczną, ale o zdolność do bycia tu i teraz.
Dobrostan jako element bezpieczeństwa
Najważniejszy wniosek z tej rozmowy wybrzmiewa jasno: bezpieczeństwo na drodze zaczyna się dużo wcześniej niż w momencie uruchomienia silnika. To, jak śpimy, jak odpoczywamy, jak radzimy sobie ze stresem – wszystko to „wsiada” z nami do samochodu. A mimo to rzadko myślimy o dobrostanie jako o elemencie bezpieczeństwa drogowego. Może czas to zmienić. Bo być może najprostsza i najskuteczniejsza rada brzmi: zanim ruszysz – sprawdź nie tylko paliwo i lusterka. Sprawdź siebie.
Warto też pamiętać o tym, że pewność siebie za kierownicą nie zawsze przychodzi wraz z odebraniem prawa jazdy. Umiejętności prowadzenia auta – zwłaszcza w trudnych warunkach czy nieprzewidzianych sytuacjach – warto regularnie rozwijać. Dlatego dobrym krokiem może być skorzystanie z profesjonalnych kursów doszkalających, takich jak te oferowane przez Tor Modlin. To szansa, by pod okiem ekspertów przećwiczyć reakcje w sytuacjach kryzysowych, poprawić technikę jazdy i po prostu poczuć się pewniej na drodze – niezależnie od tego, jak długo mamy już prawo jazdy.
Sponsorem podcastu jest Tor Modlin.
Wed, 22 Apr 2026 - 56min - 354 - „Utrata włosów świadczy o naszej historii sprzed kilku miesięcy”. Dr Claudia Musiał o tym, że skóra głowy starzeje się szybciej niż twarz | „Jak zdrowie”, odc. 14
- Moja pierwsza konsultacja trychologiczna trwa dwie godziny - mówi dr n. med. Claudia Musiał w podcaście „Jak zdrowie” Anny Augustyn-Protas i przekonuje, że jest swego rodzaju detektywem, gdy analizuje, co przyczyniło się u pacjenta do łysienia albo spadku jakości włosów. To opowieść o stresie, nawykach, błędach pielęgnacyjnych i o tym, że skóra głowy starzeje się szybciej, niż chcemy przyznać. Sponsorem odcinka podcastu jest marka Carein, producent celowanych dermosuplementów wspierających kondycję skóry i włosów.
Lśniące, gęste, „zdrowe” włosy to dziś nie tylko kwestia estetyki, ale sygnał, który wysyła nasze ciało. W najnowszym odcinku podcastu „Jak zdrowie” Anna Augustyn-Protas rozmawia z trycholożką i kosmetolożką, dr n.med. Claudią Musiał o tym, co kryje się za wypadaniem włosów – i dlaczego odpowiedź rzadko znajduje się w kosmetyczce.
Włosy jako papierek lakmusowy organizmu
Zaczyna się niewinnie: trochę więcej włosów na szczotce, cieńszy kucyk, mniej objętości. Bagatelizujemy. A tymczasem – jak podkreśla dr Claudia Musiał – „utrata włosów teraz świadczy o naszej historii sprzed kilku miesięcy”. Organizm działa z opóźnieniem, zapisując stresy, niedobory i przeciążenia w cebulkach włosów.
Nieprzypadkowo jednym z głównych winowajców jest stres. „Im wyższy poziom kortyzolu, tym więcej włosów tracimy” – słyszymy w rozmowie. W praktyce oznacza to, że intensywny okres w pracy, przewlekłe napięcie czy brak regeneracji mogą odbić się na fryzurze dopiero po czasie, kiedy już dawno zapomnieliśmy o źródle problemu.
Trycholog jak detektyw
W tej układance nie ma prostych odpowiedzi. Dlatego – jak mówi ekspertka – „trycholog musi być detektywem”. Analiza włosów to często dochodzenie: dieta, hormony, suplementacja, styl życia, a nawet jakość snu.
Nie bez powodu „moja pierwsza konsultacja trychologiczna trwa dwie godziny”. To nie jest szybka diagnoza ani gotowy schemat. Każdy przypadek wymaga rozłożenia na czynniki pierwsze. Jedna z historii przywołanych w podcaście brzmi jak przestroga: „Miałam pacjentkę z masywną utratą włosów, okazało się, że miała zagrażający zdrowiu poziom witaminy D, bo przyjmowała krople bez konsultacji z lekarzem”. Paradoks współczesności – nadmiar troski o zdrowie może mu zaszkodzić.
Największe błędy pielęgnacyjne
Rynek beauty podpowiada nam jedno: kupuj więcej. Tymczasem prawda jest mniej efektowna. „Jaką pielęgnacją szkodzimy sobie najbardziej? Szampon dobieramy do skóry głowy, a nie do łodygi włosa” – przypomina dr Musiał.
To fundamentalna zmiana myślenia. Skóra głowy jest żywa, reaguje, starzeje się – „sześć razy szybciej niż twarz i ciało”. A jednak traktujemy ją po macoszemu, skupiając się na długości włosów.
Błędy? Spanie z mokrymi włosami, zbyt rzadkie lub zbyt częste mycie, brak obserwacji reakcji skóry, agresywne zabiegi stylizacyjne. Pielęgnacja, która miała pomagać, często pogłębia problem.
Wypadanie włosów rzadko zaczyna się w łazience. Częściej – w kuchni. I to nie tylko kwestia cukru, choć jego nadmiar ma znaczenie. „Na pewno energetyki sprzyjają łysieniu androgenowemu – są na to badania” – ostrzega ekspertka.
Zaskakujące mogą być też inne nawyki. „Jeśli pijemy 2–3 matche dziennie, to może się to przyczynić do wypadania włosów”. Nawet to, co uznajemy za zdrowe, w nadmiarze potrafi rozregulować organizm.
Ukryte powody utraty włosów
Lista przyczyn jest długa i często nieoczywista. „Jakie są ukryte powody utraty włosów?” – to pytanie powraca w rozmowie wielokrotnie. Niedobory mikroelementów, problemy hormonalne, choroby autoimmunologiczne, ale też… przesadna suplementacja, niewłaściwa pielęgnacja czy chroniczny brak snu.
Dlatego diagnoza wymaga czasu, a leczenie – cierpliwości. Włosy nie reagują natychmiast. Potrzebują miesięcy, by odbudować cykl wzrostu.
Sponsorem odcinka podcastu jest marka Carein, producent celowanych dermosuplementów wspierających kondycję skóry i włosów.
Mon, 04 May 2026 - 1h 03min - 353 - „Pomogło mi to, że jestem uparta”. Aleksandra Żebrowska o tym, że macierzyństwo nie musi oznaczać rezygnacji z siebie | „Kobiety rządzą”, odc. 4
- Jak byłam w ciąży ubrania wyglądały jak sprzęty, jakbym była maszyną - mówi Aleksandra Żebrowska w 4. odcinku podcastu „Kobiety rządzą”. Nie zaczęło się od wielkiego biznesplanu, tylko od frustracji i pytania, które dziś zadaje sobie coraz więcej kobiet: dlaczego macierzyństwo ma oznaczać rezygnację z siebie? W nowym podcaście „Kobiety rządzą” Joanna Olekszyk rozmawia z influencerką, przedsiębiorczynią – o drodze do sukcesu i cenie niezależności i o tym, czy w rodzinie da się zachować autonomię.
Aleksandra Żebrowska od lat buduje wokół siebie społeczność kobiet, które nie chcą wpisywać się w ciasne ramy społecznych oczekiwań. Jej działalność – zarówno w mediach społecznościowych, jak i w biznesie – wyrasta z potrzeby zmiany narracji.
– „Zależy mi na tym, żeby kobiety były w centrum” – mówi w rozmowie z Joanną Olekszyk i brzmi to jak manifest. Bo choć przez lata kobiety – szczególnie matki – były w opowieściach społecznych raczej tłem niż bohaterkami, Żebrowska konsekwentnie odwraca tę perspektywę. Jej marka Francis & Henry powstała właśnie z tego impulsu: sprzeciwu wobec uprzedmiotowienia kobiet w ciąży i po porodzie.
„Ubrania wyglądały jak sprzęty”
Punktem zwrotnym była ciąża. Doświadczenie, które dla wielu kobiet staje się momentem redefinicji – także własnego ciała i tożsamości.
– „Jak byłam w ciąży, ubrania wyglądały jak sprzęty, jakbym była maszyną” – wspomina Żebrowska i odsłania coś więcej niż tylko problem estetyczny. To opowieść o uprzedmiotowieniu, o sprowadzaniu kobiety do funkcji. W świecie, który z jednej strony idealizuje macierzyństwo, a z drugiej – odbiera kobietom podmiotowość, Żebrowska postanowiła stworzyć alternatywę.
– „Dlaczego, jak zostałaś mamą, masz chcieć piżamy w słoniki?” – pyta retorycznie gościni.
Francis & Henry to odpowiedź: marka, która przywraca kobietom poczucie stylu, sprawczości i normalności. Bo bycie matką nie wyklucza bycia sobą.
Sukces to nie solo performance
Choć historia Aleksandry Żebrowskiej często bywa opowiadana jako przykład indywidualnego sukcesu, ona sama konsekwentnie podkreśla znaczenie relacji i wsparcia.– „Będąc mamą udało mi się rozwinąć zawodowo, ale nie da się tego zrobić, jeśli nie ma się wsparcia”. To ważny głos w dyskusji o „self-made woman”. Bo za każdą historią sukcesu stoją konkretne warunki – emocjonalne, logistyczne, społeczne. W przypadku Żebrowskiej ogromną rolę odgrywa partnerstwo w związku. Jej relacja z Michałem Żebrowskim – aktorem, ale też partnerem w codzienności – staje się przykładem tego, jak może wyglądać nowoczesny model rodziny.
Bez przestrzeni na rozwój i bez wzajemnego wsparcia trudno mówić o realnej niezależności.
Upór jako strategia
W opowieści o sukcesie Żebrowskiej nie ma miejsca na przypadek. Jest za to determinacja. – „Pomogło mi to, że byłam uparta”. To upór rozumiany nie jako ślepe trwanie przy swoim, ale jako konsekwencja. Umiejętność działania mimo wątpliwości, zmęczenia, presji. W świecie, który od kobiet wciąż oczekuje kompromisów, upór staje się narzędziem przetrwania – i rozwoju.Aleksandra Żebrowska nie wpisuje się w stereotyp „grzecznej dziewczyny”. I być może właśnie dlatego jej głos tak dobrze rezonuje z innymi kobietami.
Małe szczęścia, duże znaczenia
W tej historii jest jeszcze jeden ważny wątek – codzienność. Bo choć rozmowa dotyczy sukcesu, biznesu i ambicji, Żebrowska nie traci z oczu tego, co najprostsze. – „Trzeba doceniać małe szczęścia” - mówi i daje kontrapunkt dla kultury nieustannego pędu. W świecie, w którym sukces mierzy się skalą i widocznością, ona przypomina o czymś bardziej podstawowym: o uważności, o równowadze, o tym, że życie to nie tylko kolejne cele do odhaczenia.Nowa definicja sukcesu
Podcast „Kobiety rządzą” zaczyna się od mocnego akcentu. Historia Aleksandry Żebrowskiej to nie jest klasyczna opowieść o biznesowym triumfie.
I może właśnie dlatego ta rozmowa zostaje z nami na dłużej. Bo pokazuje, że w świecie pełnym sprzecznych oczekiwań wciąż można wybrać własną drogę – nawet jeśli wymaga to uporu.
Thu, 16 Apr 2026 - 45min - 352 - „Już czterolatki mają problemy z lękiem i smutkiem". Jak wspierać dzieci i czym jest „golden time"? | „Dylematy mamy i taty”, odc. 3
- Ważne jest, żeby dzieci doświadczały różnych emocji - mówi dr Anna Orylska w podcaście „Dylematy mamy i taty”. A rodzice chcą je chronić, co jest naturalnym odruchem – wygładzić drogę, odsunąć przeszkody, oswoić to, co nieznane. Ale czy nadmiar troski nie odbiera dzieciom czegoś kluczowego: odporności psychicznej? W podcaście „Zwierciadła” Alina Gutek rozmawia z psycholożką o tym, czym jest dziecięcy lęk, kiedy staje się sygnałem alarmowym i dlaczego – paradoksalnie – to właśnie trudne emocje budują siłę na przyszłość. Sponsorem odcinka podcastu jest Boiron.
Strach czy lęk? Różnica, która zmienia wszystko
Rozmowa zaczyna się od podstawowego, ale często pomijanego rozróżnienia. „Czym różni się lęk od strachu?” – pyta prowadząca i zastępczyni redaktorki naczelnej „Zwierciadła", Alina Gutek, porządkując pojęcia, które w codziennym języku zlewają się w jedno.Strach jest reakcją na konkretne zagrożenie – pojawia się szybko i znika, gdy sytuacja się kończy. Lęk działa inaczej: bywa rozlany, trudny do uchwycenia, często nie ma jednej przyczyny. I to właśnie on najczęściej towarzyszy dziś dzieciom.Jak podkreśla dr Anna Orylska, skala zjawiska jest większa, niż chcielibyśmy myśleć: „13 proc. dzieci w wieku od 9 do 19 roku życia zmaga się z problemami psychicznymi – jak wynika z raportu Unicef. Ale liczby są niedoszacowane, bo w grupie diagnozowanej jest to już 40 proc., które zmaga się z zaburzeniami lękowymi i depresyjnymi”. To nie są abstrakcyjne dane – to codzienność wielu rodzin.
Dziecko nie mówi „boję się”. Ono to pokazuje
Problem polega na tym, że dzieci rzadko komunikują swoje emocje wprost. Zamiast powiedzieć „boję się”, zaczynają inaczej funkcjonować: gorzej śpią, wycofują się albo reagują złością.Dlatego – jak tłumaczy ekspertka – tak łatwo coś przeoczyć. „Depresja u dzieci objawia się inaczej niż u dorosłych, to często rozdrażnienie, bezsenność i zmieniony apetyt” – mówi dr Orylska, wskazując, że to właśnie te subtelne zmiany powinny zapalać w rodzicach czerwoną lampkę.Jednocześnie dzieci nie uczą się emocji w próżni. Obserwują dorosłych i przejmują ich strategie radzenia sobie. „Dzieci są jak barometry, które szybko uczą się, jak się zachowywać w stresujących sytuacjach od rodziców” – dodaje psycholożka.To oznacza, że nasze reakcje mają większe znaczenie, niż nam się wydaje.
Nadopiekuńczość – czuła pułapka
Wielu rodziców działa z najlepszej intencji: chce uchronić dziecko przed stresem, rozczarowaniem, bólem. Problem w tym, że taka strategia często przynosi odwrotny efekt.Dr Orylska ujmuje to bardzo wprost: „kiedy dziecko chronimy, to wzmacniamy jego lęki”.Jeśli dziecko nie ma okazji zmierzyć się z trudnością, nie uczy się, że potrafi ją pokonać. Zamiast tego buduje przekonanie, że świat jest pełen zagrożeń, a ono samo nie ma zasobów, by sobie z nimi poradzić.
Golden time – moment, którego nie warto przegapić
Psycholożka zwraca też uwagę na tzw. „golden time” – moment, w którym reakcja dorosłego ma szczególne znaczenie. To nie zawsze spektakularny kryzys, częściej subtelna zmiana: wycofanie, napięcie, milczenie.To chwila, kiedy dziecko jeszcze wysyła sygnały – i kiedy można realnie pomóc. Jeśli zostaną zauważone, napięcie może się rozładować. Jeśli nie – może się pogłębiać.Dlatego tak ważna jest uważność, a nie perfekcja.
Rodzic nie musi być idealny. Ma być obecny
Na koniec rozmowa wraca do rodziców – ich lęków, wątpliwości i poczucia odpowiedzialności. Dr Orylska przypomina coś, co wciąż bywa trudne do przyjęcia: „szukanie pomocy nie jest oznaką słabości, a przeciwnie: odwagi i odpowiedzialności”.Nie trzeba mieć wszystkich odpowiedzi ani zawsze reagować idealnie. Wystarczy być obecnym, uważnym i gotowym, by czasem powiedzieć: „nie wiem, ale spróbujmy to razem zrozumieć”. Bo dzieci nie potrzebują świata bez stresu. Potrzebują dorosłych, którzy pokażą im, jak przez ten świat przejść – z emocjami, a nie wbrew nim.
Sponsorem odcinka podcastu jest Boiron.Wed, 15 Apr 2026 - 49min - 351 - „Panowie, na których jest popyt, nie zakochują się”. Tomasz Szlendak o końcu miłości i „uwiądzie” pożądania | „Mężczyzna jest człowiekiem”, odc. 14
- Kobiety zakochują się w kim trzeba, to raczej mężczyzna głupio lokują uczucia - mówi prof. Tomasz Szlendak w najnowszym odcinku podcastu „Mężczyzna jest człowiekiek”. eata Biały rozmawia z socjologiem o tym, dlaczego romantyczna wizja miłości traci dziś grunt pod nogami. I dlaczego – paradoksalnie – to kobiety okazują się bardziej pragmatyczne, a mężczyźni… bardziej zagubieni. Czy jeszcze wierzymy w miłość od pierwszego wejrzenia, czy raczej w checklistę cech partnera w notatkach w telefonie?
Jeszcze niedawno miłość była opowieścią o szansie: o spotkaniu, które zmienia wszystko. Dziś coraz częściej przypomina analizę ryzyka. Prof. Tomasz Szlendak nie ma złudzeń: „dziś miłość kojarzy się z zagrożeniem, a kiedyś z szansą. Mężczyźni zaczynają kalkulować, czy opłaca im się być w związku”. Przesunięcie nie jest kosmetyczne – to zmiana kulturowa. Relacje przestają być przestrzenią spontaniczności, a stają się projektem do zarządzania. Wchodzimy w nie z listą oczekiwań, wyobrażeń i warunków brzegowych. „Dzisiaj ludzie mają przygotowaną listę cech partnera do długiego związku” – mówi socjolog.
Co jest na tej liście? Stabilność emocjonalna, zaradność, kompatybilność stylu życia, podobne wartości, ale też… wiele, wiele innych oczekiwań.
Kobiety wiedzą, czego chcą
W tej nowej rzeczywistości to kobiety okazują się bardziej strategiczne. „Są bardziej racjonalne w miłości i zakochują się w kim trzeba” – zauważa Szlendak. Brzmi to prowokacyjnie, ale kryje się tu konkretna obserwacja społeczna. Kobiety częściej podejmują decyzje relacyjne w oparciu o realne szanse powodzenia związku. Mniej miejsca zostawiają przypadkowi, więcej – analizie.To również efekt zmiany pozycji kobiet. Niezależność ekonomiczna, edukacja, rozwój zawodowy sprawiają, że partner przestaje być koniecznością, a staje się wyborem. A wybory – jak wiadomo – wymagają kryteriów.
Mężczyźni i romantyczna pułapka
Po drugiej stronie tej relacyjnej układanki sytuacja wygląda mniej stabilnie. „To raczej mężczyzna głupio się zakochują” – mówi Szlendak. I idzie dalej: „Zakochują się mężczyźni, na których popytu nie ma, a nie zakochują się ci, na których popyt jest”. Brutalna diagnoza dobrze opisuje napięcie współczesnych relacji. Mężczyźni coraz częściej tracą orientację w nowych regułach gry. „Przestali kobietom imponować” – dodaje socjolog.
Nie chodzi tylko o kryzys męskości, ale o zmianę oczekiwań. Dawne modele – siła, status, dominacja – przestają wystarczać. Nowe – emocjonalność, partnerstwo, uważność – nie zawsze są przyswojone.
Efekt? Dezorientacja. I coraz częściej – wycofanie.
Związek? Dopiero po trzydziestce
Zmienia się też moment, w którym relacje zaczynają być naprawdę ważne. „Relacja z drugą osobą zaczyna być ważna po 30” – zauważa Szlendak. Wcześniej dominuje rozwój indywidualny: edukacja, kariera, samopoznanie. Związek przestaje być punktem wyjścia, a staje się jednym z wielu elementów układanki. Co więcej, redefiniujemy nawet to, czym jest „poważna relacja”. „Dziś poważny związek to powyżej trzy miesiące” – mówi socjolog. To zdanie brzmi jak żart, ale dobrze oddaje tempo współczesnych relacji: szybkie wejścia, szybkie wyjścia, niska tolerancja na trudność.
Uwiąd pożądania
Jednym z najbardziej niepokojących wątków rozmowy jest kwestia spadku libido – nie tylko jednostkowego, ale społecznego. „Mamy uwiąd pożądania spowodowany zanikiem testosteronu” – mówi Szlendak. Ekspert opisuje tu szersze zjawisko: spadek energii seksualnej i relacyjnej. „Ludziom się coraz mniej chce” – dodaje.
Zmęczenie, stres, nadmiar bodźców, cyfrowe rozproszenie – wszystko to sprawia, że relacje wymagają dziś większego wysiłku niż kiedyś. A jednocześnie mamy coraz mniejszą gotowość, by ten wysiłek podjąć.
Miłość jako ryzyko
Najbardziej przejmująca jest jednak zmiana narracji wokół miłości. „Myślimy o związkach w kategorii utraty lub zagrożenia” – mówi Szlendak. Boimy się stracić niezależność, czas, komfort. Boimy się rozczarowania. Boimy się, że inwestycja się nie zwróci.
W efek
Tue, 14 Apr 2026 - 55min - 350 - „To bliska droga do przemocy ekonomicznej". Dlaczego kobiety oddają władzę nad pieniędzmi partnerom? | „Słowo do słowa”, odc. 11
Pieniądze dają wolność decydowania o sobie, bo jak je mam i coś mi się nie podoba, to mogę wyjść - mówi Dominika Nawrocka w nowym odcinku podcastu „Słowo do słowa”. Rozmowa Joanny Brodzik z influencerką finansową zaczyna się od „fakturek i pieniążków”, a kończy na fundamentalnych pytaniach o pieniądze, menopauzę i kobiecą sprawczość. Sponsorem odcinka jest Promensil Forte – suplement diety dla kobiet, które również w czasie menopauzy chcą żyć w zgodzie ze swoją naturą.
„Fakturki, pieniążki"
„Czy kobiety oddają władzę nad swoimi pieniędzmi swoim partnerom?” – pyta wprost Joanna Brodzik. Odpowiedź Dominiki Nawrockiej jest zaskakująco szczera: „Nie boję się mówić wprost, że robimy to często z lenistwa”.Ale za tym „lenistwem” kryje się coś więcej – brak edukacji i wzorców. „Nie mamy świadomości, jakie mamy prawa w związku w kwestii pieniędzy” – dodaje ekspertka, co brzmi jak diagnoza całego pokolenia kobiet wychowanych w przekonaniu, że finanse to „czyjaś działka”. Widać to wyraźnie też w infantylnym sposobie, jak mówimy o pieniądzach. „Fakturki, pieniążki – walczę z tym” – przyznaje Joanna Brodzik. Efekt? Często oddajemy kontrolę, zanim w ogóle zrozumiemy, co tracimy.
Cicha twarz przemocy ekonomicznej
Rozmowa nie ucieka od trudnych tematów. „Jeśli nie mamy dostępu do pieniędzy w relacji, to jest bliska droga do przemocy ekonomicznej” – podkreśla Nawrocka.To agresja, której często nie widać. „Są kobiety, które z zewnątrz wiodą piękne, wspaniałe, dostatnie życie, a w środku jest tzw. złota klatka” – mówi ekspertka. „Nie stać ich, żeby nawet fizycznie się wydostać z takiego domu – nie mają na taksówkę czy na bilet na autobus”.Pieniądze, menopauza i nowe priorytety
W rozmowie pojawia się także temat menopauzy – momentu życiowego przełomu, który często zmusza do redefinicji wszystkiego: od relacji po finanse.„Trzeba mieć jasną listę priorytetów: na pierwszym miejscu jest zdrowie, a na drugim pieniądze” – mówi Nawrocka. Zdrowie traktowane jest wg ekspertki jako inwestycja w siebie, zresztą ta najważniejsza. - Bo najpierw warto zadbać o dobrą formę, samopoczucie, sen, koncentrację. Jak jesteśmy zdrowe, to mamy inne spojrzenie na życie i możemy się zająć punktem nr 2, czyli swoją ochroną finansową - rozwija ekspertka. Ta hierarchia wybrzmiewa szczególnie mocno w kontekście zmian hormonalnych, spadków energii i potrzeby zadbania o siebie na nowo. Bo pytania, które wybrzmiewają w podcaście, są pytaniami wielu kobiet:– Jakie mamy kompetencje finansowe?– Jakie są nasze supermoce?– Ile powinna wynosić poduszka finansowa?Odpowiedzi Dominiki Nawrockiej nie są proste, ale jedno jest pewne: „Nie wmawiać sobie, że jestem na mecie”. Finansowa autonomia to proces, nie punkt docelowy.
Sponsorem odcinka jest Promensil Forte – suplement diety dla kobiet, które również w czasie menopauzy chcą żyć w zgodzie ze swoją naturą.Preparat Promensil Forte w każdej tabletce zawiera 80 mg bioaktywnych izoflawonów z czerwonej koniczyny. Stosując go jesteśmy pewne, co przyjmujemy. Skuteczność i bezpieczeństwo preparatu zostało sprawdzone przez niezależne ośrodki medyczne w 19 badaniach klinicznych, w badaniach uczestniczyło ponad 1 500 kobiet. A specjalnie dla polskich pacjentek produkt poddali ocenie także profesorowie ginekologii i endokrynologii z Polskiego Towarzystwa Menopauzy i Andropauzy. Uznali oni jednomyślnie, że warto rozważyć jego zastosowanie u tych kobiet, których jakość życia uległa istotnemu pogorszeniu z powodu objawów związanych z menopauzą, a które nie mogą lub nie chcą stosować hormonalnej terapii menopauzalnej. Promensil Forte dzięki zawartości wyciągu z czerwonej koniczyny zmniejsza ilość uderzeń gorąca, nocne poty oraz redukuje niepokój i drażliwość.
Mon, 13 Apr 2026 - 53min - 349 - „Nie pozwalamy sobie na kontakt ze sobą”. Halina Piasecka o emocjonalnym wyczerpaniu
- Zauważenie emocji i spojrzenie na nie z boku to pierwszy klucz do sukcesu - mówi psycholożka, Halina Piasecka w 20. odcinku podcastu „Ukryte piękno”. To rozmowa o uczuciach, które spychamy pod powierzchnię – i o cenie, jaką za to płacimy. Bo one nie znikają, tylko zmieniają formę.
Uśmiech zamiast złości. „Wszystko OK” zamiast smutku. W tym odcinku podcastu „Ukryte piękno” Magdalena Kuszewska rozmawia z psycholożką Haliną Piasecką
Emocje, których nie było wolno czuć
„Nie potrafimy nazwać emocji nawet tych podstawowych. Nie nauczono nas tego. Wręcz oczekiwano np. w dzieciństwie, że tych emocji nie będziemy okazywać” – mówi Halina Piasecka. Bo jeśli nie umiemy rozpoznać, co czujemy, to jak mamy o siebie zadbać?W wielu domach emocje były problemem do rozwiązania, a nie doświadczeniem do przeżycia. Złość była „niegrzeczna”, smutek – „przesadzony”, a lęk – „bez sensu”. W dorosłości płacimy za to wysoką cenę: napięciem, wyczerpaniem, relacjami, które nie wytrzymują ciężaru niewypowiedzianych rzeczy.
Kiedy emocje wracają tylnymi drzwiami
Tłumienie emocji nie działa, tzn. działa, ale tylko na chwilę. Potem wraca w ciele: bezsennością, napięciem, rozdrażnieniem. „Zarządzać emocjami, a je tłumić, to są dwie różne rzeczy” – podkreśla Piasecka.
Właśnie dlatego tak ważne jest rozróżnienie: regulacja nie polega na tym, żeby „się ogarnąć”, tylko żeby zrozumieć, co się z nami dzieje. Bo – jak mówi psycholożka – „każda emocja jest jakąś informacją”. Problem zaczyna się wtedy, gdy ignorujemy te sygnały zbyt długo.
Emocjonalne wyczerpanie: cichy kryzys
Kiedy mówimy o emocjonalnym wyczerpaniu? Wtedy, gdy już nie czujemy nic – albo czujemy wszystko naraz, ale bez kontroli. To moment, w którym organizm przestaje nadążać za napięciem. I choć często kojarzymy go z pracą, równie często zaczyna się w życiu prywatnym – od niepostawionych granic, od przemilczanych potrzeb.
„Przekraczane są granice u osób, które nie wiedzą, gdzie te granice są. Sami nie wiemy, gdzie są nasze granice i jakie są nasze potrzeby” – mówi Piasecka. Dlaczego tak trudno nam być dla siebie wyrozumiałymi? Bo łatwiej jest analizować, poprawiać, oceniać – niż po prostu być ze sobą. „Najważniejsze to mieć ze sobą kontakt. Nie pozwalamy sobie na kontakt ze sobą” – zauważa psycholożka. Taka autoempatia wymaga zatrzymania. A tego dziś boimy się najbardziej. Dlatego jednym z najprostszych – i najtrudniejszych – narzędzi jest uważność na to, co czujemy tu i teraz. „Zauważenie emocji i spojrzenie na nie z boku to klucz do sukcesu”.
„Regulacji emocji uczymy się od rodziców”
Ukrywanie emocji przy dzieciach to temat, który w rozmowie wybrzmiewa szczególnie mocno. Bo dzieci nie uczą się tego, co mówimy – tylko tego, co robimy. - Regulacji emocji uczymy się od rodziców - podkreśla ekspertka. Jeśli dorosły ich nie nazywa, dziecko też nie będzie tego robić. Jeśli dorosły udaje, że „nic się nie stało”, dziecko uczy się, że emocje należy ukrywać. Efekt? Kolejne pokolenie ludzi, którzy czują – ale nie wiedzą co.
Książka Haliny Piaseckiej „Czuję, więc jestem. Jak rozumieć i regulować emocje” (Wydawnictwo Zwierciadło) to nie poradnik z szybkimi rozwiązaniami, lecz zaproszenie do uważnego kontaktu ze sobą. Autorka pokazuje, że emocje nie są przeszkodą, ale podstawowym systemem informacji o naszym życiu – wpływają na decyzje, relacje i sposób radzenia sobie ze stresem.Piasecka łączy wiedzę psychologiczną i neurobiologiczną z praktyką codzienności. Zamiast gotowych recept proponuje zestaw narzędzi: od technik oddechowych i uważności, przez zmianę perspektywy myślenia, po prowadzenie dziennika emocji czy praktykę wdzięczności.
To książka o tym, że odporność psychiczna nie polega na braku trudnych emocji, ale na zdolności powrotu do równowagi – i na odwadze, by czuć, zamiast udawać, że nic się nie dzieje.
Thu, 26 Mar 2026 - 49min - 348 - „Niektórzy ludzie kłócą się tylko po to, żeby coś poczuć”. Co naprawdę konflikty mówią o parze? | „Porozmawiajmy o miłości z Pawłem Droździakiem”, odc. 3
- Jak para kłóci się o naczynia, to wcale nie kłóci się o naczynia - mówi psycholog, Paweł Droździak. Sprzeczki w związku to tylko wierzchołek góry lodowej – pod spodem pulsują lęki, potrzeby i historie, które często zaczęły się na długo przed poznaniem partnera. W trzecim odcinku podcastu „Porozmawiajmy o miłości z Pawłem Droździakiem” Agnieszki Radomskiej rozmawiamy tym, dlaczego się kłócimy, czy istnieje „dobra kłótnia” i co tak naprawdę chcemy sobie powiedzieć, gdy podnosimy głos.
Nie kłócimy się o naczynia. Ani o wiadomości bez odpowiedzi. Ani o to, kto wyniesie śmieci. Konflikty, które wydają się błahe, są tylko pretekstem. Prawdziwe napięcie dotyczy czegoś znacznie głębszego: poczucia bycia nieważnym, opuszczonym, niedocenionym.
W relacjach romantycznych uruchamiają się nasze najwcześniejsze doświadczenia – często nieuświadomione. Dlatego nawet najbardziej „racjonalna” rozmowa może nagle zamienić się w emocjonalną burzę. Bo nie chodzi o to, co się wydarzyło. Chodzi o to, co to wydarzenie w nas uruchomiło.
Kłótnia jako dowód, że się żyje
„Niektórzy ludzie kłócą się tylko po to, żeby coś poczuć. Czy jeśli nie czuję nic intensywnego, to czy ja w ogóle coś czuję. Czasem to przykrywa niepokój: czy ja w ogóle żyję, czy jestem ważny” – zauważa Droździak.
W świecie, w którym często funkcjonujemy na autopilocie, konflikt bywa jedynym momentem intensywnego kontaktu – ze sobą i z drugą osobą. Kłótnia staje się wtedy paradoksalnym dowodem na to, że relacja jeszcze żyje. Nawet jeśli jest bolesna, daje poczucie bycia zauważonym. Bycia w relacji.
Dlaczego rozsądek przegrywa
W teorii wiemy, jak się komunikować. Znamy zasady, czytaliśmy poradniki, słuchaliśmy podcastów. A jednak w praktyce często „odpala się” coś zupełnie innego. „Nasza część refleksyjna w mózgu działa wolniej niż instynktowa” – tłumaczy ekspert. „Nasze odruchy uruchamiają się w milisekundach i chodzi o to, żeby dowiedzieć się, co je wyzwala”.
To dlatego możemy – jak mówi Droździak – „kogoś absolutnie rozjechać, mówiąc jak książka”. Używać poprawnych komunikatów, a jednocześnie ranić. Bo za słowami stoi napięcie, które nie zostało nazwane.
Kłótnie w erze social mediów
Nowym polem konfliktu stają się dziś media społecznościowe. „Bardzo często osoby, które dogadują się na żywo, kłócą się ze sobą w mediach społecznościowych” – zauważa Droździak. Dlaczego? Bo ekran daje pozorne poczucie kontroli i dystansu. Łatwiej napisać coś ostrego, trudniej zobaczyć reakcję drugiej osoby. A jednocześnie publiczność – nawet jeśli wyobrażona – podbija emocje, których wielu potrzebuje. Kłótnia przestaje być intymna. Staje się performansem.
Lęk, który rządzi relacją
„Jeśli mam głęboką obawę, że wszystkie moje relacje są niestabilne i się kończą, to nieistotne, jakich słów użyjemy. Ważne jest to, co jest głębiej w nas” - mówi ekspert podając klucz do zrozumienia wielu związkowych napięć. Bo jeśli w tle działa lęk przed porzuceniem, każda sytuacja może zostać zinterpretowana jako zagrożenie – nawet neutralna.Wtedy partner nie jest już partnerem. Staje się kimś, kto ma nas „uratować” – albo potwierdzić najgorsze obawy.
„Chcę odszkodowania za dzieciństwo”
Często w relacjach oczekujemy, że partner wypełni braki, których doświadczyliśmy kiedyś. Że naprawi to, co było trudne, bolesne, niesprawiedliwe. Problem w tym, że żadna relacja tego nie udźwignie. „Ja chcę kogoś, kto wypłaci mi odszkodowanie za moje dzieciństwo” - mówi psycholog i podaje od razu skutek takiego podejścia.Czy istnieje dobra kłótnia?
Dobra kłótnia to nie taka, w której nie ma emocji. To taka, w której emocje prowadzą do zrozumienia, a nie do zniszczenia. W której zamiast „wygranej” pojawia się ciekawość: co się właśnie wydarzyło między nami? To kłótnia, po której wiemy o sobie więcej. Bo miłość to nie tylko bliskość. To także napięcie. I to, co z nim zrobimy, decyduje o tym, czy relacja przetrwa. Kłótnie nie są więc błędem systemu, tylko jego częścią. Pytanie nie brzmi: jak ich uniknąć, tylko zrozumieć.
Fri, 20 Mar 2026 - 1h 06min - 347 - „Kobiety przechodzą na zbyt restrykcyjne diety”. Sylwia Leszczyńska o menu, które zatrzymuje czas i procesy zapalne | „Ukryte piękno”, odc. 19
- Wystarczy nie słodzić i już unikniemy przytycia kilograma rocznie - mówi dietetyczka kliniczna, Sylwia Leszczyńska w rozmowie z Magdaleną Kuszewską w podcaście „Ukryte piękno”. To nie jest kolejna „dieta cud”. To konkretne liczby, badania i proste zmiany, które – jak pokazuje praktyka – potrafią odwrócić najbardziej uciążliwe objawy menopauzy. Bo kiedy „12 tygodni stosowania diety roślinnej sprawia, że u 60% kobiet uderzenia gorąca ustępują”, trudno mówić o przypadku. W rozmowie z Sylwią Leszczyńską okazuje się, że menopauza zaczyna się… na talerzu.
Uderzenia gorąca, nagły przyrost masy ciała, spadek energii – menopauza potrafi zaskoczyć nawet najbardziej świadome kobiety. Ale to nie jest moment bezradności. To moment decyzji. Bo odpowiednio dobrana dieta może realnie zmniejszyć objawy i przywrócić poczucie kontroli nad własnym ciałem.
Kiedy metabolizm przyspiesza… w złą stronę
Największy mit? Że przybieranie na wadze to kwestia braku dyscypliny. Tymczasem – jak podkreśla Sylwia Leszczyńska – „menopauza to wydarzenie metaboliczne”. I to takie, które zmienia zasady gry.Organizm zaczyna funkcjonować inaczej: „w okresie perimenopauzy zaczynamy przybierać kilogram, dwa kilogramy rocznie”, a jednocześnie „rośnie dwu-, trzykrotnie ryzyko zespołu metabolicznego”. Do tego dochodzi spadek masy kostnej – nawet „o 2–3% rocznie”.
To moment, w którym przypadkowe jedzenie przestaje działać. A zaczyna mieć znaczenie każdy wybór.
Kolorowy talerz zamiast restrykcji
Zamiast eliminacji i zakazów pojawia się prostsza zasada: różnorodność. „Im więcej kolorów, tym lepiej zabezpieczamy się przed niedoborami pokarmowymi” – tłumaczy Leszczyńska.
To nie tylko estetyka. „Pokolorowanie talerza działa jak efekt przeciwzapalny”, co bezpośrednio przekłada się na funkcjonowanie organizmu.
Ten sposób myślenia zmienia wszystko: zamiast odejmować – zaczynamy dodawać.
Dieta, która realnie zmniejsza objawy menopauzy
Najbardziej spektakularne są jednak efekty, które widać w badaniach. „12 tygodni stosowania diety roślinnej spowodowało, że u 60% kobiet uderzenia gorąca ustąpiły” – podkreśla ekspertka.
To pokazuje, że dieta nie jest dodatkiem do leczenia. Może być jego fundamentem.
Równie ważne jest wsparcie dla kości. „Łyżka maku dostarcza tyle wapnia, co szklanka jogurtu” – to przykład, jak nieoczywiste produkty mogą realnie wpływać na zdrowie.
Zbyt restrykcyjne diety
Paradoksalnie to nie brak kontroli, ale jej nadmiar bywa problemem. „Kobiety przechodzą na zbyt restrykcyjne diety” – zauważa Leszczyńska.
Efekt? Spowolniony metabolizm, utrata masy mięśniowej i jeszcze większe trudności z utrzymaniem wagi.
Dlatego zamiast zaczynać od ograniczeń, lepiej – jak radzi ekspertka – „zacząć od tego, gdzie jestem teraz”. Sprawdzić skład ciała, zrozumieć potrzeby organizmu i dopiero na tej podstawie wprowadzać zmiany.
Bo celem nie jest tylko mniej kilogramów. Celem jest „zachowanie jak największej masy mięśniowej”, która decyduje o tempie metabolizmu i ogólnej sprawności.
Dieta nordycka: lepsza niż trendy
Nie trzeba sięgać po egzotyczne produkty, by jeść zdrowo. Jak podkreśla Leszczyńska, „dieta nordycka jest odpowiednikiem diety śródziemnomorskiej” – ale lepiej dopasowanym do naszego klimatu i dostępności produktów.Ryby, kasze, warzywa korzeniowe, jagody – to nie trend, tylko powrót do podstaw, które organizm dobrze zna.
Przewodnik, który porządkuje chaos
„Dieta w menopauzie. Przewodnik dla każdej kobiety” to książka, która odpowiada na najważniejsze pytania pojawiające się w czasie zmian hormonalnych. Sylwia Leszczyńska, bazując na badaniach i praktyce klinicznej, pokazuje, jak dieta wpływa na objawy menopauzy i jak ją dopasować do indywidualnych potrzeb.
Znajdziemy tu nie tylko wyjaśnienie mechanizmów metabolicznych, ale też konkretne wskazówki, jak komponować posiłki i budować nawyki, które wspierają zdrowie. To uporządkowana wiedza w czasie, który dla wielu kobiet bywa pełen sprzecznych informacji.
Tue, 17 Mar 2026 - 51min - 346 - „Dziewczynce nie wypada? Mnie to obeszło bokiem”. Jak Karolina Kuklińska-Kosowicz zbudowała markę i własny styl przywództwa? | „Kobiety rządzą”, odc. 3
Nie chciała być „grzeczną dziewczynką”. Nie chciała być niewidzialna. Nie chciała też udawać, że lider musi być chłodny i zdystansowany. W podcaście „Kobiety rządzą” Joanna Olekszyk rozmawia z Karoliną Kuklińską-Kosowicz, prezeską firmy kosmetycznej YOPE, o drodze do przywództwa, które nie polega na dominacji, lecz na uważności, sile relacji i odwadze zmieniania zdania. To rozmowa o siostrzeństwie, o byciu „w środku” i o współczesnej czarownicy, która wie, że rządzenie to nie pozycja — to energia. Sponsorem odcinka podcastu jest producent kosmetyków naturalnych YOPE.
Ta niewidzialna ze środka
„Byłam pośrodku w rodzeństwie, tą niewidzialną” — mówi Karoliną Kuklińską-Kosowicz. Środkowe dziecko. Ani pierwsze, ani najmłodsze. Bez przywileju pioniera i bez czułej taryfy ulgowej. To doświadczenie, jak przyznaje, nauczyło ją jednej rzeczy: żeby być słyszaną, trzeba nauczyć się mówić wyraźnie.
Paradoksalnie jednak to właśnie relacje z rodzeństwem stały się jej największym kapitałem. „Z nikim nie jestem tak w stanie porozmawiać, jak z moim bratem czy siostrą. Z nimi mogę zadzwonić w każdej chwili. Na każdym etapie próbujemy się złapać — to jest bezcenne i czyste”.
W świecie biznesu, gdzie relacje często mają termin ważności, ta bezwarunkowość jest dla niej fundamentem. Liderka, która wie, że może się oprzeć na najbliższych, rządzi inaczej. Bez lęku, bez pozorów, bez udawania.
„Dziewczynce nie wypada”?„Dziewczynce nie wypada — mnie to obeszło bokiem” — mówi z uśmiechem. To zdanie brzmi jak manifest. Nie było w niej zgody na ciasne ramy. Na to, że ma być cicho, grzecznie i nie wychylać się za bardzo.
Ten bunt nie był jednak krzykiem. Był konsekwencją. Karolina opowiada, że pracowała od rana do wieczora. „Brałam z pracy stylistki garściami”. Chłonęła świat estetyki, wrażliwości, detalu. Uczyła się, że marka to nie tylko produkt — to historia, emocja, rytm.
To doświadczenie kreatywne stało się później jednym z filarów budowania YOPE. Bo w tej firmie design i zapach nie są dodatkiem. Są językiem.
Kuklińska-Kosowicz nie ucieka od mocy. Jednocześnie nie widzi sprzeczności między siłą a czułością. „Potrafię zmieniać zdanie i nie mam z tym problemu” — dodaje. W świecie, który przez lata uczył liderów, że nie wolno się cofać, to deklaracja odwagi.
Zmiana zdania nie jest słabością. Jest dowodem, że się słucha, analizuje, dojrzewa.
Totalnie współczesna czarownica„Jestem totalnie współczesną czarownicą” — mówi bez ironii. I nie chodzi o kostium ani o modny feminizm z Instagrama. Chodzi o intuicję, sprawczość, o umiejętność łączenia tego, co racjonalne, z tym, co przeczute.
W biznesie kosmetycznym — który z jednej strony jest twardym rynkiem, a z drugiej operuje na emocjach i zmysłach — taka podwójna wrażliwość staje się przewagą. Czarownica nie tylko zarządza. Ona czyta energię zespołu, reaguje na zmiany, wyczuwa moment.
Siła kobiet„Kocham pracować z kobietami. Dają mi siłę. Są pracowite, lojalne, można na nie liczyć. W YOPE to chyba 80 proc. pracowników”.
To zdanie nie brzmi jak slogan employer brandingowy. To raczej opis środowiska, które buduje. W firmie, gdzie większość zespołu stanowią kobiety, przywództwo przestaje być grą o dominację. Staje się siecią zależności, wzajemnego wsparcia, wspólnej ambicji.
Kuklińska-Kosowicz nie romantyzuje kobiecej pracy. Mówi o konkretach: odpowiedzialności, konsekwencji, lojalności. W świecie, który wciąż mierzy sukces skalą wzrostu i wykresów, ona mówi też o energii, zaufaniu i sile wspólnoty.
Rządzić po swojemuOdcinek „Kobiet rządzą” z Karoliną Kuklińską-Kosowicz nie jest historią o szybkim sukcesie ani o spektakularnym przełomie. To opowieść o drodze — od niewidzialnej dziewczynki do lidera, który nie boi się mówić wprost o swojej sile.
Tue, 10 Mar 2026 - 55min - 345 - „Amanda prawie się udusiła, ale zatańczyła do końca”. Małgorzata Karpiuk o kostiumach do filmu „Testament Ann Lee” | „Rzecz gustu”, odc. 8
Kostium w kinie bywa tłem. Ładnym, efektownym, czasem nawet spektakularnym — ale jednak tłem. W „Testamencie Ann Lee” kostium staje się drugim ciałem bohaterki: oddycha z nią, ogranicza ją, prowadzi, a czasem niemal ją dusi. Dosłownie. O pracy nad jednym z najbardziej wyczekiwanych filmów roku — reżyserowanym przez Monę Fastvold i nagrodzonym owacjami na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji — Karolina Liczbińska rozmawia z kostiumografką Małgorzatą Karpiuk. To rozmowa o materii, która ma wagę emocji. O sukniach cięższych niż decyzje życiowe i o tym, że dobrze skrojony kostium potrafi opowiedzieć historię równie mocno jak kamera.
Jak ubrać kobietę, która ma być jednocześnie mistyczką, liderką i matką – w XVIII wieku, w filmie będącym zarazem dramatem historycznym i musicalem? To jedno z pytań, przed którymi stanęła Małgorzata Karpiuk, kostiumografka „Testamentu Ann Lee".
Mistyczka, liderka, matka
Ann Lee nie jest postacią, którą można „ubrać historycznie” i uznać sprawę za zamkniętą. To bohaterka z pogranicza porządków: religijna wizjonerka, charyzmatyczna liderka wspólnoty shakerów, kobieta funkcjonująca w świecie twardych patriarchalnych zasad, a zarazem postać o niemal ascetycznej duchowości. Największym wyzwaniem było to, że jej kostium nie mógł być tylko epokowy. Musiał, jak mówi Karpiuk, opowiadać jej wewnętrzną drogę.
Karpiuk wraz z zespołem zanurzyła się w ikonografii XVIII wieku: rycinach, malarstwie religijnym, portretach kobiet, zapisach codzienności wspólnot protestanckich. Ale historyczna prawda była tylko punktem wyjścia. Bo jak zdradza: film nie jest rekonstrukcją muzealną. To opowieść emocjonalna.
Barokowe światło, surowa forma
Inspiracje płynęły ze świata malarstwa barokowego: ciężkie tkaniny, przygaszone barwy, światło wydobywające fakturę materiału. Kostiumy miały wyglądać tak, jakby wyszły z obrazów Caravaggia - pełne cienia, głębi i dramatyzmu.
Ale jednocześnie estetyka shakerów narzucała prostotę i funkcjonalność. To wspólnota odrzucająca przepych. Minimalizm formy zderzył się więc z malarską zmysłowością światła i faktury.
Efekt? Ubrania, które są skromne w kroju, lecz intensywne w wyrazie. Materiały o surowej strukturze. Len, wełna, grube bawełny. Tkaniny, które pracują w ruchu i łapią światło jak powierzchnia starego płótna. Bo ciężar kostiumu to ciężar decyzji, wiary i wspólnoty.
Kolor jako droga duchowa
Kostium w „Testamencie Ann Lee” opowiada historię przemiany duchowej poprzez kolor. Paleta barw nie jest przypadkowa — prowadzi widza przez emocjonalną mapę bohaterki. Początek to mrok: przygaszone brązy, szarości, ziemiste czernie. Kolory ciężkie jak noc bez snu. Jak ciało zmęczone walką z własnymi demonami. Z czasem w kostiumach pojawia się więcej światła. Sprane błękity. Złamane biele. Delikatne, rozproszone odcienie przypominające poranne mgły. Kolor nie symbolizuje tu świętości, lecz przemianę wewnętrzną. Bohaterka nie staje się „jaśniejsza” moralnie. Staje się bardziej świadoma. Bardziej obecna.
Scena na statku: piękno kontra oddechNajbardziej wymagającym momentem produkcji okazała się scena tańca na statku. Wiatr, wilgoć, zimno i ciężkie, wielowarstwowe kostiumy stworzyły mieszankę ekstremalną. Suknia Ann Lee była skonstruowana z kilku warstw grubych materiałów. Gorset mocno opinający klatkę piersiową, ciężka spódnica nasiąkająca wilgocią i sztywne elementy konstrukcyjne miały nadać sylwetce historyczną wiarygodność. Problem w tym, że ciało aktorki nie jest eksponatem muzealnym. - Amanda prawie się udusiła. Dosłownie. Gorset był tak ciasny, a scena tak intensywna fizycznie, że w pewnym momencie brakowało jej powietrza — wspomina Karpiuk.
A jednak dokończyła scenę. Amanda Seyfried tańczyła do końca ujęcia, mimo wyczerpania i fizycznego dyskomfortu. Gdy kamera przestała kręcić, trzeba było ją szybko rozsznurować. Kostium ma służyć aktorowi, ale czasem aktor musi zmierzyć się z jego ograniczeniami. Najważniejsze, by wiedzieć, gdzie jest granica.
Mon, 09 Mar 2026 - 23min - 344 - „Jeśli wychodzisz z kina myśląc tylko o zdjęciach, film nie zadziałał”. Will Rexer o operatorskiej pracy przy „Testamencie Ann Lee” | „Rzecz gustu”, odc. 7
Są filmy, które się ogląda. I są takie, które się przeżywa – niemal fizycznie, jak sen, z którego trudno się obudzić. „Testament Ann Lee” w reżyserii Mony Fastvold należy do tej drugiej kategorii. Nominowany do Złotego Lwa na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji, już okrzyknięty jednym z najważniejszych filmów roku, wchodzi do polskich kin 13 marca. Zanim jednak zobaczymy na ekranie hipnotyzującą historię religijnej wizjonerki, liderki ruchu shakerów, warto zajrzeć za kulisy. O tym, jak buduje się filmowe obrazy balansujące między mistyką, cielesnością i malarską doskonałością, z Karoliną Liczbińską rozmawia operator filmu – Will Rexer. Spotkanie odbyło się podczas 33. edycji Camerimage. I była to rozmowa nie tylko o kinie, ale o snach, wierze i odpowiedzialności obrazu.
Jeden z najbardziej wyczekiwanych filmów tego roku trafia do polskich kin 13 marca. „Testament Ann Lee" Mony Fastvold – nominowany do Złotego Lwa w Wenecji, obsypany entuzjastycznymi recenzjami – opowiada historię Ann Lee, założycielki XVIII-wiecznego ruchu religijnego shakerów, w którą wciela się Amanda Seyfried w roli powszechnie uznawanej za szczytowe osiągnięcie jej kariery. Zanim film pojawi się na ekranach, zapraszamy za kulisy jego powstawania. Na 33. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym Camerimage operator Will Rexer zdradza Karolinie Liczbińskiej, jak powstawał wyjątkowy wizualny język produkcji. Opowiada m.in. o tym, że o przyjęciu scenariusza decydują dla niego sny – i że po pierwszej lekturze „Ann Lee" śnił intensywnie o porodach i religijnej ikonografii. Zdradza też, jak głęboko twórcy zanurzyli się w malarstwie barokowym i dlaczego film – choć pełen scen tanecznych – to jego zdaniem coś zupełnie innego niż musical.
Obrazy pulsujące napięciem
Historia Ann Lee — duchowej przywódczyni religijnej wspólnoty shakerów — od początku domagała się języka wizualnego, który nie będzie tylko ilustracją epoki. Wiil Rexer wiedział, że to musi być obraz, który oddycha duchowością, ale nie wpada w estetyczną pocztówkę. Kamera miała być blisko skóry, potu i drżenia mięśni, a jednocześnie unosić się nad bohaterami jak spojrzenie kogoś, kto patrzy z innego wymiaru. - Niemal każda klatka w tym filmie oparta jest na obrazie - przyznaje operator.
Nie chodzi jednak o proste cytaty z historii sztuki. To raczej wizualne „przefiltrowanie” emocji przez estetykę dawnych mistrzów.
Twórcy „Testamentu Ann Lee” zanurzyli się w malarstwie barokowym tak głęboko, jakby przygotowywali wystawę w galerii sztuki, a nie filmowy plan. Inspiracje? Caravaggio i jego dramatyczne kontrasty światła i cienia. Georges de La Tour i intymność świecowego półmroku. Ciała wyłaniające się z mroku jak z innego świata. Światło nie jako technika, lecz jako metafizyka.
Dlatego w filmie nie ma „ładnych” zdjęć. Są obrazy pulsujące napięciem. Twarze mokre od łez i potu. Skóra o fakturze płótna malarskiego. Naturalne światło wpadające przez okna jak znak z innego porządku. Operator unika jednak estetyzacji cierpienia. Nie interesuje go piękno samo w sobie. Interesuje go prawda emocji.
- Jeśli widz wychodzi z kina i mówi: „Ale piękne zdjęcia”, to znaczy, że coś poszło nie tak. Obraz nie może być ozdobą. Ma działać podskórnie - mówi.
Taniec jako doświadczenie graniczne
W filmie pojawia się wiele scen tanecznych - intensywnych, zbiorowych, opartych na ruchu wspólnoty. Łatwo byłoby więc przykleić do filmu etykietę musicalu. Rexer stanowczo się temu sprzeciwia. Ruch shakerów był formą modlitwy. Ciało stawało się narzędziem duchowego uniesienia. Twórcy filmu pokazują taniec jako doświadczenie graniczne — bardziej przypominające rytuał niż choreografię sceniczną.
Bo „Testament Ann Lee” nie jest filmem religijnym w tradycyjnym sensie. To opowieść o charyzmie, wspólnocie i niebezpiecznej sile idei. O tym, jak duchowość potrafi wyzwalać i zniewalać jednocześnie.
Mon, 09 Mar 2026 - 15min - 343 - „Pary tańczące tango można spotkać na ulicy”. O końcu świata, który uzależnia | „Rzecz gustu”, odc. 6
Chile i Argentyna nie są kierunkami budżetowymi. To podróżnicza liga mistrzów – wymagająca, kosztowna, czasem logistycznie absurdalna. Ale w szóstym odcinku podcastu „Rzecz gustu” Max Cegielski rozmawia z Mariuszem Lewickim z Logos Tour o miejscach, które redefiniują pojęcie krajobrazu: od najsuchszego miejsca na Ziemi po lodowiec, który… rośnie. To opowieść o końcu świata, gdzie naprawdę zaczyna się podróż. Sponsorem podcastu jest biuro turystyki ZNP Logos Tour, organizator wycieczek na siedem kontynentów.
Chile: kraj wąski, ale długi jak marzenie
„Chile jest to kraj wąski, ale bardzo długi, dlatego różnorodny” – mówi Mariusz Lewicki. I trudno o lepsze wprowadzenie. Na mapie wygląda jak przypadkowa kreska przyklejona do zachodniego wybrzeża Ameryki Południowej. W rzeczywistości to geograficzny rollercoaster.
Na północy pustynia Atakama – najsuchsze miejsce na Ziemi, gdzie deszcz bywa wydarzeniem pokoleniowym. Na południu Patagonia, gdzie wiatr potrafi przewrócić dorosłego człowieka, a przestrzeń wydaje się nie mieć końca.
To właśnie tu znajduje się Torres del Paine – park narodowy, który Lewicki bez wahania nazywa jednym z cudów Ameryki Południowej. Granitowe wieże, turkusowe jeziora, lodowce zsuwające się powoli w doliny. I co ważne: można go zobaczyć zarówno podczas wymagającego trekkingu, jak i… z okna autobusu.
Wyspa Wielkanocna: izolacja totalnaJeśli jednak istnieje miejsce, które elektryzuje podróżników najbardziej, to jest nim Wyspa Wielkanocna.
„To jedno z najbardziej odizolowanych miejsc na świecie” – podkreśla Lewicki. I rzeczywiście: do najbliższego zamieszkałego lądu są tysiące kilometrów. Ciepły, przyjemny klimat. Cisza. „Mamy wrażenie spokojnego końca świata”.
Tu podróż przestaje być checklistą atrakcji, a zaczyna być doświadczeniem samotności w najbardziej spektakularnym wydaniu.
Argentyna zaczyna się od loduPo drugiej stronie Andów czeka Argentyna – kraj, który potrafi zaskoczyć nawet tych, którzy widzieli już wszystko. Jednym z jego największych fenomenów jest Perito Moreno.
Dlaczego niezwykły? Bo w czasach, gdy większość lodowców się cofa, ten… rośnie. Jego czoło pęka z hukiem przypominającym wystrzał armatni, a ogromne bryły lodu wpadają do wody z siłą, której nie odda żadne nagranie.
To spektakl natury, który odbywa się bez publiczności – chyba że przyjedziesz tu specjalnie.
Ziemia Ognista i pingwiny
Na samym dole mapy znajduje się Ziemia Ognista – legendarna kraina, która przez wieki była synonimem końca świata. Jej sercem jest Ushuaia, najdalej na południe położone miasto globu.
Tu można zobaczyć pingwiny w ich naturalnym środowisku, patrząc na ocean, który prowadzi już tylko na Antarktydę.
Buenos Aires: tango zamiast punktów orientacyjnychA potem nagle wszystko się zmienia. Z dzikiej przyrody trafiamy do Buenos Aires – miasta, które pulsuje energią.
„Pary tańczące tango można spotkać na ulicy” – mówi Lewicki. I to nie jest metafora. Tango nie jest tu folklorem dla turystów, tylko językiem codzienności.
Bo nie ma Argentyny bez tanga. Tak jak nie ma jej bez steków, czerwonego wina i późnych kolacji, które zaczynają się wtedy, gdy w Europie wszyscy już śpią.
Chile i Argentyna są drogie – to prawda. Ale w tej części „Rzeczy gustu” Max Cegielski i Mariusz Lewicki przekonują, że są też bezkonkurencyjne. Bo kiedy stoisz między lodowcem a oceanem, na pustyni albo na końcu świata – cena przestaje być najważniejszym argumentem.
Liczy się to, że naprawdę tam jesteś.
Sponsorem podcastu jest biuro turystyki ZNP Logos Tour, organizator wycieczek na siedem kontynentów.
Thu, 26 Feb 2026 - 37min - 342 - „Starym kluczem nie otworzysz nowych drzwi”. Dr Monika Czerska o stresie, złamanym sercu i mózgu, który potrzebuje zmiany | „Jak zdrowie”, odc. 13
– „Bardzo często słyszę od pacjentów: nie wiem, co mi jest, ale nie czuję się komfortowo w swoim ciele” – mówi dr n. med. Monika Czerska w najnowszym odcinku podcastu „Jak zdrowie”. I choć wyniki badań mieszczą się w normach, puls bije książkowo, a rezonans magnetyczny nie wykazuje żadnych uchwytnych zmian, coś wyraźnie przestaje się zgadzać. Coraz więcej osób doświadcza bowiem stanu, który trudno uchwycić w parametrach laboratoryjnych: permanentnego napięcia, zmęczenia, rozdrażnienia, poczucia życia „nie do końca w swoim ciele”. Rozmawiamy o tym, dlaczego medycyna przyszłości nie będzie już tylko zachodnia ani wschodnia, jak rozpoznać stres zapisany w tkankach i co zrobić, gdy dosłownie – a nie metaforycznie – pęka nam serce. Sponsorem podcastu z dr Moniką Czerską jest wydawnictwo Wielka Litera wydawca książki „Cztery Komnaty. Klucz do życia w równowadze"
Przyzwyczailiśmy się myśleć o zdrowiu w liczbach. Ciśnienie tętnicze, poziom glukozy, CRP – jeśli mieszczą się w referencyjnych zakresach, uznajemy, że organizm funkcjonuje prawidłowo. Tymczasem – jak podkreśla neurolożka, dr n. med. Monika Czerska – istnieje ogromna przestrzeń pomiędzy kliniczną normą a realnym dobrostanem, której współczesna medycyna często nie obejmuje swoim językiem. – Możemy zbadać puls ilościowo, ale w medycynie chińskiej liczy się też jakość pulsu – tłumaczy.
„Sami siebie oszukujemy, mówiąc, że jest okej”
Ta jakościowa perspektywa zakłada, że ciało nie tylko reaguje na chorobę, ale także na emocje, napięcia i przeciążenia, które przez lata pozostają nierozpoznane. To dlatego – jak mówi lekarka – „sami siebie oszukujemy, mówiąc, że jest okej”, bo skoro wyniki nie wykazują odchyleń, trudno przyznać, że chroniczne zmęczenie, bezsenność czy napięciowe bóle karku są czymś więcej niż „gorszym dniem”.A przecież – jak zauważa – „czas przyspieszył, nie mamy czasu na bylejakość”. Także w trosce o zdrowie.
Jednym z najbardziej wyrazistych przykładów przenikania emocji do fizjologii jest tzw. choroba złamanego serca. Nie jako metafora literacka, lecz jako jednostka chorobowa rozpoznawana m.in. w Japonii. – „W Japonii choroba złamanego serca funkcjonuje jako jednostka chorobowa. W medycynie chińskiej istnieje nawet punkt złamanych serc” – mówi dr Czerska.
Silny stres emocjonalny może prowadzić do zaburzeń pracy mięśnia sercowego, zmian hormonalnych i reakcji zapalnych w organizmie. Innymi słowy: smutek, strata czy przewlekłe napięcie nie zatrzymują się na poziomie psychiki, lecz znajdują swój wyraz w biologii.
Dlatego – jak podkreśla – moment kryzysu nie zawsze powinien być natychmiast „naprawiany”. – Czasem trzeba się rozsypać na kawałki, żeby to do kupy znowu zebrać. Czasami trzeba sobie popłakać i zrobić dzień przerwy życiowej - dodaje.
W świecie, który premiuje odporność i produktywność, taka zgoda na zatrzymanie bywa pierwszym realnym krokiem w stronę regeneracji.
Zdrowie ma więcej niż jedną komnatę
Perspektywę tę dr Czerska rozwija w swojej książce „Cztery komnaty. Klucz do życia w równowadze”, proponując, by o zdrowiu myśleć nie jako o braku choroby, lecz jako o dynamicznej równowadze pomiędzy kilkoma obszarami życia. Organizm nie funkcjonuje bowiem w izolacji od emocji, relacji czy poczucia sensu – przeciwnie, to właśnie napięcia w tych sferach często poprzedzają fizyczne objawy choroby. Jeśli przez lata ignorujemy przeciążenie, konflikty czy wewnętrzne sprzeczności, ciało w końcu zaczyna mówić własnym językiem.
– „Jeśli nie jesteś do czegoś przekonana, zwizualizuj” – zachęca lekarka, wskazując, że zmiana nawyków zdrowotnych zaczyna się często od zmiany sposobu myślenia o sobie i własnych potrzebach.
Ciężar niewidzialnych emocji
Szczególnie wyraźnie mechanizm ten widać u kobiet, które – jak zauważa dr Czerska – są socjalizowane do przeżywania i podtrzymywania określonych emocji. – My kobiety rozgaszczamy się w uczuciach: wstydu i poczucia winy. Pozwalamy sobie czuć, zamiast się w nich taplać - wyjaśnia ekspertka.
Wed, 25 Feb 2026 - 1h 03min - 341 - „To jak zasobny jest parter widzimy po kilku minutach”. Co mówi nam o człowieku jego stosunek do pieniędzy? | „Porozmawiajmy o miłości z Pawłem Droździakiem”, odc. 2
- Czy jesteśmy parą przegrywów i co to znaczy? Czy byłabym przegrywem także bez ciebie, bo grzebiesz mój potencjał? - takie pytania zadajemy sobie często w związkach, ale do siebie, po cichu, bo finanse to wciąż, jak seks, temat tabu. W 2. odcinku podcastu „Porozmawiajmy o miłości z Pawłem Droździakiem” Agnieszki Radomskiej rozmawiamy o tym, co oznaczają w związku kłótnie o pieniądze, bo nie zawsze chodzi w nich o pieniądze.
Dlaczego w związkach tak często kłócimy się o pieniądze – nawet wtedy, gdy wcale nie chodzi o pieniądze? Czy relacja może się rozpaść nie z powodu zdrady, braku uczuć czy różnicy charakterów, ale dlatego, że partnerzy nie potrafią dogadać się w kwestii finansów? W drugim odcinku podcastu Zwierciadła „Porozmawiajmy o miłości z Pawłem Droździakiem”, prowadzonego przez Agnieszkę Radomską, rozmowa schodzi na temat, który dla wielu par okazuje się bardziej drażliwy niż seks czy wierność.
Bo o pieniądze – jak się okazuje – kłócimy się niemal od pierwszego spotkania.
Pierwsza randka i pierwsze napięcie
Zanim pojawią się wspólne rachunki, kredyty czy decyzje o budżecie domowym, napięcie wokół pieniędzy zaczyna się dużo wcześniej. Jak zauważa psycholog, Paweł Droździak, już na początku znajomości idziemy razem na kawę – i niemal natychmiast pojawia się pytanie: kto za nią płaci?
Ten moment, choć z pozoru błahy, często odsłania więcej, niż chcielibyśmy pokazać. Stosunek do pieniędzy w relacji intymnej mówi bowiem coś zupełnie innego niż nasz ogólny stosunek do finansów. Inaczej zarządzamy pieniędzmi w pracy czy w pojedynkę, a inaczej wtedy, gdy stają się one elementem bliskości, zależności i wzajemnych oczekiwań.
Droździak podkreśla, że zasobność partnera widzimy niemal od razu, po kilku minutach kontaktu – nie tylko w tym, co ma na koncie, ale w tym, jak mówi o pracy, aspiracjach, bezpieczeństwie czy ryzyku.
Jedna z kluczowych tez rozmowy brzmi: kiedy ludzie kłócą się o pieniądze, najczęściej nie kłócą się o pieniądze. Spór o wydatki, wkład finansowy czy styl życia bardzo szybko zamienia się w pytania znacznie głębsze i bardziej bolesne:
Czy jestem osobą, z którą warto być – także ze względu na koszty?
Czy jesteśmy parą przegrywów?
Czy bez ciebie radziłabym sobie lepiej – czy to ty grzebiesz mój potencjał?
Pieniądze stają się w takich sytuacjach językiem, którym opowiadamy o wartości, ambicji i sprawczości. O tym, ile jesteśmy warci – nie tylko na rynku pracy, ale także w oczach partnera.
„Tyle jest mnie, ile jest pożytku ze mnie”
Dlaczego tak trudno rozmawiać o finansach w związku? Zdaniem Droździaka wiele osób wynosi z domu doświadczenie, że ich wartość zależy od użyteczności. Że „tyle jest mnie, ile jest pożytku ze mnie”.
W dorosłym życiu przekłada się to na relacyjne lęki: czy jestem wystarczająco produktywny, zaradny, dochodowy, by zasługiwać na miłość? A jeśli zarabiam mniej – czy oznacza to, że wnoszę do relacji mniej jako człowiek?
Czy „po równo” znaczy lepiej?
Współczesne związki często próbują organizować się wokół idei równości finansowej. Po połowie za czynsz, po połowie za wakacje, po połowie za rachunki. Ale czy symetria naprawdę rozwiązuje problem?
Droździak zwraca uwagę na obecność w relacji czegoś, co nazywa „bytami obecnymi w pokoju”. To pieniądze, które jedna osoba mogłaby zarobić – gdyby nie druga. Niewykorzystane szanse, przerwane kariery, kompromisy zawodowe. To wszystko, co nie wydarzyło się dlatego, że jesteśmy razem.
Wtedy rachunek przestaje być matematyczny. Zaczyna dotyczyć strat, poświęceń i niespełnionych możliwości.
Drugi odcinek „Porozmawiajmy o miłości” nie oferuje prostych instrukcji. Zamiast tego pokazuje, że rozmowa o pieniądzach w związku jest zawsze rozmową o czymś więcej: o lęku przed byciem niewystarczającym, o ambicjach, o poczuciu wartości i o tym, czy nasza relacja pozwala nam rozkwitnąć – czy raczej ogranicza.
Bo czasem pytanie „ile zarabiasz?” oznacza tak naprawdę: czy przy tobie mogę stać się kimś więcej – czy kimś mniej?
Thu, 19 Feb 2026 - 1h 00min - 340 - „Jak pozbędziesz się traumy, znajdziesz miejsce na coś nowego” Tomasz Karolak o byciu samym ze sobą | „Mężczyzna jest człowiekiem”, odc. 13
- Wierzę w duchowość, w energię i są na to naukowe podwaliny, jak choćby fizyka kwantowa i teoria splątanych cząstek. Jaźń człowieka jest poza polem, poza ciałem - mówi Tomasz Karolak w drugiej części rozmowy Beaty Biały w podcaście „Mężczyzna jest człowiekiem”. To opowieść o tym, co dzieje się po zejściu ze sceny. Kiedy milkną oklaski, a człowiek zostaje sam ze sobą – bez roli, bez maski, bez publiczności. Aktor mówi o miłości jako codziennym wyborze, o traumie, która zajmuje miejsce na nowe życie, i o duchowości, która nie musi już być wstydliwym dodatkiem do racjonalnego świata.
Kiedy kończą się brawa„Lubię, biją brawa, to się kończy i jesteś dalej sam. Sam ze sobą” – mówi Tomasz Karolak. To zdanie brzmi jak brutalne podsumowanie życia w świetle reflektorów. Bo brawa są jak zastrzyk: podnoszą, wzmacniają, dodają sensu. Ale działają krótko. A potem wracasz do domu i nikt nie klaszcze. W tej rozmowie Karolak opowiada o uzależnieniu od uznania. O potrzebie bycia widzianym. I o tym, jak łatwo pomylić aplauz z bliskością. Publiczność cię kocha – ale nie zna. Partnerka cię zna – ale nie zawsze klaszcze. I właśnie wtedy zaczyna się prawdziwa praca. Miłość to decyzja, nie uniesienie„Miłość jest codziennie rano wyborem” – mówi Karolak. Nie romantycznym porywem, nie nagłym olśnieniem, lecz decyzją: zostaję. Rozmawiam. Nie uciekam. Nawet kiedy jest trudno, nudno albo zwyczajnie. To miłość odarta z instagramowego filtra. Miłość jako praktyka. Bo – jak dodaje aktor – „miłość nieokazywana nie istnieje”. Można ją czuć, można o niej myśleć, można ją deklarować. Ale jeśli nie ma gestu, słowa, obecności – znika. W świecie, który celebruje intensywność, Karolak mówi o konsekwencji. O codziennym byciu obok. O telefonie wykonanym mimo zmęczenia. O rozmowie, na którą nie ma się siły, ale znajduje się czas. Rezygnacja z miłościąJednym z ważniejszych odniesień w życiu aktora jest Mistrz Eckhart. „Jeżeli rezygnujesz z czegoś z miłością, to będzie ci to wynagrodzone z królewską hojnością” – przywołuje jego słowa Karolak. Rezygnacja w tym ujęciu nie jest porażką. Jest przestrzenią. Miejscem, które robi się puste po to, by mogło się wypełnić czymś nowym. Problem w tym – zauważa – że większość z nas rezygnuje ze złością. Z poczuciem straty. Z żalem.A wtedy nic się nie wynagradza. Trauma zajmuje miejsce„Jak pozbędziesz się traumy, znajdzie się miejsce na coś na nowo” – mówi Karolak. To zdanie jest jak instrukcja dojrzałości emocjonalnej. Bo trauma nie znika sama. Ona siedzi. Zajmuje przestrzeń. I nie dopuszcza niczego nowego. Dopóki jej nie zobaczymy, nie nazwiemy, nie przepracujemy – nie ma gdzie wstawić miłości. Ani spokoju. Ani relacji, która nie będzie powtórką starego scenariusza. Karolak mówi o tym bez terapeutycznego żargonu. Raczej jak ktoś, kto sam sprawdził, że przeszłość nie mija – tylko zmienia formę. I że czasem największym aktem odwagi jest powiedzenie: potrzebuję pomocy. Duchowość bez ironiiW pewnym momencie rozmowa skręca w stronę, która jeszcze kilka lat temu mogłaby uchodzić za ryzykowną. „Wierzę w duchowość, w energię i są na to naukowe podwaliny, jak choćby fizyka kwantowa i teoria splątanych cząstek. Jaźń człowieka jest poza polem, poza ciałem” – mówi Karolak. To deklaracja, która nie próbuje się już tłumaczyć. Ani racjonalizować. Raczej łączyć: naukę z doświadczeniem, materię z przeżyciem. Aktor nie stawia się w roli guru. Mówi raczej o intuicji. O przeczuciu, że człowiek nie kończy się na skórze. I że może właśnie dlatego tak bardzo potrzebuje innych. Druga część rozmowy Beaty Biały z Tomaszem Karolakiem to opowieść o życiu po oklaskach. O miłości, która nie przychodzi sama. O traumie, która musi ustąpić miejsca. I o tym, że nawet jeśli brawa cichną – rozmowa może trwać.
Wed, 18 Feb 2026 - 39min - 339 - „Czy kobiecie wypada być zabawną? Jak już to lekko, uroczo”. Ile ryzykowały Czubaszek, Grodzieńska i Samozwaniec? | „Kultura i inne przyjemności”
Przez wieki zastanawiano się, czy kobiecie w ogóle wypada być zabawną. Jeśli już – to raczej „uroczo”, „lekko”, bez przesady. Magdalena Samozwaniec, Stefania Grodzieńska i Maria Czubaszek miały na to własną odpowiedź: robiły humor na serio. Bez taryfy ulgowej, bez zgody na bylejakość. O nich – i o cenie, jaką płaci się za śmiech – opowiada książka Violetty Ozminkowski „Humorystki. Kobiety, które uczyły nas śmiechu”. Sponsorem odcinka podcastu „Kultura i inne przyjemności” jest Wydawnictwo Prószyński i S-ka – wydawca książki Violetty Ozminkowski „HUMORYSTKI. Kobiety, które uczyły nas śmiechu”.
Kobieta, która jest zabawna, zawsze ryzykuje więcej
Samozwaniec, Grodzieńska i Czubaszek były nie tylko zabawne. One przekraczały granice, których nikt im formalnie nie wyznaczył, ale które wszyscy doskonale znali.
Nie nazywały siebie feministkami, a jednak – jak podkreśla Ozminkowski – „to, co robiły z własnym życiem, tego dowodzi”. Każda z nich na swój sposób wyrywała sobie prawo do niezależności: ekonomicznej, emocjonalnej, językowej. Humor był ich narzędziem, ale i tarczą. Czasem – bronią obosieczną.
Magdalena Samozwaniec: ironia zamiast nazwiska ojca
Magdalena Samozwaniec nie chciała nazwiska ojca. Nie chciała też wpisywać się w legendę rodu Kossaków, choć z niej nieustannie ją rozliczano. „Mocno się maluję, bo chcę zużyć wszystkie farby po Kossakach” – żartowała, jednym zdaniem unieważniając patos rodzinnego dziedzictwa.
Jej humor był błyskotliwy, ale relacje – znacznie trudniejsze. Gdy Zofia pyta Violettę Ozminkowski, jakie zachowania bohaterek były jej obce, odpowiedź pada bez wahania: „Myślę, że ta niemiłość Magdaleny Samozwaniec”. Za ironią kryła się emocjonalna surowość, może obrona, może cena autonomii. Bo Samozwaniec nie chciała nikomu niczego zawdzięczać – nawet czułości.
Stefania Grodzieńska: bezczelnie miła strategia przetrwania
Stefania Grodzieńska mówiła o sobie, że jest „emigranckim dzieckiem”. Ozminkowski prostuje: w istocie była osieroconym dzieckiem, zostawionym przez rodziców. I to doświadczenie ukształtowało jej życiową strategię. „Jak ktoś ją wkurzył, to ona była bezczelnie miła” – wspomina autorka.
Ten rodzaj humoru – inteligentnego, podszytego chłodem, precyzyjnego jak skalpel – był odpowiedzią na świat, który wobec kobiet bywał bezlitosny. „Ile razy ktoś pozbawia mnie moich praw, a ja godzę się na to, słyszę: ‘Jesteś mądrą kobietą’. Zastanawiam się, czy nie powinnam trochę zgłupieć” – mówiła Grodzieńska. I w jednym zdaniu demaskowała mechanizm, który do dziś brzmi niepokojąco aktualnie.
Maria Czubaszek: śmiech, który boli najbardziej
Najbardziej poruszająca jest opowieść o Marii Czubaszek. O jej miłości, samotności i autodestrukcji, o której Ozminkowski mówi wprost. „Myślę, że Marysia Czubaszek zagłodziła się na śmierć z miłości. Nie chciała swoją chorobą obarczać Wojtka Karolaka, który nie był w stanie opiekować się drugim człowiekiem”.
Czubaszek – mistrzyni ciętej pointy – potrafiła żartować z wszystkiego, także z siebie. „Mężczyzna jest potrzebny kobiecie do tego, żeby miała na kogo ponarzekać. We wszystkich innych sprawach da sobie radę” – mawiała. Ale za tym dowcipem kryła się krucha granica. „Jak Marysia sobie szkodziła: piła energetyki, paliła jednego za drugim, to błyszczały jej oczy. Ona chciała sobie zaszkodzić” – mówi Ozminkowski. Humor bywał tu ostatnią linią obrony.
Śmiech nie chroni przed życiem
„Humorystki” to nie laurka. To książka o kobietach, które potrafiły być złośliwe i ciepłe, pogodne i brutalnie szczere. O mistrzyniach humoru abstrakcyjnego, które miłość traktowały śmiertelnie poważnie. O intuicji, mądrości i wolności, której – jak pisze Ozminkowski – „nikt nie może nam dać”.
Sponsorem odcinka podcastu „Kultura i inne przyjemności” jest Wydawnictwo Prószyński i S-ka – wydawca książki Violetty Ozminkowski „HUMORYSTKI. Kobiety, które uczyły nas śmiechu”.
Sun, 15 Feb 2026 - 51min - 338 - „Męski facet dba o siebie i nie zmienia szybko zdania”. Tomasz Karolak o duchowości i osobach, które zapraszamy do życia | „Mężczyzna jest człowiekiem”, odc. 11
- Osoba, którą zapraszamy na serio do życia, nas fascynuje, ale ma też cechy rodzica, z którym mieliśmy problemy - mówi Tomasz Karolak w podcaście „Mężczyzna jest człowiekiem”. Czy męskość to upór, siła i niezmienność? A może odwaga, by się przyznać do wstydu, lęku i potrzeby czułości? Beata Biały rozmawia z aktorem o ojcu, który był „cieniem" i punktem odniesienia, o aktorstwie jako ucieczce i o momencie życia, w którym zamiast grać – zaczyna być.
Nowy odcinek podcastu „Mężczyzna jest człowiekiem” to rozmowa o testosteronie, który rośnie od pochwał i o granicach, które wreszcie można postawić bez poczucia winy.
Testosteron i pochwała
„Chwalony mężczyzna wydziela więcej testosteronu” – rzuca Karolak i przytacza badania naukowe, które to potwierdzają. I zaraz dodaje, że coś w tym jest. Mężczyźni, choć wychowywani do twardości, są niezwykle wrażliwi na uznanie. Na sygnał: widzę cię, doceniam, jesteś wystarczający.W świecie, który wciąż powtarza chłopcom „nie mazgaj się” i „bądź twardy”, pochwała bywa towarem deficytowym. A przecież – jak mówi Karolak – to ona buduje sprawczość. Nie upokorzenie, nie ironia, nie porównywanie z lepszymi. Uznanie.
Beata Biały dopytuje, czy mężczyźni naprawdę są tak prości w obsłudze. Karolak odpowiada bez owijania: „Kobiety mają taką cechę pt. ‘domyśl się’, a my się nie domyślamy”. I apeluje o komunikację wprost. Bez testów, bez gierek, bez cichego oczekiwania, że „jak kocha, to się domyśli”.
Bo nie domyśli się. Za to może usłyszeć. I odpowiedzieć.
Męski facet? Ten, który dba o siebie
„Męski facet to taki, który dba o siebie i nie zmienia zdania” – mówi aktor. I znów: brzmi jak cytat z podręcznika patriarchatu. Ale kiedy rozwija myśl, okazuje się, że chodzi o coś zupełnie innego. Dbanie o siebie to nie siłownia i drogi zegarek. To terapia. To odpoczynek. To umiejętność powiedzenia: nie dam rady. A „niezmienianie zdania”? Nie w sensie uporu, lecz wierności sobie. Swoim wartościom. Swoim granicom.
W tej rozmowie męskość nie jest pozycją wyjściową, tylko procesem. Czymś, co się redefiniuje. Karolak przyznaje, że przez lata grał rolę – nie tylko na scenie. Był dla wszystkich. Dla publiczności, dla partnerki, dla rodziny. „Teraz jestem dla siebie, a nie dla wszystkich” – mówi.
Ojciec, którego się nie przepracowało
Jednym z najmocniejszych momentów rozmowy jest wyznanie: „Moje aktorstwo było ucieczką od ojca”, które otwiera całą opowieść o męskiej tożsamości budowanej w cieniu. Karolak mówi o ojcu nie w tonie oskarżenia, ale w tonie zrozumienia. O trudnej relacji, o potrzebie uznania, o walce o uwagę. I o tym, że często wybieramy partnerów, którzy – choć nas fascynują – mają w sobie coś z rodzica, z którym mieliśmy nierozwiązane sprawy.
„Osoba, którą zapraszamy na serio do życia, nas fascynuje, ale ma też cechy rodzica, z którym mieliśmy problemy” – przyznaje. Kochamy nie tylko człowieka, lecz także historię, którą z nim powtarzamy. Dopóki jej nie zobaczymy.
Najcięższy z męskich bagaży
„Jestem w takim momencie, że przestaję się wstydzić” – mówi artysta. Wstyd w męskim wydaniu bywa szczególnie dotkliwy. Wstyd za słabość. Za porażkę. Za emocje. Za to, że nie jest się wystarczająco silnym, skutecznym, męskim.
Ta rozmowa pokazuje, jak wiele energii kosztuje udawanie. I jak wyzwalające jest przyznanie: nie muszę już nikogo przekonywać. Ani ojca. Ani świata. Karolak opowiada o terapii, o dojrzewaniu, o momencie, w którym przestaje się grać twardziela. I zaczyna się mówić prawdę – nawet jeśli jest niewygodna.
Rozmowa Beaty Biały z Tomaszem Karolakiem to rozmowa o dojrzewaniu. O tym, że testosteron rośnie od pochwał, ale prawdziwa siła rośnie od świadomości. O tym, że nie trzeba się domyślać – można zapytać. I że największą odwagą bywa powiedzenie: już nie uciekam.
Thu, 12 Feb 2026 - 50min - 337 - „Wygoda jest zdradliwa”. Kiedy w związku zaczyna się uzależnienie emocjonalne? | „Porozmawiajmy o miłości z Pawłem Droździakiem”, odc. 1
- Potrzebne jest niedopowiedzenie, że coś nie jest zagwarantowane - mówi psycholog, Paweł Droździak. Gdzie kończy się zdrowa zależność, a zaczyna emocjonalne uzależnienie od partnera? Dlaczego jedni potrafią być w relacji, nie tracąc siebie, a inni – niemal stapiają się z drugą osobą, oddając jej poczucie wartości, sens i bezpieczeństwo? Premierowy odcinek podcastu Zwierciadła „Porozmawiajmy o miłości z Pawłem Droździakiem”, prowadzonego przez Agnieszkę Radomską, dotyka jednego z najbardziej drażliwych tematów współczesnych związków: emocjonalnej zależności, która niepostrzeżenie zmienia się w uzależnienie.
Cykl „Porozmawiajmy o miłości z Pawłem Droździakiem” nie podważa sensu bycia w relacji, przeciwnie - pokazuje, że prawdziwa bliskość zaczyna się tam, gdy jesteśmy w niej świadomi swoich ograniczeń i potrzeb oraz faktu, że partner nie jest regulatorem emocji ani gwarantem wartości, lecz kimś, z kim chcemy być - mimo ryzyka.
To nie jest podcast o „udanych relacjach” ani o tym, jak stać się lepszym partnerem w pięciu krokach. „Porozmawiajmy o miłości” to cykl rozmów, które rozbrajają mity – także te najbardziej oswojone. Agnieszka Radomska zaprasza do nich Pawła Droździaka, terapeutę, który zamiast uspokajać, często celowo wprowadza niepokój. Bo tylko on pozwala zobaczyć, dlaczego w imię miłości tak łatwo rezygnujemy z siebie.
Pierwsze odcinek to rozmowa dla tych, którzy czują, że miłość nie musi oznaczać utraty siebie. I że autonomia w związku nie jest zagrożeniem, lecz warunkiem tego, by relacja naprawdę żyła.
Cienka czerwona linia
Każda relacja opiera się na zależności. Potrzebujemy drugiego człowieka – jego obecności, wsparcia, czułości. Problem zaczyna się wtedy, gdy ta zależność przestaje być jednym z elementów życia, a staje się jego osią. Wtedy miłość coraz mniej przypomina wybór, a coraz bardziej – przymus.Droździak zwraca uwagę, że wiele osób wchodzi w związki, nie potrafiąc jasno nazwać, dlaczego akurat ta osoba stała się tak ważna. „Powód, dla którego jestem z drugą osobą, jest niewyrażalny w słowach. Ja nie wiem, dlaczego kogoś chcę” – mówi w podcaście.
W tle rozmowy wyraźnie obecna jest teoria stylów przywiązania. Osoby z lękowym stylem przywiązania szczególnie łatwo uzależniają się od partnera – bliskość staje się dla nich gwarancją bezpieczeństwa, a każdy sygnał dystansu uruchamia silny lęk. Z kolei osoby unikowe, często emocjonalnie zdystansowane, paradoksalnie wzmacniają ten mechanizm.
W takich relacjach napięcie nie znika – ono się cyklicznie odnawia. Droździak zauważa, że to właśnie niedopowiedzenie i brak gwarancji podtrzymują energię relacji. Gdy jednak niedopowiedzenie zamienia się w lęk przed opuszczeniem, związek zaczyna działać jak uzależnienie – chwilowa ulga przeplata się z narastającym napięciem.
Bliskość, która zabija pożądanie
Jednym z ważnych wątków rozmowy jest erotyka. Droździak podkreśla, że aby podtrzymać energię popędową, partnerzy nie mogą znać się „jak brat z siostrą”. Zbyt pełne stapianie się, charakterystyczne dla uzależnienia emocjonalnego, prowadzi do zaniku napięcia seksualnego.
Gdy związek staje się jedynym źródłem bezpieczeństwa, pojawia się wstyd, kontrola i autocenzura – także w sferze intymnej. To dlatego, jak zauważa terapeuta, po formalizacji relacji pewne praktyki seksualne, wcześniej akceptowalne, nagle zaczynają krępować. Bliskość przestaje być przestrzenią wolności, a zaczyna pełnić funkcję stabilizującą – kosztem pożądania.
„Chroń mnie przed tym, czego pragnę”
Uzależnienie emocjonalne polega właśnie na tym paradoksie: pragniemy bliskości, ale boimy się jej konsekwencji. Chcemy wolności, ale nie umiemy znieść jej ceny. Dlatego – jak mówi terapeuta – wybiera się niepotrzebną, czyli taką relację, która daje iluzję bezpieczeństwa, nawet jeśli odbiera sprawczość.
W relacjach uzależnieniowych ogromną rolę odgrywa wygoda. Przewidywalność, rutyna, brak ryzyka. Droździak nazywa ją wprost zdradliwą. Bo choć daje chwilowy spokój, długofalowo prowadzi do emocjonalnego zubożenia.
Thu, 05 Feb 2026 - 52min
Podcast simili a <nome>
Gość Radia ZET Beata Lubecka
Raport o stanie świata Dariusza Rosiaka Dariusz Rosiak
Podcast Wojenne Historie Historia II wojny światowej
Kryminalne Szepty Kamil K.
Kryminalne Historie Kryminalne Historie
WojewódzkiKędzierski Kuba Wojewódzki, Piotr Kędzierski
Sekielski o nałogach Marek Sekielski
Tak właśnie mam Marianna Gierszewska
ZŁO - Zbrodnia Łowca Ofiara Marta Kiermasz
Stan skupienia. Onet Audio
Myślidziecka 3/5/7 Polskie Radio S.A.
Rozmowa dnia Polskie Radio S.A.
Teatr Polskiego Radia: Najnowsze produkcje Polskie Radio S.A.
Radio Naukowe Radio Naukowe - Karolina Głowacka
Radio Wnet Radio Wnet
ZET jak Zbrodnia Radio ZET
Podcast Historyczny Rafał Sadowski
Dorwać bestię RMF FM
Historia dla dorosłych RMF FM
Misja specjalna RMF FM
Poranna rozmowa w RMF FM RMF FM
Sceny zbrodni RMF FM
Zdrowie zaczyna się w głowie Zdrowie zaczyna się w głowie
Żurnalista - Rozmowy bez kompromisów zurnalistapl